Выбрать главу

- Znaczy, proszę pana, znaczy, skąd pan wiedział, że ta osada nazywa się Quanto Costo? Znaczy, profesor mó­wi, że panu pilot powiedział. Znaczy, który: ojciec czy syn?

- Ani ojciec, ani syn, panie kapitanie. Profesor nagle mnie zapytał, a ja nagle odpowiedziałem, że Quanto Co­sto.

- Znaczy, proszę pana, znaczy, pan żąda, żebym ja uwierzył, że człowiek może coś powiedzieć, czego nie wie.

Nawet, znaczy, pokazać coś, czego nie ma. Znaczy, rozu­mie pan, ja tego nie rozumiem!

Kapitan skinął mi głową na znak zakończenia rozmo­wy i poszedł do kabiny. Zostałem na mostku, przyrzeka­jąc sobie szczerze, że już nigdy niczego nie powiem, czego nie wiem. Jeśli wytrzymam.

NORDKAP

Słońce od dawna już nie zachodziło: krążyło nad hory­zontem w różowoopalowej mgle, „w dzień i w nocy”. Zbliżaliśmy się do wyspy Mageróy, której najbardziej na północ wysunięty cypel - to słynny NORDKAP.

Natychmiast po rzuceniu kotwicy zabraliśmy się do spuszczania na wodę łodzi ratunkowych. Czekała nas trudna praca przerzucenia z „Polonii” na wilgotny brzeg Nordkapu siedmiuset siedemdziesięciu siedmiu turystów. W chwili gdy wszystko było gotowe do wodowania pierwszej z szalup, spośród brezentu leżącego na jej dnie wysunęła się zupełnie nieoczekiwanie jakaś postać.

„Pasażer na gapę” - przemknęło nam wszystkim przez myśl. - Ale skąd i dokąd? Na Nordkapie?!

Spośród brezentu ukazała się siwa starsza pani o miłej twarzy. Turystka.

- Jak dobrze, że się pani obudziła - rozpoczęliśmy rozmowę.

- Wcale się nie obudziłam, bo nie spałam. Od sześciu już godzin siedzę tutaj, bo chcę zjechać w łodzi ratunko­wej na wodę.

Zaczęliśmy tłumaczyć miłej pani, że jest dość wysoka fala i jeśliby się jej coś stało, będziemy za to odpowie­dzialni. Prosiliśmy, by zaczekała do czasu, aż zaczniemy spuszczać łodzie w jakimś cichym fiordzie. Wówczas ją zawiadomimy.

Pani nawet słuchać o tym nie chciała: im niebezpiecz­niej, tym lepiej.

- Mowy nie ma, by mnie panowie stąd usunęli. Siłą chyba, ale sądzę, że panowie są dobrze wychowani i nie zastosują w stosunku do mnie brutalnej siły. Zresztą i tak będę się broniła.

Sytuacja stawała się zabawna. Pani wyglądała bardzo sympatycznie i była zdecydowana oddać życie za emocje zjechania do wody w łodzi ratunkowej.

- Wariatka - szepnął cicho jeden ze sterników. - Nic gorszego nas już spotkać nie mogło.

- Proszę panów - pasażerka zdecydowała się na wy­jaśnienia - proszę mnie zrozumieć. Jestem nauczycielką gimnastyki i przyrzekłam dzieciom, że zjadę w łodzi ra­tunkowej na wodę właśnie na Nordkapie i że opowiem im o swych wrażeniach. Nie mogę nie dotrzymać danej dzieciom obietnicy. By nie zaspać momentu, w którym panowie będą spuszczali łodzie na wodę, wolałam umieś­cić się w jednej z nich i czekać pomimo chłodu i niewygody.

Cóż, nie było innego wyjścia jak spuścić starszą panią w łodzi na wodę, by dotrzymała danej obietnicy. Bojąc się, żeby nie została uderzona blokiem przy wybaczaniu go, w momencie gdy łódź znajdzie się na grzbiecie wyso­kiej fali, poprosiliśmy tylko, aby usiadła na dnie szalupy. Nauczycielka była zachwycona powietrzną podróżą i chętnie zgodziła się zachować tajemnicę, by nie przyspo­rzyć nam nowych amatorów silnych wrażeń.

Zaczęliśmy przewożenie tych wszystkich, którzy prag­nęli postawić stopę na Nordkapie. Odbywało się to w dość trudnych warunkach: wysoka i długa fala co chwila podnosiła łódź ratunkową do góry lub opuszczała w dół.

Do szalupy można było wejść tylko w momencie, gdy ławki znajdowały się na tym samym poziomie co dolna platforma trapu. W sekundę później łódź opadała kilka metrów poniżej platformy. Załadowywanie w tych warun­kach na łodzie ponad siedmiuset turystów było pracą w pocie czoła.

Mieliśmy nadzieję, że na widok takich trudności w do­staniu się na Nordkap ilość chętnych zmaleje przynaj­mniej o jedną z turystek, która liczyła sobie lat dziewięćdziesiąt, oraz jej męża - młodzika, który miał lat sie­demdziesiąt. Ale nadzieje okazały się zwodnicze. Nasz sy­stem załadowywania pasażerów ze statku do łodzi ratun­kowych miał tak nieprzeparty urok dla kobiet, że czarowi jego uległa również ta najstarsza z nich.

System nasz polegał na przymocowaniu do dolnej plat­formy trapu dwóch długich i grubych bali, które sięgały daleko w głąb wody, niżej niż opadała fala. Łódź ratun­kowa, przylegająca burtą do bali, nie mogła wsunąć się pod platformę trapu, tylko podnosiła się do jej poziomu i opadała na dół, tuż przy tym zaimprowizowanym zabez­pieczeniu. Od entuzjastów zwiedzania Nordkapu żądaliś­my ślepego posłuszeństwa i zaniechania wszelkiej własnej inicjatywy. Jeden z oficerów, stojąc na dolnej platformie trapu, ustawiał „bezcenny ładunek” twarzą do łodzi ra­tunkowej. W momencie gdy szalupa dochodziła do naj­wyższego punktu, ujmował „ładunek” w pasie i oddawał oficerowi stojącemu w łodzi. Oficer ten z kolei oddawał otrzymany „skarb” sternikowi, sternik podawał maryna­rzowi, który już go odpowiednio „układał” w łodzi. „Z ramion - w ramiona” nazwano ten sposób. „W wypad­ku przerażenia wolno jedynie rzucać się na szyję oficero­wi. Łapanie się bali czy schodni grozi kalectwem” - tak zmuszeni byliśmy pouczać naszych turystów.

Z prawdziwym przerażeniem myśleliśmy o jednej parze, którą stanowił pewien nasz wielki podróżnik przez duże „P” wraz z żoną. Przed rzuceniem kotwicy stali zawsze na dziobie statku, ona w berecie pomarańczowym, on - w granatowym, w specjalnych turystycznych kostiumach jak do gimnastyki. Oboje mieli na sobie zawsze obfity ek­wipunek, składający się z lornetek, mapników, aparatów fotograficznych, światłomierzy, chlebaków, apteczek i wielu innych przedmiotów, których przeznaczenia nie by­liśmy w stanie nawet się domyślić. Kiedyś stojąc na wach­cie i widząc naszych podróżników w pełnej gotowości, naszkicowałem ich sylwetki obwieszone tymi przedmiota­mi. Rozpoznać ich było łatwo i odróżnić płeć po kolorze beretów. Gdy kończyłem swój szkic, usłyszałem niespo­dziewanie pochwałę: