Выбрать главу

Przekształcenie „Piłsudskiego” na pomocniczy okręt wojenny miało być ostatnim, dodatkowym rozdziałem napisanej przez kapitana książki na temat historii polskiej marynarki handlowej, jej pierwszy rozdział rozpoczynał szkolny żaglowiec „Lwów”. Wszystkimi niemal statkami, które przychodziły pod polską banderę, kapitan dowodził lub przyprowadzał je do kraju i z tego tytułu podjął się pisania tej pracy. Ponieważ nigdy w szkołach nie uczył się polskiego, pokonać musiał ogromne trudności językowe. Mówił wprost, że dziełem literackim to nie będzie, ale na pewno będzie miało wartość dla tych, których zainteresu­je rozwój naszej floty handlowej.

Pracę swą zadedykował KOBIECIE POLSKIEJ, w po­dzięce za to, że nie zatracił polskości. Uważał, że główna zasługa, iż nie zostaliśmy wynarodowieni podczas zaborów, przypada kobietom polskim, które stały znacznie wyżej od mężczyzn pod względem kultury duchowej i patriotyzmu.

Maszynopis tej książki pozostał w kraju, gdy kapitan - wezwany z odpoczynku depeszą - przybył do Gdyni, by wyprowadzić do Anglii statek „Kościuszko”.

Komunikaty wojenne wciąż przynosiły wiadomości o nowych stratach. Komentowaliśmy okoliczności storpedowania lotniskowca angielskiego „Courageous”, a potem pancernika „Royal Oak”. Największe wrażenie wy­warł fakt, że od chwili storpedowania do zatonięcia w obu wypadkach upłynęły niecałe trzy minuty.

* * *

Zamiast wymarzonego przez kapitana przydziału do służby eskortowej otrzymaliśmy polecenie przejścia do stoczni, w której mieliśmy się szybko przemienić w transporto­wiec do przewożenia wojska.

Statek obudził się z letargu, ale ja wciąż jeszcze byłem na nim pasażerem. Kapitan powoli zaczął przywracać rozluźnioną nieco dyscyplinę. Przeprowadzał coraz częstsze inspekcje poszczególnych działów.

Pewnego dnia, gdy poszedł na inspekcję, zostałem w jego kabinie, wypełniając jeden z licznych kwestionariuszy dla Admiralicji. Po jakimś czasie kapitan wrócił z rozbawioną miną psotnego chłopca, któremu udało się coś „zmalować”. Usiłowałem ukryć zdumienie widząc go takim. Kapitan wyjaśnił, co zaszło podczas inspekcji:

- Znaczy, rozumie pan. Znaczy, kierownik działu cze­kający na zapowiedzianą inspekcję Był w mundurze i w koszuli z CZARNEGO materiału. Znaczy, „napuściłem się” na niego po inspekcji pytając, jak będzie cały dział wyglądał, jeżeli sam kierownik tak wygląda w chwili je­go reprezentowania?

Znaczy, wojna wcale nie zwalnia przełożonych od przy­jętej na statkach pasażerskich dyscypliny. Jeżeli można patrzeć przez palce na dopuszczalne jej rozluźnienie wśród personelu, to w żadnym wypadku nie może to mieć miejsca wśród ludzi odpowiadających za cały dział.

Znaczy, muszę stale ludziom psuć humor, ale to wyni­ka z tego,” że najmniejsze niedopatrzenie z mojej strony natychmiast mści się na mnie z niesłychaną dokładnością. Znaczy, kierownikowi humor popsułem całkowicie. Zna­czy, pan jest z nim w dobrych stosunkach, niech go pan zaprosi do „mnie na godzinę piątą. Przyjdą panowie razem na kieliszek wina...

W nocy odprowadzałem do bramy swego poprzednika. Odjeżdżał na inny statek. W blackoucie szliśmy przez tereny stoczniowe, gdy usłyszeliśmy wybijane jak na defiladzie miarowe kroki, które zbliżały się do nas. Padło na­raz groźne: HANDS UP! - Ręce do góry!

Podnieśliśmy ramiona przepisowo do góry. W świetle latarki elektrycznej ujrzeliśmy wycelowane w nas lufy ka­rabinów. Pokazaliśmy przepustki młodym gwardzistom bardzo zadowolonym ze swej gorliwie pełnionej służby. Pomaszerowali dalej, jeszcze głośniej wybijając takt butami. Za chwilę usłyszeliśmy ich radosne HANDS UP! skierowane do innych spotkanych ludzi.

* * *

Znów zakotwiczyliśmy na Tyne, gotowi - już jako trans­portowiec wojskowy - do wyjścia w morze. Kapitan wy­jeżdżając na ląd polecił przeprowadzić próbne alarmy oraz zaopatrzyć i przygotować do spuszczenia wszystkie bez wyjątku szalupy ratunkowe, chociażby trzeba było pracować do późna w nocy.

Załoga, która po chaosie stoczni od kilku dni szykowała statek do drogi, była przemęczona. Chciano przygotować tylko kilka szalup, a resztę dopiero po wyjściu w mo­rze. Jutro. Jednakże późnym wieczorem mogłem zameldować kapitanowi, że wszystkie szalupy są zaopatrzone w sprzęt, sprawdzone i przygotowane do spuszczenia. Dodałem też, że od dostawców z lądu dowiedzieliśmy się, iż mięsa nie potrzebujemy zabierać ze sobą wiele, ponieważ... idziemy do Nowej Zelandii. Tam będziemy się mogli zaopatrzyć na długi czas.

Przed północą - stacje manewrowe. Wychodzimy w morze. Winda kotwiczna wyjątkowo ciężko pracuje przy wybieraniu kotwicy. Wreszcie kotwica wynurza się, ale nieczysta - opasana kilku stalowymi linami. Odczuwamy to tak, jakby rzeka starała się nas zatrzymać wszelkimi dostępnymi dla niej sposobami.

Brutalnie odtrącamy tę widoczną troskę rzeki. Jedna po drugiej opadają - przerąbane - stalowe liny. „Ko­twica czysta!” Zapalają się światła pozycyjne i „Piłsudski” zaczyna z wolna posuwać się w kierunku wyjścia na morze.

Po zejściu ze statku pilota kapitan z angielskim ofice­rem łącznikowym otwierają tajną kopertę z podaną „dro­gą”. Kopertę tę wolno otworzyć dopiero po wyjściu w morze. Tekst jest zaszyfrowany. Niestety, potrzebna do rozszyfrowania księga kodu nie znajduje się w codzien­nym użyciu w naszej marynarce. Musimy wrócić do punktu kontrolnego przy ujściu rzeki, by się w nią zaopatrzyć. Za chwilę dostarcza ją nam motorówka.

Oficer angielski zabiera się do szyfru. Kapitan komunikuje mi, że idziemy spotkać się z „Sobieskim”. Na razie mamy „czystą drogę” pomiędzy lądem a polem minowym i nie potrzebujemy żadnej eskorty. Służbę na mostku będziemy pełnili na przemian. Mam zmienić kapitana o godzinie szóstej rano. Teraz mogę położyć się spać.

Ucieszyła mnie ta „czysta droga”, będzie można wypocząć. W kabinie rozbieram się szybko. Nie zwracam już uwagi na dokumenty osobiste zaklejone w nieprzemakalnych kopertach i zostawiam je w biurku. Wyciągam się w koi i natychmiast zasypiam.