Przez sen czuję silne uderzenie w burtę. Gdy zastanawiam się, co mogło je spowodować, silny wybuch wstrząsa statkiem. Sypie się szkło lamp, wali się na podłogę umywalka. Siadam w koi - trzeba wstawać! W tej chwili czuję drugie uderzenie w burtę. Wydaje mi się, że to pocisk przebił poszycie. Za chwilę następuje wybuch znacznie silniejszy od pierwszego.
Nie mam wątpliwości, że jesteśmy ostrzeliwani przez artylerię. Jeśli się tak dobrze wstrzelała, to za chwilę nas zatopi. Może nie warto wstawać z koi?
Zapanowała cisza. Wciąż cisza...
A może dostaliśmy dwie torpedy? Niemożliwe! Na noc dzisiejszą zapowiadana była „czysta droga”. Ale niedawno okręt podwodny wszedł do najbardziej strzeżonej bazy w Scapa Flow i storpedował pancernik „Royal Oak”. Tonął niecałe trzy minuty.
Myśl o tym podnosi mnie na nogi. Nie ma ani chwili do starcenia. Szybko ubieram się w to, co wpada mi pod rękę. Czuję, że statek się przechyla. Rzucam się do drzwi. Nie dają się otworzyć. Badam przyczynę. Sufit opadł i zwis nie pozwala otworzyć drzwi. Usiłuję rękami podnieść nawis. Bezskutecznie!
Okno kabiny jest dostatecznie duże. Wysunę się przez okno. Ale przypominam sobie nagle, że okna są zabezpieczone pancernymi blachami przed ogniem karabinów maszynowych z samolotów, a dach pokryty workami z piaskiem. Płyty są zakręcone od zewnątrz.
Jest tylko jedna droga: przez drzwi, po podniesieniu sufitu.
Znów usiłuję podnieść sufit. Czuję, jak serce podchodzi mi do gardła. Statek przechyla się, zaraz się przewrócimy. Będę stal na suficie i czekał, aż woda wyprze pozostałe w kabinie powietrze. Będę długo rozmyślał, zanim się utopię...
Nie, nie dam się utopić w ten sposób! Staję na tapczanie, który dochodzi do drzwi. Podpieram sufit głową. Sufit nie drgnie nawet. Podpieram ramionami i głową, zaczynam prostować kolana. Czuję ból w kręgosłupie, w kolanach. Popękają. Jest mi wszystko jedno, jeśli' stracę przytomność, nie będę się męczył. Naraz sufit podnosi się nieco. Teraz już zmieniam się w maszynę, która wypiera sufit do góry. Unosi się powoli. Pcham jeszcze silniej. Rękami badam, czy drzwi dadzą się już otworzyć.
Krytyczny moment. Muszę nacisnąć klamkę i pociągnąć drzwi. Jeśli zwolnię ucisk na sufit, opadnie. Udaje mi się zrobić szparę. Sufit leży na drzwiach. Teraz już ciągnę drzwi rękami. Szpara jest coraz większa. Wsuwam się w nią i za chwilę jestem wolny. Nie utopię się w tak okropny sposób.
Mam wrażenie, że skrzydła wyrastają mi u ramion. Biegnę na mostek. Ciemno. Widzę zarysy telegrafów maszynowych leżących na pokładzie. Nikogo nie ma. Czuję dym i gaz.
Zdaję sobie sprawę, że bez latarki elektrycznej niewiele dokonam. Wsuwam się z powrotem do kabiny, robiąc większą szparę do wyjścia. Latarka leżała zawsze na tapczanie, jest na swoim miejscu.
Zbiegam do kabiny kapitana. Cisza, wszystko zasypane szkłem. Kapitana nie ma.
Biegnę do wyznaczonej dla mnie rozkładem szalupy. Po wyrwaniu się z kabiny wszystko wydaje mi się teraz proste i łatwe. Mam wrażenie, że jest to nocny alarm szalupowy. Przy łodzi stoi kapitan. Ludzie w bieliźnie i boso biegną po szkle i wskakują do szalupy. Melduję kapitanowi, że spóźniłem się, ponieważ byłem zatrzaśnięty w kabinie.
Statek przechyla się coraz bardziej na lewą burtę. Stoimy na prawej burcie przy ostatniej szalupie licząc od mostku. Nikogo więcej przy szalupie nie ma. Przypominam sobie swój straszny sen w Marrakeszu. Nigdy o nim kapitanowi nie mówiłem. Teraz jest za późno.
- Panie kapitanie, proszę siadać do szalupy. Zostanę tak długo, jak będzie trzeba, czuję się bardzo dobrze. Proszę siadać, bo za chwilę już nie będzie można spuścić z tej burty żadnej szalupy.
- Zostanę z panem, proszę spuszczać! - odpowiada kapitan.
Jeszcze raz ośmielam się ponowić prośbę, by kapitan szybko wsiadł do szalupy.
- Proszę spuścić szalupę! - słyszę powtórzony rozkaz.
Po drabince wchodzę na pokład słoneczny, na którym ustawione są windy łodziowe i bębny z nawiniętymi linami talii szalupowych. Zwalniam hamulec i szalupa znika za burtą, trąc się o nią z lekka. Mam nadzieję, że zdąży zejść, zanim statek się przewróci. Gdy wyczuwam, że liny zwisły luźno, zbiegam na pokład szalupowy. Kapitana nie ma. Wyglądam za burtę: szalupa znajduje się parę metrów od statku. Jest ostra fala i silny wiatr.
Przebiegam na lewą burtę. Stoi tu dużo ludzi, tak samo w bieliźnie i boso. Kapitana nie ma.
Gdy ostatnich ludzi wsadzałem do szalupy, kapitana jeszcze nie było. Statek mocno się już przechylił. Szalupa opierała się na swych mocowaniach, które usiłowałem odpiąć, by zwisła nad wodą. Przechył był tak znaczny, że pierścienie mocowań nie dały się odsunąć. Poleciłem, by podano mi z szalupy toporek. Nikt nie drgnął nawet, wszyscy byli zajęci wybieraniem szkła z pokaleczonych stóp.
- Nie ma! Nie ma! - odezwało się kilka głosów.
Pobiegłem do drugiej szalupy i spróbowałem, czy uda mi się odpiąć takie same mocowania jak te, które zaciśnięte były przy poprzedniej. Na szczęście tak się ułożyły, że zsunąłem je na tyle, by łódź nie wysunęła się za burtę, i kazałem ludziom przejść do tej szalupy. Przeszli szybko.
Jeszcze raz przeszukałem latarką wszystkie możliwe do zobaczenia z tego miejsca stanowiska. Kapitana nigdzie nie było. Jeśli poszedł szukać rannych w dolnych pomieszczeniach - może być za późno.
W ostatniej szalupie byli ludzie z najbardziej odległych pomieszczeń. Żaden nie wspominał o rannych. Postanowiłem spuścić i tę szalupę.
Gdy w chwilę później podszedłem do burty, by zobaczyć, co się dzieje z łodzią, ujrzałem, jak wysoka fala znosi ją ku rufie. Statek był tak przechylony, że z trudem trzymałem się na pokładzie. Nagle wydało mi się, że ktoś stoi koło mnie. Odwróciłem się. Obok stał kapitan.
Nieomal jednocześnie powiedzieliśmy do siebie:
- Co teraz będziemy robili?
I znów przypomniał mi się sen.
- Statek zaraz się przewróci - powiedziałem. - Pobiegniemy na rufę, skoczymy do wody i dopłyniemy do najbliższej szalupy.