Precyzja w rutynie była konieczna, byśmy szli, by życie na „Darze” nie wypaczyło się i nie ustało, by załodze - pozbawionej serc - nie leciało nic z rąk. Wyszkolenie musiało iść normalnym trybem. Zmiany halsów mobilizowały wszystkie wachty do roboty na pokładzie, odrywały umysły od czekania i liczenia godzin na zegarze, który nie miał wskazówek.
Radiooficer - Diadia Kwiatkowski - stał się centrum naszego zainteresowania. Nie wychodził prawie ze swej radiostacji, czekając na umówiony sygnał z kraju. By nie było nieporozumień co do rozkazu przeznaczonego dla „Daru Pomorza” dyrektor Szkoły, kapitan Stanisław Kosko, miał w swej depeszy do komendanta podać jako hasło imię „Konstanty”, po nim zaś wskazówki - co mamy robić.
Po jednym z wielu wykonanych zwrotów podwachty jak zwykle zeszły pod pokład, a popołudniowe słońce leżało na kursie. Staliśmy z komendantem w kabinie nawigacyjnej obliczając godzinę nowego zwrotu, gdy wszedł Diadia z kartką papieru w ręce. Jak zawsze zasalutował wyprężony na baczność, ale zamiast sakramentalnego „panie komendancie” powiedział cicho:
- Kot, depesza ze słowami KONSTANTY!
Kot zajrzał do kartki, potem dał mi ją do przeczytania. Depesza była lakoniczna:
KONSTANTY. ZAWIŃ DO NAJBLIŻSZEGO PORTU SZWEDZKIEGO. CZEKAJ NA SYGNAŁ.
Wybraliśmy Oxelósund jako najbliższy i pamiętny dla nas z podróży na barku szkolnym „Lwów”, przed trzynastu laty. Postój jeszcze bardziej utrudnił organizację życia na statku. Odpadły manewry, którymi można było zająć załogę. W Oxelósundzie wyszukanie jakichkolwiek zajęć, by załoga nie pogrążyła się w bezczynności, stało się zagadnieniem najpierwszej wagi.
Diadia nie przestawał być centrum zainteresowania, utrzymując łączność z krajem i ze światem. Pierwszego września dowiedzieliśmy się, że Niemcy napadli na Polskę. A więc - wojna...
Przeholowano nas z Oxelósundu do Sztokholmu.
Trzeciego września Diadia zameldował, że odebrał oczekiwany sygnał umowny:
DO JASIÓW I STASIÓW. OTWORZYĆ KOPERTY.
Razem z Diadia zeszliśmy do kabiny Kota, który z żelaznej skrzynki wydobył zalakowaną kopertę. Dał nam do sprawdzenia pieczęcie, następnie przeciął brzeg koperty. Po chwili siedzieliśmy we trójkę nad szyfrem.
Z zawartych w kopercie instrukcji wynikało, że musimy zostać w Szwecji i pozostawać w ścisłym kontakcie z ambasadą. Szyfr spaliliśmy.
Bezczynne słuchanie komunikatów z kraju o mordowaniu bezbronnej ludności, o polowaniu z samolotów na kobiety i dzieci, doprowadzało nas stale do jednego pragnienia: natychmiastowego powrotu do ojczyzny,
Gdy w Sztokholmie zjawili się na statku znajomi z floty radiotelegrafiści, którzy teraz pracowali na liniach lotniczych „Lot”, i powiedzieli, że mogą nas zabierać po dziesięciu - na „Darze” zawrzało. By zaprowadzić ład w kolejności wysyłania ludzi do kraju, zdecydowano, że pierwszeństwo mają oficerowie rezerwy. „Najgroźniejszy” w tym wypadku okazał się nasz „beniaminek” z kajutkompanii - czwarty oficer, Kazimierz Jurkjewicz. Kazio przyjął zdecydowaną postawę: nie prosił, lecz żądał. Do Kazia przyłączył się bosman Leszczyński w imieniu swego syna, który był nowo przyjętym uczniem, będąc jednocześnie oficerem rezerwy. Do tych dwóch dołączyło się dziesięciu absolwentów posiadających przydziały. Nigdy nie było chyba na „Darze” grupy ludzi, której by bardziej zazdroszczono. Gdy opuszczali statek, lotnicy, widząc nasze wzburzenie, przyrzekli, że zrobią wszystko, aby jak najszybciej zabrać następnych.
W godzinach, kiedy jeszcze można było słuchać komunikatów nadawanych z kraju, wszyscy zbierali się przy głośnikach. Życie toczyło się między godzinami nadawanych komunikatów i na wyczekiwaniu wiadomości z „Lotu”: kiedy i ilu z nas będą mogli zabrać?
Szwedzkie radio stale nadawało komunikaty o walkach w Polsce. Nie znaliśmy języka szwedzkiego, ale od razu zorientowaliśmy się, że powtarzane stale och tyska truperna znaczy - niemieckie oddziały wojskowe.
Jeżeli czasami wychodziliśmy na ląd, to ze wszystkich otwartych okien dolatywały nas słowa z głośników: TYSKA TRUPERNA! TYSKA TRUPERNA! TYSKA TRUPERNA!
Przez pierwsze trzy dni wojna wydawała się nam zdradą i prowokacją ze strony Anglii oraz Francji dla ich własnych, niezrozumiałych dla nas celów. Wszyscy byliśmy przybici i rozumieliśmy, że zagłada jest nieunikniona. Od momentu wypowiedzenia wojny przez Francję i Anglię pierwszy Kot odzyskał wiarę i - trzeba przyznać - dość długo trzymał nas wszystkich w radosnym oczekiwaniu na szybki koniec działań.'
Salon na „Darze” zmienił się w kwaterę sztabu generalnego. Na stole leżały najbardziej szczegółowe mapy sztabowe, jakie można było zdobyć. Kot w wolnych chwilach całkowicie pogrążał się w ich studiowaniu oraz słuchaniu komunikatów w języku francuskim. Zakreślał czerwonym ołówkiem tereny, gdzie toczyły się walki, i wyjaśniał nam, w jakich miejscach Francuzi przełamią nie dokończoną linię obronną Zygfryda. Upewniał nas, że Francuzi mają pięć tysięcy czołgów, a wszystkie czołgi niemieckie są w Polsce i że za dwa tygodnie Francuzi będą w Berlinie, my zaś w końcu września w Gdyni.
To jeszcze bardziej wpływało na chęć dostania się do kraju, by wziąć udział w jego obronie. Każdy myślał o wstydzie, jaki go czeka, jeśli wróci do kraju dopiero po skończonej walce.
Jeden Major na wywody Kota zapatrywał się pesymistycznie i mówił, że nic z tego nie będzie. Wreszcie doszło „przy drzwiach zamkniętych” do rozprawy między Kotem i Majorem. Ten ostatni zgodził się, że Francuzi mają więcej czołgów i lepszych niż Niemcy, że wszystkie czołgi niemieckie są w Polsce i że niemiecka linia Zygfryda jest nie wykończona, wspomniał tylko, iż jeden największy atut posiadają w rękach Niemcy i dlatego Francuzi nie będą za dwa tygodnie w Berlinie. Gdy wzburzony Kot nastawał, by Major powiedział wreszcie, o jaki atut chodzi, ten wyjaśnił:
- Bo ty nie jesteś naczelnym dowódcą sił francuskich, a Francuzi nie powołali cię na to stanowisko przez premedytację, a nie przez zapomnienie.
Lotnicy nie zgłaszali się, by nas zabrać. Z Polski wieści przychodziły coraz straszniejsze. Wreszcie „Lot” zawiadomił, że nikogo już nie będzie mógł zabrać do kraju.
Na „Darze” zapanowała depresja. Robota wymyślana „na silę” nikogo nie interesowała. Wszyscy udawali już tylko, że coś robią.