Ponadto węzeł krawata pełnił funkcję skarbca. Nosiło się w nim cały majątek. Jedynie chusteczkę do nosa przechowywało się nie w węźle, lecz w rękawie. W związku z tym mankiety bluzy musiały być tak obcisłe, by chusteczka się nie wyśliznęła. W kieszeniach spodni z zasady nie nosiło się nic, nawet rąk, ponieważ psułoby to linię spodni, które musiały wyglądać jak spódniczka zachowując jednakową szerokość od bioder do kostek. Pozwalało to, gdy byliśmy w morzu, zwijać je jak sztukę materiału i chować do szafki. Niektórzy co prawda woleli trzymać spodnie na wieszaku, ale ponieważ szafy były wąskie, więc kanty spodni ulegały nieraz załamaniu.
W wycięciu kołnierza musiała wyglądać koszulka w biało-granatowe paski. Przepisowa była prawie nie do zdobycia. Zaledwie paru taką posiadało. Namiastka - w węższe paski - uchodziła podczas świąt w domu, ale nigdy w wypadku reprezentacji na zewnątrz. Do kokieterii natomiast należało uwidocznienie nad dekoltem koszulki naturalnego futra. Niektórzy wpadali w chełpliwość z tego powodu i zalotnie powiększali wycięcie dekoltu, by w ten sposób móc zademonstrować przepych rodzimych „soboli”.
Wszystkie trudności z umundurowaniem, które piętrzyły się i zagradzały nam dostęp przed królewskie oblicze, były niczym w porównaniu z kłopotami, jakie mieliśmy z powodu czapek. Prawie każda była inna. Od sztywnych „angielskich”, z wstawionym w nie drutem, do „opływowych”, niemal całkowicie przyklepanych i przylegających do głowy, by ich wiatr nie zerwał. Latem noszono na czapkach białe pokrowce, uszyte ze wszystkich możliwych materiałów od piki począwszy. Idealnym materiałem była „czarcia skóra” niesłychanie trudna do zdobycia. Koronę tych wszystkich zróżnicowań stanowiła wstążka na czapce z napisem SZKOŁA MORSKA. Wstążka czarna. Napis czerwony. Wszystkie napisy na wstążkach haftowane były przeważnie rękami kochających matek, sióstr i sympatii. Każda z nich chciała, by jej haft był najpiękniejszy, litery najmilsze i najbardziej ozdobne. Czerwień tych napisów nigdy nie wydawała się nam tak różnorodna, jak w chwili gdy mieliśmy się przedstawić królowi Gustawowi Piątemu.
„Wszyscy jednakowo ubrani” - w pierwszej chwili wydało się nam, że wobec takiego rozkazu kapitan będzie zmuszony pójść z jednym tylko uczniem, którego wylosujemy. Potem zaczęliśmy myśleć i doszliśmy do wniosku, że jeśli potniemy kilka jednakowych koszulek o przepisowych paskach i porobimy z nich coś w rodzaju śliniaczków, to będzie można wystawić przynajmniej dwudziestu ludzi. Krawaty dobierzemy. Czapki dobierzemy. Wstążki chyba tylko kolorem, kształtem liter - mowy nie ma. Z czapek możemy powyjmować druty.
Pozostał problem wyeliminowania zbyt wielu odcieni mundurów przez dobranie jak najbardziej podobnych oraz kwestia dopasowania wszystkich bluz w talii. Prać, szyć, cerować, prasować - umieliśmy bez wyjątku wszyscy na piątkę. Najzdolniejsi ofiarowali się dopasować bluzy.
Nasze ambicje poszły jeszcze i w innym kierunku. Pomni POTOPU szwedzkiego postanowiliśmy, że wzrost również należy zaprezentować, chociażby tylko dlatego że sam król Gustaw Piąty jest wysoki. Koledzy niscy wzrostem przyjęli tę decyzję mężnie z pełnym zrozumieniem.
Po wielu wysiłkach i kilkugodzinnym przebieraniu się zdołaliśmy wystawić pięć czwórek. To, co się nie dało w zupełności dopasować, zostało doczyszczone i doprasowane jak nigdy. Spodnie były jak brzytwy. Talie wcięte do granic wytrzymałości wciągniętego brzucha. Natomiast piersi zobowiązali się wszyscy trzymać tak wypięte jak podczas paradę allee atletów przed zapasami. W wyczyszczonych butach widać było całe słońce jak w szkłach przyćmiewających sekstantu.
Kapitan zdumiony był widokiem doprowadzonej do bezwzględnej elegancji dwudziestki. Ci, którzy pozostawali na burcie, cieszyli się, że ich wstążka lub ofiarowana na pocięcie koszulka przyczyniły się do wystawienia TAKIEGO oddziału. Pierwszy raz zrozumieliśmy martwe dotychczas dla nas zdania - czytane często w historii Polski - o możnowładcach własnym sumptem wystawiających oddziały kawalerii.
Chmury nie śmiały zaćmić słońca, gdy opuszczaliśmy pokład „Lwowa” schodząc na ziemię szwedzką. Ci, co pozostali i z pokładu „Lwowa” oglądali nasz przemarsz do pałacu-wystawy, gdzie mieliśmy być zaprezentowani królowi, twierdzili, iż wszyscy, którzy nas widzieli, odnieśli wrażenie, że gdybyśmy żyli w czasach POTOPU, to cała ówczesna armia szwedzka zostałaby przez nas rozpędzona, „kurcze pałasz!”, w drobny mak. Nie było już silniejszego określenia dla postawy dwudziestki wystawionej sumptem wszystkich kolegów.
Jęczała ziemia szwedzka pod stopami maszerującego ze „Lwowa” oddziału. Przez cały czas marszu szczęka kapitana stała na „fair” - „pogodnie”. Zgodnie z danym przyrzeczeniem nikt z całej dwudziestki nie wypuszczał prawie powietrza z piersi. Zaprasowane spodnie cięły powietrze. Nikt nie zmylił nogi, nie wysunął się czy cofnął o milimetr z szeregu. Odstęp między czwórkami przez cały czas jak na paradzie starej gwardii. Nawet widok najbardziej ponętnych i pełnych zachwytu uśmiechów nie wytrącił żadnego z nas z równowagi.
Tak wkroczyliśmy na teren wystawy i dotarliśmy do głównego pawilonu mieszczącego się w olbrzymim pałacu. Wspaniały, marmurami wykładany hali. Dwuszereg zamarł w oczekiwaniu na króla. Zjawił się adiutant z zapytaniem, w jakim języku kapitan może rozmawiać z królem: w angielskim, francuskim, niemieckim? Kapitan odpowiedział, że we wszystkich trzech, do wyboru jego królewskiej mości. Odpowiedź kapitana bardzo nam się podobała. Rozmawiali po angielsku. Nie zdążyliśmy się jednak zorientować, w jaki sposób kapitan w języku angielskim wyraża swoje „znaczy”.