Od tej pory nasza kompania staje się przedmiotem szczególnej troski Ali Baby na odcinku wykształcenia rekruckiego.
Ali Baba lubi słodycze. Zawsze nosi przy sobie małe metalowe pudełeczko z cukierkami i częstuje się nimi co jakiś czas. Starzec stwierdził kiedyś, że Ali Baba skraca w ten sposób okres swego dojrzewania do palenia papierosów.
Ali Baba ssie cukiereczki, a kompania już kilka godzin ćwiczy w terenie pod jego czujnym okiem. Każdy rekrut wygląda jak wystawa próbek gruntów, przez które kompania maszerowała. Ledwie żywi wleczemy się do koszar po jesiennej, rozmiękłej drodze.
- Kompaniaaa śpiewa! - piskliwym głosem rozkazuje Ali Baba.
Starzec grywał na gitarze akompaniując sobie do śpiewu. Miał głos czy go nie miał, o tym trudno było zdecydować, ale śpiewał. Na rozkaz oficera Starzec podaje pierwsze słowa piosenki na melodię znanego przeboju:
Ali Baba! Ten mały Ali Baba!
Czterdzieści cukiereczków
W pudełeczku miał...
Kompania zaczyna śpiewać. W tej samej chwili Ali Baba dostrzega wyimaginowane przez siebie samoloty.
- Lotnik, kryj się!
Kompania rozbiega się po obu stronach drogi. W gęstej, lepkiej glinie, w kałużach żółtej wody leżą „zwłoki” rekrutów.
- Zbiórka! Maaarsz!
Kompania odrywa się od łona matki ziemi i maszeruje dalej. Właściwie jest nam zupełnie wszystko jedno, w co kto się położy. I tak na nikim nie ma już suchej nitki. Woda w butach od dawna chlupie. Oddział wygląda jak zespół glinianych bałwanów. Roboty będzie na cały wieczór, by doprowadzić wszystko do porządku.
I znów Ali Baba spostrzega samoloty. Jego piskliwy głos ostrzega:
- Lotnik, kryj się!
Znów cała kompania ryje się w świeżo zaoranym polu.
- Kompania! Maaarsz!
Żółte maszkary ustawiają się na drodze i maszerują. Nasz wygląd nastraja Ali Babę śpiewnie.
- Kompaniaaa! Śpiewa! - komenderuje rozradowanym głosem.
Czekamy na podanie słów i melodii przez Starca. Włodek improwizuje swój najnowszy szlagier:
Panie! Niech pan przestanie!
To przecież skandal jest podobne zachowanie...
Kompania śpiewa głośno i wyraźnie, wybijając w błocie takt butami.
- Lotnik, kryj się! - piszczy Ali Baba.
Kryjemy się na rozmiękłym gruncie podmiejskich ogrodów. Tym razem jest to pole po ściętej kapuście.
Boczną drogą nadchodzą ludzie wracający z pracy do domów.
- Zbiórka! Maaarsz!
Kompania maszeruje, ale już nie śpiewa.
Ali Baba uczy naszą kompanię również odpowiedniego zachowania się w lokalach, w miejscach użyteczności publicznej, w tramwajach, autobusach. Na placu ustawione stołki imitują tramwaj. Na jednym siedzi Ali Baba i ssie swoje cukiereczki. Należy wejść między stołki, „zobaczyć nagle” oficera, zasalutować i poprosić o pozwolenie zajęcia miejsca. Jak dotychczas, wszyscy rekruci naszej kompanii są niesłychanie zdolni i umieją znaleźć się w tej sytuacji.
Między stołki wchodzi teraz Starzec. Nie spostrzega Ali Baby. Staje tak, jakby trzymał się jedną ręką wyimaginowanego rzemiennego uchwytu, wiszącego nad przejściem w tramwaju. Kołysze się cały, jakby wóz rzucał bardzo, z trudem trzyma się na nogach i milczy.
Starzec udaje to wszystko tak świetnie, że dziecinny „pistolet” nie może powstrzymać się od śmiechu. Niewyjaśniona sytuacja przedłuża się. Starzec imituje teraz podskoki tramwaju, ale nie prosi o zajęcie miejsca. Cała kompania śmieje się już głośno, a Ali Baba razem z nami.
W pewnej chwili oficer sztywnieje, zdając sobie sprawę, że uległ urokowi dowcipu.
- No! Rekrut ...ski - syczy w kierunku Starca.
- Tak jest, panie poruczniku! - odpowiada Włodek i jakby dopiero teraz dostrzegł zwierzchnika, salutując z trudem, bąkając „przepraszam”. Ale o pozwolenie zajęcia miejsca nie prosi.
- Rekrut ...ski, proście o pozwolenie zajęcia miejsca! - pomaga Ali Baba.
- Ja tylko jeden przystanek, panie poruczniku. Postoję!
Ali Baba nie wytrzymuje i parska śmiechem razem z całą kompanią.
Od tej chwili Ali Baba, choć nie zaczął palić i ssał dalej swoje cukiereczki, nie wstydził się już przychodzić po skończonej służbie do izby żołnierskiej i słuchać wesołych improwizacji Starca.
Prawdziwie „czarną rycerską perłą” w naszym marynarskim worku wspomnień było wykrycie tajnej organizacji wojskowej w łonie samego wojska. Zauważono w jednym z oddziałów stacjonujących w Świeciu, że mat staje na baczność przed rekrutem i szepce coś jakby „Tak jest, panie...”
Sprawa wydała się podejrzana i tajemnicza. Sprowadzony dla wyświetlenia jej oficer żandarmerii polowej przyłapał mata na gorącym uczynku stawania na baczność przed rekrutem i meldowania: „Tak jest, panie...” Zabrano ich na przesłuchanie.
Pierwszy - według starszeństwa - zeznawał mat: W cywilu jest stewardem na jednym z naszych statków, a rekrut... jego kapitanem. Tak się złożyło, że kapitanowi tyle czasu odraczano służbę wojskową, iż dopiero teraz powołano go na przećwiczenie rekruckie. Powołano jednocześnie i stewarda na ćwiczenia rezerwy. Za dwa tygodnie wracają na statek. Rekrut będzie na powrót kapitanem, a mat - stewardem.
Rekrut już zeznań nie składał.
We flocie stosunki były inne. Jako podchorążych poprzydzielano nas na poszczególne okręty. Mając za sobą prawie dwa lata pływania na „Lwowie” po głębokich wodach Atlantyku, niektórzy dość lekceważąco traktowali swoich przełożonych, których pływania ograniczały się niekiedy wyłącznie do Bałtyku.
Młody podchorąży „Sperling” zaręczył się na krótko przed zaokrętowaniem na jednostce. Okręt stał zakotwiczony na redzie, podchorąży tkwił na pokładzie, przy relingu. Wiatr owiewał jednostkę, a myśli o ukochanej - podchorążego. By się upewnić, że jego szczęście nie jest złudzeniem, zakochany podchorąży to zdejmował, to znów nakładał na palec wspaniały pierścionek zaręczynowy z dużym brylantem.
Naraz nieprzytomnemu ze szczęścia podchorążemu pierścień wyśliznął się z ręki, wyleciał za burtę i zaczął znikać w wodzie zatoki. Sperling był cholerykiem. Zapomniał, że już jest „rycerzem”, pamiętał tylko o tym, że jest narzeczonym, a dowód tego pogrąża się w Bałtyku.