Cudów na pokładzie dokazuje bosman „Tomcio Paluch”. Sam jeden chwyta olbrzymią deskę pod pachę, jak parasol, i pędzi z nią mamrocząc pod nosem: - Doch dzieciski! dzieciski! - A ma ich przecież trzynaścioro.
Deski, furkocząc prawie, lecą do góry. Nikt nie czuje zmęczenia. Szybko „zaszywamy” straszną ranę brzucha. Już lecą plastry z brezentów, pokrywamy je teraz trzycalowymi linami. Pierwsza ładownia też jest już uporządkowana.
Teraz rzucamy się wszyscy do naszych koni. Jeden, któremu udało się wydostać spod desek, zachowuje się jak mały psiak: szuka u nas ratunku, wsuwając ciągle komuś głowę pod pachę i przeszkadzając w robocie. Gładzimy go, klepiemy, ale nie chce się od nas oderwać.
Zaczynamy zdejmować deski z żywej góry, przygotowani na przykry widok pomiażdżonych zwierząt. Ale konie są - o dziwo! - całe. Gdy który stanie na nogach, otrząsa się, prostuje, i tuli się pod marynarską pachę, tak jak pierwszy. Ze zdumieniem oglądamy nietknięte zwierzęta. Dopiero ostatni, na samym dole, ma złamaną nogę. Poza tym sześć koni poszło za burtę.
Konie pozwoliły nam na chwilę zapomnieć o wciąż grożącym niebezpieczeństwie. Przecież w każdej chwili dymiąca góra, której szybkość znacznie przewyższa szybkość statku, może nas pogrzebać. O tym, byśmy się mogli uratować w szalupie, mowy nawet nie ma.
Godziny wloką się straszliwie. Minuty mają teraz długość godzin. Jeszcze pięć pełnych godzin drogi zostało nam do ujścia Elby. Wypatrujemy statku latarniowego „Elbę I”. Już musi przecież być? Ale latarniowca nie ma i nie zobaczymy go już nigdy. Z wszystkimi ludźmi został zatopiony przez sztorm, na kilka godzin przed tym, nim nas rozbiło...
Bez pilota wchodzimy w ujście Elby. Statki pilotowe musiały również schronić się do portu. Idziemy do Cuxhaven. Wzdłuż nabrzeży stoją statki, niektóre zmaltretowane znacznie gorzej od nas. Przechylony na burtę leży zbożowiec, za nim statek bez mostku, następny - bez łodzi ratunkowych. Na wielu z nich trzepoczą w strasznym zachodnim wietrze bandery spuszczone do pół drzewca. Salutujemy kolejno pamięć wszystkich tych, co zostali pomiędzy czarnymi wulkanami gór wodnych. Cumujemy do nabrzeża, zajmując miejsce w szeregu statków, którym udało się powrócić z morza.
Następnego dnia statek zmienił się w stocznię. Dziesiątki stoczniowców szybko naprawiały szkody, szykując nas do wyjścia w morze. Mieliśmy nieco czasu, mogliśmy go spędzić na lądzie. Romek po wielu, wielu kieliszkach opowiedział mi po raz sto pierwszy historię o swojej ciotce:
- Na wołanie papugi: Kohle hier! Kohle hier! do drzwi ciotki zapukał węglarz z pełnym workiem na plecach. Ponieważ nie był to ten, u którego ciotka stale brała węgiel, zwymyślała go, mówiąc, że nikt u niego nie zamawiał. Ale węglarz domagał się zapłaty za fatygę, twierdząc, że słyszał wyraźnie, jak ciotka wołała: Węgiel tutaj! Węgiel tutaj! Ciotka domyśliła się, że to papuga. Dała pół guldena węglarzowi i postanowiła sprać ptaka. Papuga zaraz na początku awantury schowała się przezornie pod łóżkiem. Rozwścieczona ciotka, nie mogąc znaleźć papugi, „popędziła kota” kotu. Przerażony kot, nie wiedząc o co chodzi, pognał tak szybko w zaciszny róg pod łóżko, że o mało się nie roztrzaskał o jego nogę. Widząc to papuga spytała kota: Czy i ty zamawiałeś węgiel?
W tym okresie zaczęło się organizować Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe, późniejszy GAL. Po porozumieniu się z Duńczykami Starzec, Szermierz, ja oraz szereg innych absolwentów Szkoły Morskiej w Tczewie znaleźliśmy się na trzech jednostkach towarzystwa Det Óstasiatiske Kompagni jako asystenci. Kapitanowie oraz załogi składały się jeszcze z Duńczyków. Mieliśmy jednak przejąć od nich statki w najbliższej przyszłości, gdyż przechodziły pod polską banderę.
Na mostku wielkiego duńskiego transatlantyku pasażerskiego pełnił wachtę Starzec. Miał zadowoloną minę. Właśnie przed chwilą w drodze do Nowego Jorku statek minął Cape Wrath, wychodząc na ocean.
Po wachcie Starzec wpadł do kabiny Szermierza:
- Mam dla ciebie robotę.
- Jaką znów robotę? - spytał Szermierz.
- Kapitan kazał ci zrobić mapę oceanu. Wiesz, taki angielski arkusz zliczeniowy, plotting sheet, dla naszej trasy.
- Co? - oczy Szermierza stały się tak okrągłe, jakby nie mógł nimi objąć całej postaci Starca.
- No, wiesz, taką mapę bez brzegów, na której prowadzi się nawigację na oceanie - tłumaczył Starzec.
- Jak to: kazał mi zrobić? Przecież są takie mapy Admiralicji.
- Człowieku, człowieku! Gdyby były, to byś nie potrzebował ich robić. A jak ich nie ma to musisz.
- Jak to, nie ma? Co ty pleciesz? - zdenerwował się Szermierz.
- Człowieku! No, jak nie ma, to nie ma. Cóż ja na to mogę poradzić? Nie ma i musisz zrobić. Nawigacyjny zapomniał je zamówić. Kiedyśmy minęli Cape Wrath, kapitan zaczął szukać i nie mógł ich znaleźć.
- A cóż mnie to wszystko może obchodzić? Nie mam pojęcia, jak się taką mapę robi' - przerwał Szermierz.
- Widzisz, człowieku, to było tak: kiedy kapitan zaczął nawigacyjnego „roznosić”, tamten nie mógł z przerażenia słowa powiedzieć. Musiałem taką sytuacją wykorzystać.
- No i co? - zainteresował się wreszcie Szermierz.
- No i powiedziałem, że jest to głupstwo i że my taką mapę z łatwością zrobimy.
- No, to zrób! - zakonkludował Szermierz.
- Człowieku! Przecież gdybym umiał, to nie przyszedłbym i nie powiedział, że ci kapitan kazał zrobić.
- No to po co żeś się wyrwał, że umiemy i zrobimy?
- Jak to, po co? Człowieku, przecież byłem przekonany, że ty to umiesz. A po drugie, powiedz sam, chyba byś też wykorzystał taką sytuację, widząc przerażenie trzeciego? Na pewno też byś powiedział, że skonstruowanie siatki głupiej mapy jest dla nas niczym.
- Ale przecież ja nie mam pojęcia, jak to się robi! Zapomniałem!
- Ale powiedz: też byś powiedział, że zrobimy taką mapę? - nalegał Starzec.
- Może bym i powiedział, gdybym miał pewność, że ty potrafisz.