Выбрать главу

Przez parę lat doskonale wyćwiczyliśmy się w tej chińsko-grecko-angielskiej grzeczności. Była ona obowiązko­wa, jednak często tylko jednostronnie. Turysta mógł być nawet niegrzeczny, ale my - nigdy. Kapitanowi woleliś­my o naszym „systemie grzeczności” nie opowiadać, mi­no to nigdy nie słyszał o nas nic prócz pochwał.

Jednak w Cowes między nami a turystami stanęły prze­pisy królowej. Nie mieliśmy prawa obalać porządku usta­nowionego przez Elżbietę Pierwszą i musieliśmy opowie­dzieć się w tym wypadku po jej stronie.

Drugi oficer, Zygmunt Deyczakowski, wysadził na ląd grupę turystów i odbił od brzegu; by przejść do drugiej przystani, z której można było zabierać pasażerów wraca­jących na statek.

W tej samej chwili nadbiegł jeden z turystów, głośno wołając: „Stop! Stop!” i żądając od naszego „drugiego”, by go zabrał z tego mola, z którego królowa Elżbieta już przed czterystu laty zabroniła zabierać kogokolwiek. Dru­gi oficer pokazał mu ręką miejsce, dokąd idzie motorów­ka i skąd może go zabrać zgodnie z Queen's regulation.

Turysta, w prostej linii prawnuk Raptusiewicza, zaczął okropnymi słowami lżyć potomka deja Oczakowskiego. Nie przestał czynić tego nawet w miejscu, gdzie inni tu­ryści czekali na motorówkę „Polonii”. Drugi oficer przybladł, ale powiedział tylko jedno zdanie:

- Korzysta pan z tego, że obowiązuje mnie bez­względna grzeczność.

Zabrał turystę na motorówkę, przewiózł na „Polonię” i zameldował o wszystkim starszemu oficerowi. Jednogłoś­nie oświadczyliśmy, że jeśli „turysta” nie przeprosi dru­giego oficera wobec tych osób, które były w łodzi, żaden z nas więcej go na ląd nie zawiezie ani z lądu nie zabie­rze.

„Turysta” usiłował przekonać kapitana o winie „De­ja”, ale kapitan oświadczył mu, iż nie ma wątpliwości co do tego, że oficer na pewno zachował się grzecznie, po­nadto miał rację. I dodał, że jeśli „turysta” nie przeprosi „drugiego”, oficerowie postąpią słusznie nie biorąc go na motorówkę.

Na lunch starszy oficer, Deppisz, zjawił się u nas w mesie jako gość i oświadczył, że ponieważ „turysta” sie­dzi przy jego stole w salonie jadalnym, nie pozostało mu nic innego jak przenieść się do mesy oficerskiej, pozosta­wiając „turyście” do towarzystwa swoje puste krzesło.

Wszyscy turyści byli oburzeni na „Raptusiewicza”, ale ten postanowił uchodzić za ofiarę.

Podróż dookoła Wielkiej Brytanii była tak pomyślana, że prawie wszędzie stawaliśmy na kotwicy, przewożąc pa­sażerów na ląd naszymi motorówkami. „Turysta” musiał wobec tego siedzieć na statku i oglądać wszystko wyłącz­nie z pokładu „Polonii”. Za angielskie środki lokomocji nie chciał płacić.

Wśród tej burzy w szklance wody dotarliśmy do Obanu. Instrukcje dane kapitanowi mówiły o rzuceniu kotwi­cy w centrum ruchu turystycznego, a mianowicie na re­dzie tej znanej miejscowości.

Reda Obanu osłonięta jest od strony zachodniej górzy­stą wyspą Kerrera. Pomiędzy lądem i wyspą znajduje się wąska cieśnina, a w cieśninie są ostre podwodne skały.

Kapitan przyglądał się mapie z wielką uwagą, wreszcie ustawił nas na namiernikach i przy mapach, zarządził alarm manewrowy jak do cumowania w porcie i zaczęliś­my wchodzić w cieśninę.

Jeden z nas bez przerwy brał namiary obiektów na lą­dzie, drugi kreślił, kapitan zaś podawał komendy na ster i do maszyn. Musieliśmy przejść cieśninę ocierając się nie­omal o jedną ze ścian wyspy, by nie nadziać się na pod­wodne skały. Z obu brzegów powiewały do nas setki chusteczek, mieliśmy wrażenie, że „Polonia” idzie bulwa­rem, nad brzegiem wąskiego pasma wody.

Na redzie Obanu wcale nie było dużo więcej miejsca niż w cieśninie. Tyle tylko, że mieliśmy nadzieję, iż może uda nam się obrócić. Trudno zresztą nawet nazwać redą ową wciśniętą pomiędzy wzgórza zatokę, w której stały zakotwiczone małe jachty. Rzuciliśmy i my kotwicę.

Za chwilę dobiła do trapu motorówka z władzami por­towymi i pocztą. Przyjechał kapitan portu. Był rozentuz­jazmowany, długo potrząsał ręką naszego kapitana i ser­decznie mu za coś dziękował. Po nim czynili to z takim samym entuzjazmem wszyscy inni, którzy przyjechali mo­torówką.

Okazało się, że rozpiera ich radość, że pierwszy raz w historii Obanu mogą podziwiać coś więcej niż jachty. Jak Oban Obanem nigdy jeszcze nie zawinął tu żaden większy statek handlowy. Nasz był pierwszy i to od razu - pasa­żerski transatlantyk. Zapewniono kapitana, że zaraz zja­wią się najlepsi artyści malarze, by uwiecznić to wydarze­nie wspaniałymi portretami.

Zaledwie przedstawiciele władz Obanu zeszli z mostku, zjawił się intendent z pocztą. Wynikało z niej, że nasz „turysta” nie próżnował: wysłał elaborat do dyrekcji linii w Warszawie, w którym doniósł, że jest uwięziony na „Polonii” przez kapitana, że żąda natychmiastowego roz­patrzenia jego sprawy, zwrotu wypłaconych za podróż pieniędzy i ukarania kapitana o nawykach średniowiecz­nego pirata.

Kapitan wysłuchał czytanego przez intendenta pisma dyrekcji, uśmiechnął się i powiedział:

- Znaczy, teraz mnie malują i tutaj, i w Warszawie. Znaczy, nie wiem, który obraz będzie lepszy?

QUANTO COSTO

Siedmiuset siedemdziesięciu siedmiu turystów z pokładu naszego transatlantyku podziwiało fiordy Norwegii. Za każdym zakrętem skał ukazywały się oświetlone podbie­gunowym, nie zachodzącym w lecie słońcem coraz to inne i coraz piękniejsze lustrzane tafle zaścielające dna granito­wych kanionów.

Na mapach znaczyliśmy liczbami godzin momenty mi­jania kolejnych znaków nawigacyjnych. Mijaliśmy rozsia­ne na brzegach fiordów osiedla. Z oddali, na tle masy­wów górskich, domki wydawały się tak małe, że służyć mogły chyba za mieszkania dla lalek. Wszystkie te kolo­rowe domki miały bardzo wysokie i strome dachy, przy­stosowane do zsuwania się z nich śniegu. Za kręgiem po­larnym bowiem w okresie wiecznej nocy wszystko w tym kraju zapada w sen zimowy pod kilkumetrową niekiedy pokrywą śnieżną.