Выбрать главу

Anglicy wyraźnie nie pojmowali okazywanej nam przez Niemców kurtuazji. Sprawy tej nie byliśmy w stanie im wyjaśnić, ponieważ nie zrozumieliby tego, co miał ongiś na myśli kapitan „Lwowa”, mówiąc o załodze żaglowca „Guarneri”: - Znaczy „i Niemcy są ludzie!”

* * *

Po opuszczeniu Port Royal na^ Jamajce mieliśmy jeszcze do przebycia cały „zimowy” Atlantyk. Do tego przejścia chcieliśmy się przyszykować w jakiejś spokojnej zatoce, uzupełnić szkolenie uczniów i przeegzaminować ich z zakresu przyswojonej przez nich wiedzy. Na wodach zatoki Santiago de Cuba do wielkich swych wypraw szykowali się niegdyś: Juan de Grijalva, Fernando Cortez i Panfilo . de Narvet. Nie czuliśmy się ani odrobinę mniej ważni od nich i postanowiliśmy tam również stanąć na kotwicy.

W zatoce wybraliśmy do kotwiczenia zaciszne miejsce naprzeciwko małej zagrody, którą szumnie nazwaliśmy „Hacienda del Yenado”. Później doszliśmy do przekonania, że słuszniej byłoby nazwać ją „Hacienda de Toro”.

W oddali widniały łańcuchy górskie. Natomiast wybrzeże pomiędzy hacjendą a zatoką stanowiło pastwisko. Tuż nad brzegiem rosły bezlistne karłowate drzewa, na któ­rych siadywały pelikany.

W wolnych od zajęć chwilach przyglądaliśmy się z po­kładu nieustającej, jak nam się wydawało, zabawie trzech mieszkańców hacjendy: wesołego byczka, ochoczego mu­stanga i niezmordowanego gaucho.

Gaucho przy robocie - to kowboj z Dzikiego Zacho­du, Zabawa rozpoczynała się zawsze od momentu, gdy z zabudowań hacjendy wybiegał w podskokach byczek. Za chwilę ukazywał się gaucho na mustangu. Gaucho po­krzykiwał coś, kręcąc lassem nad głową, byczek zaczynał „wyciągać nogi”, żeby ujść pogoni. Mustang, by dogonić byczka, tak się rozciągał, że aż szorował brzuchem pa­stwisko.

W odpowiednim momencie gaucho ciskał lasso. Zawsze nieomylnie., Byczek padał na ziemię owinięty lassem. Gaucho zeskakiwał z mustanga. Mustang sam tak nacią­gał przymocowane do siodła lasso, by uniemożliwić bycz­kowi wstanie. Gaucho podbiegał do byczka i zakładał mu na szyję linkę. Wówczas mustang zwalniał lasso i podcho­dził do gaucha. Ten dosiadał konia i teraz we dwójkę prowadzili wesołego byczka do hacjendy.

Znikali wśród zabudowań, ale tylko na chwilę: w parę minut później znów ukazywał się byczek, za nim gaucho na mustangu i cała scena rozpoczynała się od nowa. Nie mieliśmy wątpliwości, że cała trójka bawi się wybornie. Zakładaliśmy się między sobą, że jeśli gaucho nie owinie byka lassem, ten sam w odpowiedniej chwili się położy. Ale gaucho w rzucaniu lassem był nieomylny.

Nie mniejszą atrakcję stanowiły pelikany. Dla czegoś tam nazwaliśmy je „Agapitami”. Nie mogliśmy zrozu­mieć, w jaki sposób przy swej niezdarności potrafią zła­pać upatrzoną w wodzie rybę i wrócić na drzewo. Agapit rozpoczynał łowy od puszczania w ruch swych skrzydeł, zupełnie jak gdyby zapuszczał motor: początkowo na zmniejszonych obrotach, później coraz szybciej. Szum przy tym powstawał wielki. Agapit unosił się nad wodę, za chwilę wbijał w nią dziób i walił się przez głowę na plecy ze strasznym pluskiem. Wydawało się nam, że się utopi. Jednakże pelikan wykonywał w wodzie salto i za­wsze wracał na drzewo z rybą, podobnie jak gaucho do hacjendy z byczkiem.

Przyglądając się tym scenom nad zatoką, zmieniliśmy letnie żagle na nowy komplet sztormowych i przejrzeliś­my cały takielunek, od góry do dołu. Przerobiliśmy z ucz­niami przewidziane ćwiczenia szalupowe pod żaglami i przeegzaminowaliśmy ich z nabytej podczas podróży wie­dzy teoretycznej oraz praktycznej.

Przez całe miesiące uczniowie musieli słuchać stale po­wtarzanej przez bosmana uwagi: ”Waju, nikt nie będzie pytał, wiele czasu to było robione, tylko - KTO TO ROBIŁ?” Biała Fregata uczyła chłopców, że morze nie zezwala na lekceważenie obowiązków. Ci, którzy nie wy­konują swych obowiązków, jak mogą najlepiej - to zna­czy, na ile stać ich na to fizycznie i duchowo - niszczą sami siebie. Tych którzy zrozumieli Białą Fregatę, nie trzeba było nigdy więcej upominać.

Burty „Daru” zamieniły się w poletka doświadczalne. Malowaliśmy je wszelkimi dostępnymi dla nas gatunkami farb, by stwierdzić, które z nich okażą się po przejściu statku przez Atlantyk najbardziej odporne i trwałe. Za­opatrzyliśmy się w świeży prowiant i słodką wodę, a bosman „Waju” ukończył zbieranie - jak i we wszystkich poprzednich portach - okazów wypchanych ptaków, ryb, krabów, egzotycznych roślin, owoców, nasion i muszli dla szkół w kraju.

Któregoś dnia za przyniesiony przez Murzyna kawał trzciny cukrowej wartości paru pensów, bosman dał mu dziesięć szylingów. Szczodrość ta wywołała ostrą krytykę żaglomistrza, na którą bosman królewskim gestem pod­kręcił sumiastego wąsa i odpowiedział:

- Niech wie, co my za nacja!

Gdy ostatnia barka ze słodką wodą odbiła od burty, byliśmy gotowi do drogi. Podniesiona na przednim maszcię niebieska flaga z białym prostokąte”m w środku oznajmiła Santiago de Cuba, że Biała Fregata DZISIAJ WY­CHODZI W MORZE.

* * *

Podnieśliśmy kotwice. Z lewej burty długo jeszcze widać było na horyzoncie szczyty górskie Kuby odkrytej przez Kolumba. Na mapie, daleko w prawo od naszego kursu, została wyspa Tortuga, której nazwa znów budziła wspo­mnienia na temat kapitana Blooda i „Arabelli”.

Odchodząc na północ z krainy Kolumba-Don Kichota oraz bohatera naszego dzieciństwa, kapitana Blooda, mieliśmy już przygotowaną w myślach nową podróż „śla­dami Vasco da Gamy”, dookoła Cabo das Tormentas, do upragnionych przez Kolumba Indii.

Na razie usiłowaliśmy w sobie samych uporządkować i podsumować niewyrażalne słowami wrażenia z tej ziszczonej już podróży marzeń. Realizowanie owych marzeń rozpoczęliśmy przed piętnastu laty na „Lwowie”. Były one wówczas uważane za donkiszoterię znikomej garstki ludzi. Dziś łożono na to samo stosunkowo wielkie sumy, według możliwości kraju. Pomimo to wydawało się nam, że SAN DOMINGO na Białej Fregacie w momen­cie porannego podniesienia bandery pozostało, jak i przed piętnastu laty, świętem Don Kichotów. Wyrównane szeregi oficerów, załogi i uczniów - stojące w nieskalanej bieli mundurów na pokładzie doprowadzonego do ideału czystości żaglowca, w oczekiwaniu na niedzielne podnie­sienie bandery w drodze po największym gościńcu świata, oceanie - wydawały się nam wyczarowane przez wspól­ne nam wszystkim marzenia. Marzenia o jakiejś nieskoń­czoności wielkiej i najlepszej, przy której wszystkie.pow­szednie troski i kłopoty stawały się nic nie znaczące. Można by to określić mianem czaru Białej Fregaty, prze­nikającego na niej wszystkich i wszystko, sprawiającego, że w ciągu krótkiego czasu chłopcy z głębi lądu zaczynają myśleć tak samo, jak myśleli ci najstarsi wiekiem, którym życie zeszło na pokładach wielu statków, na wielkich szla­kach dróg bez początku i końca.