Выбрать главу

Od momentu wyjścia z Santiago de Cuba życie na Bia­łej Fregacie wpadło w rytm chronometrów mierzących doby i podział ich na wachty. W to precyzyjnie uregulo­wane życie wtargnęło nagle coś tajemniczego i niezrozu­miałego. Zawsze na oścież dla chłopców otwarte drzwi kabiny starszego bosmana są od pewnego dnia zamknię­te. Dotychczas przychodzili do niego wieczorami, uczyli się najbardziej zawiłych splotów i węzłów, słuchali opo­wiadań o wyprawie na Antarktydę, w której bosman brał kiedyś udział. Teraz, ani na pukanie do drzwi, ani na prośby chłopców o wpuszczenie chociażby na chwileczkę - bosman nie odpowiada. Po zakończeniu robót starszy bosman przestaje dla uczniów istnieć przez cały wieczór.

Rano przed rozpoczęciem pracy zjawia się jak zwykle, na rufie o piątej trzydzieści z dużym kubkiem gorącej czarnej kawy w ręku i zapasem nowych wiadomości, któ­rymi musi się koniecznie podzielić ze mną:

- Kmiecio spalił Wołmontowicze! Koń mu padł!

Bosman jest wyraźnie przejęty tym wydarzeniem i nie może doczekać się wieczora, kiedy znów będzie mógł za­mknąć się w kabinie i czytać dalej „Potop”. Pierwszy raz w życiu czyta tę książkę. Dałem mu ją, gdy - już po wyjściu z Santiago de Cuba - pijąc u mnie swój trady­cyjny kieliszek „medycyny” i widząc moją kabinę zawalo­ną książkami, sam poprosił o coś do czytania.

Któregoś poranka oświadczył niespodziewanie, że dalej czytać nie będzie:

- Bogusław wypalił do Kmiecia z krócicy!

Bosman był zdenerwowany i jednocześnie zaintereso­wany tą nie znaną mu bronią, od której „Kmiecio” może umrzeć.

Gdy „Kmiecio padł rzucając się samoczwart na potęgę szwedzką” bosman tak się zniechęcił, że znów zapowie­dział, iż więcej czytać na pewno już nie będzie, ponieważ za dużo go to zdrowia kosztuje. Ale czytał dalej.

Najstarszy syn bosmana był oficerem kawalerii. Bos­man został kiedyś zaproszony przez niego na rewię. Brało w niej udział kilka pułków kawaleryjskich, które przedefi­lowały galopem, jak gdyby w szarży na wroga. Bosman wrócił wówczas na fregatę rozentuzjazmowany. Przez kil­ka tygodni opowiadał o rew^i i wyrażał swój żal, że nie mógł sam w niej wziąć czynnego udziału.

Czytając teraz o Tatarach „Kmiecia”, potrafił'dokład­nie odtwarzać sobie w myśli, jak to oni szli „jak w dym”. Wyraźnie lubował się w nowych dla siebie wyrażeniach. Siadywał na najwyższej rei, jak w kulbace, podkręcał wą­sy i, zwracając się do mnie, głośno snuł swe marzenia, przy czym odejmował sobie w nich kilkadziesiąt lat:

- Ażeby my z tobą obadwaj, a mój syn, a Kmiecio... to by my dali tym Szwedom!

Jak zwykle co dzień wędrujemy razem z bosmanem ko­lejno przez wszystkie maszty. Przeglądamy każdą reję od noku do noku, każdą pertę i każde zabezpieczenie szakli. Odpoczywać lubimy najbardziej na najwyższej rei. Wiatrem pochylona fregata tnie granatową taflę. Pionowo pod nami kipi lekka biała piana na twardym, jakby odla­nym ze szkła, szafirze.

Na wysokości czterdziestu metrów jesteśmy jak gdyby poza zasięgiem codziennego życia statku. Jesteśmy sami. Szczyt masztu jest jedyną realną więzią z kulą ziemską. Przed nami granatowoszafirowy horyzont, nad nim złocistoróżowe słońce, do którego lecimy nad oceanem „obadwaj”, nie wstydząc się wyznać przed sobą, że z bombramrei do słońca jest tylko jeden krok.

* * *

Przed dziobem „Daru” widać w oddali malachitowe ko­puły i wieże Danii. Rzucamy kotwicę na redzie Kopenha­gi, nie chcąc po trawersacie oceanu wchodzić do Gdyni nie odświeżeni. Z zaciekawieniem oglądamy „pola doświadczalne” na burtach. Z radością stwierdzamy, że najlepiej wytrzymały podróż nasze krajowe farby Karpińskiego. Olejna biała - pokryta jego „Lustroliną” - po obmyciu słodką wo­dą skrzy się świeżością, jak gdyby przed chwilą została położona. Na samym statku również najlepsza okazała się szara farba Karpińskiego. Położyliśmy ją w miejscach najbardziej narażonych na różnicę temperatur i ciągłe działanie wody morskiej, ale nigdzie nie było na niej śladu rdzy.

Wieczorem odświeżona fregata gotowa jest do pokazania się w macierzystym porcie. Pod żaglami zdejmujemy się z kotwicy. Za chwilę stoją już wszystkie, oświetlone z pokładu silnymi reflektorami. Zdajemy sobie sprawę, że dla mijanych statków musimy stanowić niezwykły widok. Jesteśmy dla nich duchem minionej epoki.

O wiosennym brzasku odkrywa się z prawej burty światło latarni morskiej „Hel”. Pod wszystkimi żaglami wchodzimy na redę Gdyni. Witają nas przybili na holow­niku: dyrektor Departamentu Morskiego i dyrektor Szkoły Morskiej. Inspekcja statku. Fregata wygląda tak, jak gdyby wczoraj zaledwie wyszła w reprezentacyjną podróż.

Niespodzianką, która daje nam wiele powodów do we­sołości, są spotkania przybyłych na holowniku rodziców z synami. Ojcowie i matki nie mogą poznać niektórych z nich. Zachowali w pamięci młodych chłopców - teraz mają przed sobą kogoś zupełnie nowego: niby tych samych synów, ale rozrośniętych, o twardych dłoniach, spa­lonych na brąz tropikalnym słońcem, owianych wichrami oceanu, przenikniętych czarem Białej Fregaty.

* * *

W okresie letnim „Dar Pomorza” odbywał krótkie pod­róże po Bałtyku z uczniami, którzy zimą uczyli się w Szkole Morskiej. W tym roku mieliśmy po raz pierwszy pójść do Swenty, przełamać dwudziestoletnie lody obcości dzielące nas od Litwy. W okresie gdy szykowaliśmy się do tej podróży, w Szkole Morskiej odbywał się zjazd lekarzy, na którym po raz pierwszy znalazła się delegacja z Litwy. Chcąc po przybyciu do Swenty mieć już kogoś znajomego na Litwie, zaprosiliśmy bawiących w Gdyni lekarzy-Litwinów na zwiedzenie „Daru".