Zaledwie rzuciliśmy kotwicę w Firth of Forth, „Robur” otrzymał zawiadomienie, że czeka go ładunek, po który może iść natychmiast, gdy tylko wyokrętuje uczniów Szkoły Morskiej. Wieczorem układamy się do snu już na „Chorzowie”. Zasypiając, nie zdajemy sobie zupełnie sprawy, co nas może czekać jutro.
Kot, zaokrętowany na „Naroczy”, zjawia się niekiedy z wiadomościami zapowiadającymi długą i nieokreśloną wojnę, prowadzoną w nie znany nam sposób. Czujemy się w tej chwili garstką ludzi, która - ocalona od obozów koncentracyjnych i upokorzenia zwyciężonych - została zachowana dla jakichś celów, chyba przewidzianych, skoro prawie cała nasza flota handlowa znalazła się poza bezpośrednim zasięgiem działań wojennych w kraju, a potem - wykonując drugi rozkaz - została skoncentrowana w portach angielskich. Dawało to jakąś iskrę nadziei, że nie wszystko dzieje się omackiem, że przynajmniej ta akcja była przemyślana, i że ktoś „ź głową” tym kieruje.
Podczas przeciągającego się postoju w Firth of Forth przyjechał urzędnik z konsulatu polskiego w Londynie z dyrektywami co do dalszych losów „zakotwiczonych” tutaj przejściowo ludzi.
Byłem zaskoczony pytaniem, czy zechcę pójść na starszego oficera na transatlantyk „Piłsudski”? Dowiedziałem się, że ze statku tego zeszła część załogi, która nie chciała pływać wskutek nieporozumień finansowych i dyscyplinarnych.
Gdy usłyszałem nazwę statku, w pamięci stanął mi straszny sen, który miałem w Marrakeszu, podczas postoju „Daru” w Casablance. Spytałem o nazwisko kapitana: - Komandor Jan Stankiewicz.
Odetchnąłem. Był to brat kapitana Mamerta Stankiewicza, ale nie on sam. Natychmiast wyraziłem zgodę. Wobec tego otrzymałem polecenie wybrania wśród uczniów chętnych na stanowiska marynarzy. Wszyscy wybrani zgodzili się jechać. Dołączyli się do nas - doktor teraz Major, który przyjął stanowisko prowiantowego. Wieczorem wszyscy załadowaliśmy się w Leith do pociągu idącego w kierunku Newcastle on Tyne.
W Newcastle wysiedliśmy z pociągu w blackout, w czerń bez jednego jasnego punktu. Jedynym oświetlonym pomieszczeniem na dworcu była kantyna, zaciemniona na zewnątrz czarnymi zasłonami, wewnątrz - dymem z fajek i papierosów. O dociśnięciu się do 'baru nie można było nawet myśleć, o znalezieniu hotelu nie było mowy. Wszystkie przepełnione. Na dworcu spali pokotem na podłodze żołnierze i marynarze.
Wystaraliśmy się o większą ilość gazet i rozłożyliśmy je na podłodze w najbardziej zacisznym kącie olbrzymiego dworca. Na gazetach położyliśmy część bosmanek i płaszczy, pod gfowę worki marynarskie, nakryliśmy się zaś pozostałymi płaszczami i bpsmankami. Zagubieni na jednym z olbrzymich dworców świata, pozbawieni Ojczyzny, zapadaliśmy w otaczający nas blackout z jeszcze eiemniejszym BLACKOUTEM IN. Zrobiło się nam czarno na duszy.
Nazajutrz załatwiliśmy szybko wszystkie formalności związane z zaokrętowaniem i przed południem dobiliśmy do trapu „Piłsudskiego” zakotwiczonego na rzece Tyne. Na pokładzie przywitało mnie wiele znajomych twarzy. Gdy zdjąłem kapelusz na powitanie, miałem uczucie, że po długiej tułaczce wróciłem do domu.
Należało zameldować swe przybycie kapitanowi. Przeszedłem znajomymi korytarzami i zapukałem do drzwi kabiny. Doszło mnie niewyraźne „proszę”. W saloniku przed sypialnią nie było nikogo.
- Przyszedłem się zameldować, panie kapitanie! - oznajmiłem stojąc w salonie.
W tej samej chwili usłyszałem znajomy głos i znajome słowo:
- ZNACZY, czekałem już na pana!
W DRODZE DO NOWEJ ZELANDII
Dnie i noce, idące od wschodu, mijały nasz transatlantyk zakotwiczony na rzece Tyne.
Rozszalała na ziemi wojna przeniosła się niemal całkowicie pod powierzchnię Morza Północnego i Atlantyku. Komunikaty wojenne wciąż mówiły o tysiącach utopionych ludzi „i dziesiątkach tysięcy ton ładunków, które ginęły w morzu na storpedowanych przez okręty podwodne jednostkach.
A na stojącym koło Newcastle na kotwicy „Piłsudskim” nic się nie działo. Biernie czekaliśmy na „bieg wypadków” w te mokre już dnie połowy października, Letargiczne życie statku, koncentrujące się w mesach przy głośnikach i w dużej radiostacji, polegało na komentowaniu usłyszanych komunikatów.
Starszy oficer, którego miałem zastąpić, pełnił jeszcze funkcje, czekając na przybycie do Anglii swego nowego statku. Byłem wobec tego nową odmianą pasażera, a dzięki temu stałym niemal gościem kapitana. Nie związany z nim na razie stosunkami służbowymi poznawałem go z zupełnie innej strony. Robiło to na mnie wrażenie, jak gdybym miał możność ujrzenia drugiej strony księżyca, oglądając przez piętnaście lat tylko tę jedną, zwróconą ku ziemi.
Po wspólnym śniadaniu rozpoczynaliśmy wędrówką po spacerowym pokładzie z prawej burty, który chroniony przed deszczem i położony t dala od szlaków komunikacyjnych codziennego życia statkowego, nadawał się do długich i nieprzerwanych rozmów. Rozmowy z dniem każdym stawały się coraz bardziej bezpośrednie. Od bezczynnej teraźniejszości kapitan lubił uciekać w odległą przeszłość lat dziecinnych. To ośmielało mnie do opowiadań o podróży „śladami kapitana Blooda”, które znalazły pełne jego zrozumienie. Przestałem się wstydzić mówienia o swych najskrytszych dziecinnych marzeniach związanych z morzem. Stopiła się niewidzialna tafla lodu, otaczająca kapitana, pod wpływem żaru jego własnych opowiadań. Z projektów na przyszłość biła młodzieńcza werwa i często zacierała granice między realnymi możliwościami i fantazją.
Bezbronne konwoje, w których masowo ginęły statki wskutek niedostatecznej ilości okrętów wojennych do ich eskortowania, dały kapitanowi impuls do marzeń o wyposażeniu „Piłsudskiego” w artylerię oraz we wszystko, co jest potrzebne do zwalczania okrętów podwodnych, i przejściu do służby eskortowej na oceanie. Omawianie szczegółów przystosowania statku do tej walki pozwalało niekiedy całkowicie zapomnieć o tym, co się dzieje w kraju, i o własnej bezczynności.
Miałem nadzieję pozostania na „naszym krążowniku” w charakterze któregoś tam nawigatora i kapitan zabrał się do podbudowy mego „języka angielskiego”. Musiałem codziennie przeczytać dokładnie dwie gazety angielskie i omówić z kapitanem zawarte w nich wiadomości. Wkrótce zetknąłem się też z nowym dla mnie „Admiralty navigation manual”, inaczej mówiąc - podręcznikiem nawigacji wydanym przez Admiralicję Brytyjską, z którego wieczorami intensywnie uczyłem się prowadzenia nawigacji na angielskich okrętach wojennych i nie znanej mi niekiedy terminologii angielskiej.