Выбрать главу

Precyzja w rutynie była konieczna, byśmy szli, by życie na „Darze” nie wypaczyło się i nie ustało, by załodze - pozbawionej serc - nie leciało nic z rąk. Wyszkolenie musiało iść normalnym trybem. Zmiany halsów mobilizo­wały wszystkie wachty do roboty na pokładzie, odrywały umysły od czekania i liczenia godzin na zegarze, który nie miał wskazówek.

Radiooficer - Diadia Kwiatkowski - stał się centrum naszego zainteresowania. Nie wychodził prawie ze swej radiostacji, czekając na umówiony sygnał z kraju. By nie było nieporozumień co do rozkazu przeznaczonego dla „Daru Pomorza” dyrektor Szkoły, kapitan Stanisław Ko­sko, miał w swej depeszy do komendanta podać jako has­ło imię „Konstanty”, po nim zaś wskazówki - co mamy robić.

Po jednym z wielu wykonanych zwrotów podwachty jak zwykle zeszły pod pokład, a popołudniowe słońce le­żało na kursie. Staliśmy z komendantem w kabinie nawi­gacyjnej obliczając godzinę nowego zwrotu, gdy wszedł Diadia z kartką papieru w ręce. Jak zawsze zasalutował wyprężony na baczność, ale zamiast sakramentalnego „panie komendancie” powiedział cicho:

- Kot, depesza ze słowami KONSTANTY!

Kot zajrzał do kartki, potem dał mi ją do przeczytania. Depesza była lakoniczna:

KONSTANTY. ZAWIŃ DO NAJBLIŻSZEGO POR­TU SZWEDZKIEGO. CZEKAJ NA SYGNAŁ.

Wybraliśmy Oxelósund jako najbliższy i pamiętny dla nas z podróży na barku szkolnym „Lwów”, przed trzyna­stu laty. Postój jeszcze bardziej utrudnił organizację życia na statku. Odpadły manewry, którymi można było zająć załogę. W Oxelósundzie wyszukanie jakichkolwiek zajęć, by załoga nie pogrążyła się w bezczynności, stało się za­gadnieniem najpierwszej wagi.

Diadia nie przestawał być centrum zainteresowania, utrzymując łączność z krajem i ze światem. Pierwszego września dowiedzieliśmy się, że Niemcy napadli na Pol­skę. A więc - wojna...

Przeholowano nas z Oxelósundu do Sztokholmu.

Trzeciego września Diadia zameldował, że odebrał oczekiwany sygnał umowny:

DO JASIÓW I STASIÓW. OTWORZYĆ KOPERTY.

Razem z Diadia zeszliśmy do kabiny Kota, który z że­laznej skrzynki wydobył zalakowaną kopertę. Dał nam do sprawdzenia pieczęcie, następnie przeciął brzeg koper­ty. Po chwili siedzieliśmy we trójkę nad szyfrem.

Z zawartych w kopercie instrukcji wynikało, że musimy zostać w Szwecji i pozostawać w ścisłym kontakcie z am­basadą. Szyfr spaliliśmy.

Bezczynne słuchanie komunikatów z kraju o mordowa­niu bezbronnej ludności, o polowaniu z samolotów na kobiety i dzieci, doprowadzało nas stale do jednego prag­nienia: natychmiastowego powrotu do ojczyzny,

Gdy w Sztokholmie zjawili się na statku znajomi z flo­ty radiotelegrafiści, którzy teraz pracowali na liniach lot­niczych „Lot”, i powiedzieli, że mogą nas zabierać po dziesięciu - na „Darze” zawrzało. By zaprowadzić ład w kolejności wysyłania ludzi do kraju, zdecydowano, że pierwszeństwo mają oficerowie rezerwy. „Najgroźniejszy” w tym wypadku okazał się nasz „beniaminek” z kajutkompanii - czwarty oficer, Kazimierz Jurkjewicz. Kazio przyjął zdecydowaną postawę: nie prosił, lecz żądał. Do Kazia przyłączył się bosman Leszczyński w imieniu swego syna, który był nowo przyjętym uczniem, będąc jedno­cześnie oficerem rezerwy. Do tych dwóch dołączyło się dziesięciu absolwentów posiadających przydziały. Nigdy nie było chyba na „Darze” grupy ludzi, której by bar­dziej zazdroszczono. Gdy opuszczali statek, lotnicy, wi­dząc nasze wzburzenie, przyrzekli, że zrobią wszystko, aby jak najszybciej zabrać następnych.

W godzinach, kiedy jeszcze można było słuchać komu­nikatów nadawanych z kraju, wszyscy zbierali się przy głośnikach. Życie toczyło się między godzinami nadawa­nych komunikatów i na wyczekiwaniu wiadomości z „Lo­tu”: kiedy i ilu z nas będą mogli zabrać?

Szwedzkie radio stale nadawało komunikaty o walkach w Polsce. Nie znaliśmy języka szwedzkiego, ale od razu zorientowaliśmy się, że powtarzane stale och tyska truperna znaczy - niemieckie oddziały wojskowe.

Jeżeli czasami wychodziliśmy na ląd, to ze wszystkich otwartych okien dolatywały nas słowa z głośników: TY­SKA TRUPERNA! TYSKA TRUPERNA! TYSKA TRUPERNA!

Przez pierwsze trzy dni wojna wydawała się nam zdra­dą i prowokacją ze strony Anglii oraz Francji dla ich własnych, niezrozumiałych dla nas celów. Wszyscy byliś­my przybici i rozumieliśmy, że zagłada jest nieunikniona. Od momentu wypowiedzenia wojny przez Francję i An­glię pierwszy Kot odzyskał wiarę i - trzeba przyznać - dość długo trzymał nas wszystkich w radosnym oczekiwa­niu na szybki koniec działań.'

Salon na „Darze” zmienił się w kwaterę sztabu gene­ralnego. Na stole leżały najbardziej szczegółowe mapy sztabowe, jakie można było zdobyć. Kot w wolnych chwilach całkowicie pogrążał się w ich studiowaniu oraz słuchaniu komunikatów w języku francuskim. Zakreślał czerwonym ołówkiem tereny, gdzie toczyły się walki, i wyjaśniał nam, w jakich miejscach Francuzi przełamią nie dokończoną linię obronną Zygfryda. Upewniał nas, że Francuzi mają pięć tysięcy czołgów, a wszystkie czołgi niemieckie są w Polsce i że za dwa tygodnie Francuzi bę­dą w Berlinie, my zaś w końcu września w Gdyni.

To jeszcze bardziej wpływało na chęć dostania się do kraju, by wziąć udział w jego obronie. Każdy myślał o wstydzie, jaki go czeka, jeśli wróci do kraju dopiero po skończonej walce.

Jeden Major na wywody Kota zapatrywał się pesymi­stycznie i mówił, że nic z tego nie będzie. Wreszcie doszło „przy drzwiach zamkniętych” do rozprawy między Ko­tem i Majorem. Ten ostatni zgodził się, że Francuzi mają więcej czołgów i lepszych niż Niemcy, że wszystkie czołgi niemieckie są w Polsce i że niemiecka linia Zygfryda jest nie wykończona, wspomniał tylko, iż jeden największy atut posiadają w rękach Niemcy i dlatego Francuzi nie będą za dwa tygodnie w Berlinie. Gdy wzburzony Kot nastawał, by Major powiedział wreszcie, o jaki atut chodzi, ten wyjaśnił:

- Bo ty nie jesteś naczelnym dowódcą sił francuskich, a Francuzi nie powołali cię na to stanowisko przez pre­medytację, a nie przez zapomnienie.

Lotnicy nie zgłaszali się, by nas zabrać. Z Polski wieści przychodziły coraz straszniejsze. Wreszcie „Lot” zawiado­mił, że nikogo już nie będzie mógł zabrać do kraju.

Na „Darze” zapanowała depresja. Robota wymyślana „na silę” nikogo nie interesowała. Wszyscy udawali już tylko, że coś robią.