I potem posypały się już nazwy znanych nam i nie znanych gazów.
W kadrze ci sami ludzie zachowują się nieco inaczej. Na olbrzymim placu odbywa się musztra - „rycerskie chodzenie”. Pierwsza czwórka, szczególnie ten prawoskrzydłowy, idzie jakoś nie tak, jak to sobie wyobraża sierżant od gazów.
- Oddział, stój! - ryczy sierżant i podchodzi do wybrańca: - Byku, nogi do góry więcej! Maaarsz!
Musimy maszerować jak „Niemce w pikielhaubach”, to jest tak, by noga podniesiona tworzyła kąt prosty z nogą stojącą na ziemi.
- Lewa! Lewa! Lewa!
- Oddział, stój! - I znowu sierżant podchodzi do „byka”. - No! Co taka morda durna? Kim był w cywilu?
- Inżynier - odpowiada „durna morda” ( w tym wypadku jeden z konstruktorów wspaniałych lokomotyw chrzanowskich, znanych na całym świecie).
Stropiony nieco sierżant wyjaśnia pojednawczo:
- Byk, durna morda, oferma, to takie techniczne wyrażenia wojskowe.
Najwięcej trudności przysparza nam nauka historii Polski prowadzona przez bosmanmata. Nie możemy jej opanować tak, jak bosmat tego wymaga.
- Co to jest ojczyzna? No? - pyta bosmat.
Zapytany jest jednym z absolwentów „Wawelberga” w Warszawie, którzy razem z nami odbywali przeszkolenie rekruckie. Bezskutecznie usiłuje przypomnieć sobie definicję ojczyzny podaną przez bosmanmata.
- No? - pogania bosmat.
Wawelberczyk milczy, nie może sobie przypomnieć.
- No?! Jest ojczyzną menażka z kawą?
- Nie - odpowiada pytany (odpowiedź musi być dana).
- No, co to jest ojczyzna? Jest nią repeta?
- Nie - odpowiada „ciemny rekrut”.
- Siadł i wstydził się! - ryczy bosmat. Jest to najstraszniejsza komenda w kadrze, plaga placu ćwiczeń, zwłaszcza po deszczu. Należy bowiem natychmiast po niej siąść w tym miejscu, w którym się stało, wyciągnąć nogi przed siebie, ręce położyć przed kolanami i obowiązkowo przyjąć zawstydzony wyraz twarzy.
- Siadł i wstydził się! - ryczy inny mat przy wpajaniu sztuki zwrotów wojskowych naszemu absolwentowi, Staszkowi, znanemu z opanowania wielu języków oraz swoiście filozoficznego poglądu na sprawy życia codziennego i ludzkich słabości.
Staszek posłusznie siada w miejscu wybranym przez mata, w samym środku kałuży. Wyciąga nogi i przybiera przepisowo zawstydzony wyraz twarzy. W tym momencie nadchodzi jeden z kolegów gimnazjalnych Staszka, który wolał marynarkę wojenną niż handlową i już jako oficer trafił do kadry w Świeciu. Widząc swego kolegę w postawie „siadł i wstydził się” w samym środku kałuży, rzuca się do sprężonego przed nim na baczność mata:
- Jak śmiecie coś podobnego!
Ale siedzący w wodzie Staszek wstawia się za matem, cedząc wolno przez nos wymawiane słowa:
- Rysiu! Daj mu spokój. Przecież on i tak tego nie zrozumie, a ja wytrzymam.
Staszek był w tym wypadku wyrazicielem naszego powszechnego stosunku do matów i bosmanmatów, usiłujących wpoić w nas „rycerskość” w taki sposób, w jaki ich samych nauczono.
Okres rekrucki zakończył się utwierdzeniem naszych przełożonych w ich „wspaniałej” metodzie przez zaproszenie całej kadry podoficerskiej na pożegnalne przyjęcie. Na tym zorganizowanym przez nas przyjęciu główne czynności można było określić słowami „spirytus do gębuś a nieboszczykus do grobus”. Tak według Starca miał jakoby powiedzieć organista, zastępując księdza na pogrzebie.
Trochę inaczej wyglądała sprawa z młodymi „pistoletami”, którzy tylko co się wykluli na oficerów i dostali w swe ręce to, co Rzymianie uważali za rzecz najbardziej boską: rządzenie ludźmi.
Kiedyś wieczorem w naszej izbie żołnierskiej zjawił się nie znany nikomu „pistolet”. Po odebraniu meldunku dyżurnego o stanie ludzi zadał nieoczekiwane pytanie:
- Porządek jest?
- Tak jest, panie poruczniku, porządek jest! - zdecydowanie odpowiedział dyżurny izby.
Wygrzebana zapałką zza szafy odrobina kurzu rozwiała nasze złudzenia o czystości i porządku. „Pistolet” zarządził zbiórkę wszystkich mieszkających w izbie. Z ułożoną na kocu zapałką cały oddział pomaszerował wśród ciemności, wichru i deszczu, by zakopać ją wraz z odrobina kurzu w najodleglejszym kącie olbrzymiego placu.
Od tego czasu kiedy tylko „pistolet”, przezwany przez nas „Ali Babą”, miał służbę - sprzątającym izbę był regularnie wyznaczany Starzec. Po przewidzianej regulaminem godzinie, od której nie obowiązywał już strój wieczorowy, Starzec - nagi do pasa - ustawiał się na stołku koło szafy z miotłą na kiju w jednej ręce i ścierką w drugiej. Rodzime „sobole” pokrywające jego skórę potwierdzały nasze przypuszczenia, że jeśli przyjąć za słuszne twierdzenie nie znanej nam dziewczynki na egzaminie, iż Darwin był pierwszym człowiekiem pochodzącym od małpy, to Starzec był niechybnie drugim.
Ali Baba wpada do izby. Starzec pręży swe futro na piersi, nie schodząc ze stołka. Trzymając kij od miotły, jak karabin z „bagnetem na broń”, i dzierżąc ogromną ścierkę w drugiej dłoni, melduje się jako rekrut sprzątający izbę żołnierską, której stan wynosi dwudziestu siedmiu ludzi.
- Porządek jest? - pyta Ali Baba.
- Robi się, panie poruczniku! - odpowiada Starzec.
Strzał Ali Baby trafia w próżnię, dowcip z zapałką i dłubaniem w szparach nie da się zastosować. Zawiedziony „pistolet” patrzy na wspaniałe sobole Starca, górującego nad zwierzchnikiem wyglądem i dowcipem.
- No! Rekrut ...ski! Chłop jak dąb, a takim cienkim głosem gada? - pyta Ali Baba.
- Tak jest, panie poruczniku. Zdarza się, że chłop jak dąb, a takim cienkim głosem gada - powtarza za nim jak echo Starzec, świetnie naśladując piskliwy głos „pistoleta”.
- Rekrut ...ski - syczy Ali Baba - co znaczy ten grymas na twarzy?
- Tak jest, panie poruczniku! To nie jest grymas na twarzy, to są nerwy, panie poruczniku!
- Rekrut ...ski - zirytowanym już głosem mówi Ali Baba - rekrut nie śmie mieć nerwów. Tylko histeryczka może mieć nerwy!
- Tak jest, panie poruczniku - piszczy Starzec, naśladując głos i wyraz twarzy Ali Baby - rekrut nie śmie mieć nerwów! Tylko histeryczka śmie mieć nerwy!
Wszyscy dusimy się od śmiechu. Ali Baba traci panowanie nad sobą, ale rozumie, że Starca nie wyprowadzi z równowagi, a sam tylko się ośmiesza. Starcowi nie można nic zarzucić pod względem służbistości i zachowania się.
„Spocznij!”, które rzuca „pistolet”', odnosi się więcej do niego samego niż do Starca i do nas.