Выбрать главу

- Znaczy, doskonale! Znaczy, to... pan L., a to... pani L. Znaczy, to będzie można umieścić w gazetce okręto­wej.

Ścierpłem, przyłapany na zajmowaniu się w czasie służ­by rysunkami, ale kapitan widocznie nie zorientował się. W każdym razie nic na ten temat nie powiedział.

Teraz, w czasie załadunku pasażerów do szalup, ze strachem myśleliśmy o tym, któremu z nas przypadnie w udziale podawanie tej pary wędrownych jeży.

Napełniliśmy turystami dwie łodzie i motorówkę, która wzięła obie łodzie na hol i poszła w kierunku pomostu, gdzie można było lądować. Mieliśmy tylko dwa takie „pociągi”, musiały one przewieźć na ląd wszystkich tury­stów, po to wyłącznie żeby postawili swe stopy na lądzie Dalekiej Północy. Innych atrakcji nie było, poza hotelem na szczycie urwiska Nordkapu, w którym można wypić kawę „z widokiem na ocean i słońce”.

Oficera, stojącego na platformie trapu i wyglądającego powrotu łodzi, czekający swej kolejki turyści zasypywali pytaniami. Było to zdawanie egzaminu ze wszechwiedzy. Rozpoczynało się od tego, co widać. Jak tu głęboko? Ja­ka jest temperatura wody? Dlaczego słońce nie zachodzi i czy to nie szkodzi na oczy? Czy ludzie tutejsi nie chorują z tego powodu na bezsenność? Jeśli cały czas świeci słoń­ce, to dlaczego jest tu taka marna roślinność? Dlaczego nie zbudowano tutaj miasta i portu? Czy są lokale roz­rywkowe? Co można tutaj sobie kupić na pamiątkę? Czy to na pewno Nordkap, bo podobno morze jest tam tak wzburzone, że nigdy tam statki nie chodzą, a wszystkich turystów oszukuje się wioząc ich gdzie indziej i wmawia­jąc, że to jest Nordkap? Gdyby tutaj był naprawdę Nord­kap, to byłby napis, dlaczego nie ma napisu? Czy zdarza­ją się tutaj przemytnicy i co przemycają? Czy są jeszcze wikingowie? Czy są jakieś ślady po wikingach? Gdzie wi­kingowie przechowywali swoje skarby?

Początkowo usiłowaliśmy odpowiadać na te pytania przytomnie, ale w miarę jak ich przybywało, zaczynało się coś dziać w głowie, czego nie dało się wypowiedzieć słowami. Gdy zmienialiśmy się w tych warunkach na tra­pie, zdając jeden drugiemu służbę, zadawaliśmy sobie tyl­ko lakoniczne pytanie: - Nie oszalałeś?

W oczekiwaniu na powrót łodzi ratunkowych, zasypy­wany pytaniami, starałem się zrazu odpowiadać rzeczo­wo. Jednakże po jakimś czasie zaczęło mi się to coś „dziać” w głowie. Wtedy właśnie któraś z pań, po wyjaś­nieniu, że jej mąż jest smakoszem i we wszystkich kra­jach, jakie zwiedzają, interesuje się przede wszystkim da­niami narodowymi lub takimi, z których słynie jakiś za­kład (określiła to jako specialite de la maisoń), zadała mi pytanie: „Jaka jest narodowa potrawa na Nordkapie względnie specialite de la maisoń restauracji na górze”?

Natychmiast poinformowałem pytającą mnie panią, że jeśli chce sprawić mężowi prawdziwą ucztę kawową, musi go zaprowadzić na szczyt Nordkapu, do hotelu. Tam po­dają najlepszą białą kawę na świecie. Tylko śmietankę muszą podać w małych srebrnych dzbanuszkach.

- Proszę poprosić o cream in siher jug. Zapamięta pani? Otóż śmietanka ta jest specjalnością Nordkapu. Otrzymuje .się ją tutaj dojąc polarne króliki, których far­ma znajduje się tuż za hotelem. Nie reklamują tego głoś­no z obawy, że nie wszystkim się to może podobać. Ale jeśli zaznaczyć, że ma być w srebrnych dzbanuszkach, to się otrzyma do kawy śmietankę z króliczego mleka. Oso­biście uważam tę śmietankę za największy przysmak Nordkapu.

Do trapu dobiła motorówka. Oddałem ciało pytającej mnie pani koledze, uczyniłem.to samo z inną panią, po­tem z panem, znów z panią i tak w nieskończoność, to jest do siedmiuset siedemdziesięciu siedmiu razy.

Jako jedna z pierwszych wylądowała na Nordkapie na­sza dziewięćdziesięcioletnia turystka wraz z mężem. Na ląd udał się również kapitan wraz z całym towarzystwem.

Gdy ostatni pasażerowie znaleźli się już na lądzie - trzeba było rozpoczynać przywożenie wszystkich z pow­rotem na „Polonię”. Turyści, którzy już znaleźli się na statku, na widok odpływających do brzegu pustych łodzi zapragnęli odbyć jeszcze jedną wycieczkę na Nordkap. Z trudem udało nam się wytłumaczyć, że jeśli ich znów za­bierzemy na ląd, to zabawa nigdy się nie zakończy, po­nieważ dzień nie ma tu naturalnego końca.

Zaokrętowanie turystów poszło nam równie szybko i sprawnie jak ranne „ładowanie”. Nikt nie był uszkodzo­ny, ani jednej złamanej ręki czy nogi. Wszyscy mieli za to wiele emocji: „Fala była ogromna, ale wcale się nie baliś­my”.

Prześcigano się w chwaleniu oficerów pokładowych. Byliśmy na ustach wszystkich. Przed podniesieniem ko­twicy kapitan zaprosił nas na kieliszek wina, by wyrazić w imieniu pasażerów podziękowanie za nadzwyczajną troskliwość i uprzejmość, jakich od nas doznali. Nic nie wskazywało na to, by coś mogło zakłócić harmonię panu­jącą między wszystkimi na statku.

O godzinie dwudziestej pierwszej podnieśliśmy kotwicę. Przed dwudziestą drugą kapitan zjawił się na mostku, by zapisać coś w księdze rozkazów NOCNYCH (paradoks na tych wodach i w tym okresie). Wydawało się, że kapi­tan już powie swe sakramentalne „Znaczy, dobranoc” i zamknie tym dzień dzisiejszy, tymczasem podszedł do mnie i spytał:

- Znaczy, pan wiedział, czy pan nie wiedział, gdy pan powiedział?

Szczęka stała na „pogodnie”, wobec czego nie musiało to być coś znów tak bardzo groźnego. Usiłowałem sobie szybko przypomnieć, co i komu dzisiaj powiedziałem sto­jąc na trapie? Trochę popuściłem wodze fantazji opowia­dając o „ojcu chrzestnym” Nordkapu, nawigatorze Borough, mówiąc, że Anglicy uważają go za angielskiego Kolumba, który odkrył Rosjan. W rzeczywistości odkrył on tylko w połowie szesnastego wieku północne przejście do Moskwy i był pierwszym, który ochrzcił ten cypel imieniem Przylądka Północy.