Выбрать главу

Nad grobowcem kapitana wznosiła się zimna niebieska kopuła.

- Przyjechałem się pożegnać, Panie Kapitanie! - po­wiedziałem głośno. Wydawało mi się dlaczegoś, że samo myślenie tutaj, w tym miejscu, nie pozwoli dostatecznie silnie skupić się dla zadośćuczynienia temu, co mnie tutaj przyprowadziło. Cmentarz był pusty, słychać było tylko szum morza.

- Proszę wybaczyć, że dzisiaj dopiero przyjechałem do Pana. Jutro już będę na nowym okręcie. Używam sło­wa „okręt”, ponieważ wszystkie, jak Pan chciał, są teraz uzbrojone w działa.

Przyjechałem powiedzieć, że nigdy o Panu nie zapo­mnę. Rozmowy na pokładzie „Piłsudskiego” stały się dla mnie rozwiązaniem wszystkich zagadnień dotyczących Pa­na. Uprzednio często ich nie rozumiałem. By pamiętać o tym wszystkim, postanowiłem nosić zawsze czarny kra­wat. Jest to zobowiązanie na pewno bardzo dziecinne, ale wiem, że mnie Pan rozumie. Dla mnie ma to w sobie coś z legendy o Nelsonie, która wszystkich marynarzy całego świata przybrała w czarne krawaty.

Nie chciałbym, żeby to co mówię, wydawało się Panu przemówieniem nad trumną. Dla mnie pozostanie Pan wiecznie żyjącym. Teraz właśnie rozumiem w pełni legen­dę o tym, że dobrzy żeglarze nigdy nie umierają. Ich nie­obecność tłumaczy się długim i trudnym rejsem dokoła Cabo das Tormentas lub Tierra de los Fuegos.

Chciałbym jeszcze za wiele rzeczy Panu podziękować, miałem to zrobić w naszym rejsie do Nowej Zelandii. Przede wszystkim podziękować za drobiazgową wnikli­wość w nasze wiadomości i zmuszanie do szybkiego przy­swajania każdej nowości z dziedzin dotyczących bezpo­średnio naszej pracy. Chciałbym móc powiedzieć wszyst­kim, że był Pan najbardziej precyzyjnym instrumentem, który działał niezawodnie podczas sztormu, mgły i śnieży­cy, w drodze przez pola lodowe i w tropikalnej burzy. Jednak nie wydaje mi się to tak ważne jak fakt, że był Pan niezawodny w zwykłym, codziennym dniu na morzu, w każdym z tych siedmiu dni życia ludzi morza, od po­niedziałku do poniedziałku. Wśród tych „siódemek” nig­dy Pan nie zadrasnął godności osobistej ludzi, za których pracę był Pan odpowiedzialny. Wszystkie uwagi odnosiły się wyłącznie i zawsze do wykonywanej roboty i w miarę możliwości powiedziane były zawsze bez świadków.

Ten precyzyjny przyrząd nosił u Pana skrystalizowaną nazwę: ZNACZY KAPITAN. Jako przyrząd nawigacyj­ny Znaczy Kapitan zmieniał się i doskonalił stale. Te przeobrażenia powinny być zachowane w jakiś sposób. Nie wyryje się tego na zimnym głazie. To trzeba napisać. W takich wypadkach, jeśli było coś właśnie do wykona­nia, to decyzja u Pana była szybka: „Znaczy, to trzeba wykonać. Znaczy, pan to wykona”.

Słyszę, Panie Kapitanie. Ale przecież Pan wie, że pisać nie umiałem i nie umiem. Wszystkie moje wypracowania szkolne nosiły jedną i tę samą uwagę: „styl telegraficzny”. Gdybym teraz obiecał Panu, że będę starał się to napisać, byłoby to przyrzeczenie niemowy, że zacznie mówić. Jeśli nawet napiszę, nie wiem, czy ktoś zechce to czytać. W ja­ki sposób wytłumaczyć ludziom, że ZNACZY KAPITAN nie rodzi się, lecz tworzy latami z romantyzmu, sił woli i wiedzy?

Więc uważa Pan, że muszę napisać? To znaczy, że mu­szę się najpierw nauczyć mówić, wybadać, co ludzi będzie interesowało, a potem nauczyć się pisać. Sądzę, że powin­ny to być opowiadania. Ile ich ma być, aby dać całkowity obraz Pana pracy i zmagań? To chyba najłatwiejsze: ulu­bione Pana liczby to trzy i siedem, a więc trzydzieści sie­dem.

W tej chwili przypomina mi się powiedzenie Pana: „Znaczy wszystko musi być zrobione PORZĄDNIE”. Tak jest, Panie Kapitanie! Od dzisiaj będę się uczył opo­wiadać i pisać. Pisać wszystko i o wszystkim tak długo, aż potrafię napisać to, o czym muszę napisać. O jedno tylko proszę, by zechciał mi Pan zawsze i wszędzie towa­rzyszyć. Jeśli nie będę mógł sam tutaj Panu tych opowia­dań przynieść, to postaram sieje przysłać...

Zimny wiatr wzmagał się, niosąc szum morza. Gdy znalazłem się na zakręcie drogi, skąd jeszcze mogłem doj­rzeć grobowiec kapitana, odwróciłem się. W szumie mo­rza usłyszałem echo najmilszego zdania, wypowiedzianego do mnie ongiś przez kapitana:

- ZNACZY, TAK JAK UMÓWILIŚMY SIĘ!

W DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ

Z trzydziestu siedmiu opowiadań wchodzących w skład książki „Znaczy Kapitan” kilkanaście było uprzednio drukowanych na łamach miesięcznika „Morze”. Po uka­zaniu się w roku 1959 ostatniego opowiadania pod tytu­łem „Meczet Omara” do redakcji „Morza” nadszedł list, którego nadawcą był Mamert Stankiewicz. List ten wy­wołał zrozumiałe poruszenie, ponieważ nikt z nas nie wie­dział, że syn Kapitana nosi Jego imię.

W wyniku nawiązanej korespondencji dowiedziałem się o losach maszynopisu pamiętnika, o którym kapitan Ma­mert Stankiewicz opowiadał mi w listopadzie 1939 roku na zakotwiczonym na rzece Tyne „Piłsudskim”. Pamięt­nik - wraz z pewną ilością zdjęć - ocalał. Wyniosła go z płonącej Warszawy w 1944 roku żona Kapitana.

Wydaje się nieodzowne podzielenie się z Czytelnikami - chociażby bardzo pobieżnie - wrażeniami i spostrze­żeniami, które nasunęły mi się po przeczytaniu pamiętni­ka Kapitana. Zaciekawiły mnie przede wszystkim Jego rozważania na temat, czy w czasach rozwoju nawigacji technicznej jest celowe pisanie książek osnutych na wspo­mnieniach żeglugi na żaglowcach; być może dlatego, że pisząc swe opowiadania, których pierwsze szkice powstały w 1942 roku, zastanawiałem się również nad tym zagad­nieniem.

Czytając pamiętnik Kapitana można wysnuć wniosek, że uważa On pracę nawigatora za specyficzną i w związ­ku z tym wymagającą od człowieka, poświęcającego się jej, specjalnych cech charakteru. Wyraził też pogląd, że społeczeństwo polskie ma błędne pojęcie o tym, co stano­wi - czy co ma stanowić - istotne wartości oficera ma­rynarki, oraz że młodzież stwarza sobie zupełnie niewłaś­ciwy obraz ideału oficera na statku. Te myśli stały się dla Niego bodźcem do napisania pamiętnika.

Opowiadania swe napisałem kierując się tymi samymi pobudkami, a jako wzór nawigatora przedstawiłem właśnie Kapitana. Sądzę więc, że słuszne będzie przytoczenie niektórych faktów z życia Kapitana w oparciu o Jego pa­miętnik. Pragnę bowiem, by sylwetka Jego nie pozostawi­ła po sobie wrażenia sztucznej, istniejącej wyłącznie na kartach mojej książki, powstałej pod wpływem zobowią­zania, które - jak niektórzy mogą mniemać - mogło mieć wpływ na wyidealizowanie Jego postaci i stworzenie osobowości nierealnej.