Выбрать главу

Nie chcąc nikogo pytać o drogę, dowiedziałem się o nią dokładnie w Newcastle u tych, którzy byli na pogrze­bie. Słowo „pogrzeb" jakoś mi się nie kojarzyło z osobą kapitana. Wydawało mi się, że prawdziwe pogrzeby mają miejsce wówczas, gdy ludzie rozczarują się w stosunku do siebie i zmienią całkowicie o sobie zdanie.

Szedłem powiedzieć kapitanowi o kilku sprawach, nie będąc pewnym, czy jeszcze uda mi się tutaj powrócić.

Bezdrzewna płaszczyzna pozbawiona zieleni ciągnęła się do końca widnokręgu, urywając się stromo do morza. W oddali, na końcu drogi biegnącej między morzem a to­rem kolejowym, widać było kamienne ogrodzenie cmenta­rza. Wichry od morza i jałowa ziemia pozbawiły cmen­tarz, roślinności. Był to chyba najbardziej surowy cmen­tarz, jaki widziałem.

Pamięcią powędrowałem na inne widziane w życiu cmentarze. Z okrytego wysmukłymi cyprysami cmentarza Ejub nad Złotym Rogiem widać było las minaretów-rycerzy strzegących meczetów o kulistych kopułach. Wśród cyprysów marmurowe obeliski w kształcie pali dla męż­czyzn i płyt dla kobiet. Symbolika tych ostatnich urzekała prostotą, a pamięć o zmarłych potrafiła ułożyć arabeski na szczycie płyty w wiązanki kwiatów czy ziarnem wypeł­nionych kłosów, zakwitnąć w postaci małego samotnego kwiatka niezapominajki lub zabłysnąć tym, czym dla ko­goś była - gwiazdką z nieba.

Przypomniał mi się najwspanialszy chyba na świecie cmentarz Campo Santo w Genova la Superba, podobny do galerii rzeźb najlepszych artystów włoskich, pełen za­stygłych w rozpaczy postaci, przeważnie kobiecych, ubra­nych w koronkowe szaty tkane z karraryjskiego marmu­ru.

Najsilniej jednak przemawiały cmentarze bitewne i gro­by żołnierzy włoskich poległych w pierwszej wojnie świa­towej. Na grobach pozostawiono przedmioty będące w użyciu podczas bitwy przez tych, którzy w niej polegli. Drutem telefonicznym połączone dwa groby z ustawiony­mi na nich telefonami mówiły o tym, co się tu stało przed laty, tak jak gdyby to się stało przed chwilą. Ci dwaj po dziś dzień nie stracili pomiędzy sobą łączności.

Doszedłem do rzuconego nad Północne Morze cmenta­rza. Widać stąd było ostatni odcinek drogi, na którym w listopadową noc przed kilku miesiącami trafiony został dwiema torpedami statek kapitana.

Rozstaliśmy się w momencie, kiedy - jak nam się zda­wało - nikogo oprócz nas dwóch na okręcie już nie by­ło. Przechył stawał się coraz większy. Pozostawały tylko dwie drogi: skoczyć za burtę w noc i rozpoczynjący się sztorm, po czym dopłynąć do którejś ze zdanych na łaskę losu łodzi ratunkowych, lub trzymając się tratwy ratun­kowej spłynąć na niej w chwili, gdy okręt będzie się po­grążał. Spuszczenie którejś z pozostałych jeszcze szalup - nie mogło już być nawet brane pod uwagę.

Nie śmiałem namawiać kapitana do skoku za burtę wobec zdecydowanej jego chęci ratowania się na tratwie. Wydawało mi się, że jeśli uda mi się dopłynąć do łodzi ratunkowej, wrócę po niego. Stało się inaczej.

W jednym z pomieszczeń, znajdujących się najbliżej miejsca trafienia okrętu torpedą, wybuch obudził śpiące­go chłopca okrętowego. Wisząca nad nim koja urwała się i pozbawiła go przytomności. Leżał nieprzytomny, zanim wdzierająca się do wnętrza woda nie osiągnęła poziomu jego koi. Oprzytomniał. Zerwał się i brodząc w wodzie odnalazł wśród zwalonych koi i ścian kabiny drzwi. Były otwarte. W ciemności nie mógł się zorientować, w jakim kierunku należy uciekać. Omackiem zamierzał szukać drogi, gdy usłyszał tuż koło siebie wołanie. Ruszył w tym kierunku i spotkał drugiego chłopca okrętowego, również poranionego, który podobnie jak i on zalany został lodo­wato zimną wodą, gdy leżał nieprzytomny w koi. Zaczęli gorączkowo poszukiwać wyjścia z pułapki. Gdy już stra­cili nadzieję, że uda im się wydostać na pokład, dobrnęli do trapu.

Trapu nie było. Wisiały tylko poręcze, po których uda­ło im się wydostać na wyższy pokład. Stąd pobiegli do przydzielonych im łodzi ratunkowych.

Na miejscu z przerażeniem stwierdzili, że łodzi już nie ma. Nikłe światło wskazywało obecność jednej z nich na wodzie. Zaczęli głośno wołać, lecz nie otrzymali żadnej odpowiedzi.

Okręt przechylał się gwałtownie. Obaj szykowali się już do skoku za burtę, by dopłynąć do łodzi, gdy usłyszeli wołanie dochodzące ze środka pokładu. Pobiegli w tym kierunku i zastali kapitana wraz z kucharzem, zajętych odmocowywaniem tratwy ratunkowej.

Kapitan powiedział, by pomogli spuścić tratwę ratun­kową i wyraził przypuszczenie, że statek przed zatonięciem może jeszcze się wyprostuje, to będzie łatwiej do niej się dostać. Ale przechył powiększał się i dalsze zwlekanie wydawało się już zbyt groźne. Kapitan kazał rzucić tra­twę na wodę. Teraz trzeba było skoczyć w czarną, kłębiąca się i z szumem rozbijającą się o burtę statku falę. Chłopcy przerazili się. Zabrakło im odwagi, by skoczyć w straszne morze. Kapitan perswadował, że jest to ostatnia możliwość uratowania się, że wszyscy muszą się jak najszybciej dostać na tratwę, inaczej zginą. Przerażenie chłopców było tak wielkie, że oświadczyli, iż raczej zginą, niż skoczą. Wówczas kapitan postanowił dać im przy­kład. Skoczył pierwszy, dopłynął do tratwy i zaczął przy­naglać pozostałych na pokładzie.

Teraz chłopcy skoczyli razem i za chwilę byli już przy kapitanie. Jedynie kucharz został na okręcie, nie odważył się skakać. Kapitan znów zaczął wołać i zachęcać go, by przyłączył się do nich jak najszybciej.

Przerażony kucharz biegał wzdłuż relingu, nie mogąc zmusić siebie do skoku za burtę. Wołał tylko wciąż:

- Kapitanie! Kapitanie!

Naraz chłopcom wydało się, że - gdy duża fala ude­rzyła o okręt - kucharz skoczył. W każdym razie więcej się nie ukazał.

Fala była coraz większa. Musieli myśleć o sobie. Wdra­pali się na tratwę, którą wiatr i fale zaczęły oddalać od tonącego statku. Na nie osłoniętej już kadłubem statku tratwie chłopców ponownie ogarnęło przerażenie. By zmusić ich do myślenia o czymś innym, kapitan zaczął opowiadać, jak spędził ten ostatni wieczór. Trochę się us­pokoili.