Выбрать главу

- Powiedziałem, że Borough odkrył Rosjan, panie ka­pitanie.

- Znaczy, to pan wiedział. Ale byłem z całym towa­rzystwem w hotelu na kawie i, znaczy, zapytano mnie, czy też uważam kawę na Nordkapie za najlepszą na świe­cie? Znaczy, zdziwiłem się bardzo, dlaczego na Nordkapie ma być najlepsza kawa? Znaczy, rozumie pan, pasażero­wie byli z kolei bardzo zdziwieni, że przyszedłem na kawę i nie wiem sam co piję. I spytali, czy żądałem śmietanki w srebrnym dzbanuszku? Znaczy, nierozumiałem zupełnie, o czym oni mówią. Znaczy, wtedy jakaś pani zaczęła się śmiać, mówiąc, że jeden oficer zdradził jej tajemnicę Nordkapu. Znaczy, dowiedziałem się, że na Nordkapie jest hodowla królików polarnych, które się doi i to mleko podaje do kawy. I przez to ma być najlepsza na świecie. Znaczy, pan wiedział, czy pan nie wiedział, gdy pan o tym mówił? ZNACZY, DOBRANOC!

„OCEANIA”

Siedziałem w poczekalni Hotelu George'a w Wilnie, cze­kając na wuja, który przyjechał z Warszawy. Przegląda­łem barwne tygodniki, potem wpadły mi w rękę ogłosze­nia włoskich linii okrętowych reklamujących turystyczne wycieczki. Między innymi' zatrzymałem się dłużej nad zdjęciami i opisem pięknego, nowiutkiego statku pasażer­skiego o nazwie „Oceania”. Podobał mi się jego szlachet­ny kształt, podziwiałem nowoczesne przyrządy nawigacyj­ne, luksusowo urządzone kabiny i jadalnie, pokłady zala­ne słońcem, roześmiane twarze pasażerów bawiących się w gry pokładowe.

Od tej chwili minęło kilka lat. Stałem na mostku „Po­lonii”, naszego największego statku pasażerskiego, peł­niąc służbę oficera wachtowego. Krążyliśmy po najpię­kniejszych zakątkach Norwegii: fiordy o krajobrazach nie mających równych sobie na świecie; strome, kilkusetme­trowe, pionowe prawie skały, ze spadającymi z nich wo­dospadami; zwierciadła obramowane granitem i zielenią, z odbitym w nich błękitem nieba.

W okresie białych nocy fiordy goszczą wśród swoich skał setki statków. Oceaniczne olbrzymy, luksusowo urzą­dzone, z tysiącami turystów na pokładach przypływają tutaj rokrocznie. Przejście kręgu polarnego obchodzi się na niektórych statkach niemal tak uroczyście jak przejście równika. Przekroczenie tej granicy wiecznego dnia i wiecznej nocy odbywa się z udziałem Neptuna, chrztem, nadawaniem imion i dyplomów.

W tym roku już po raz wtóry szliśmy na północ, do krainy wiecznego dnia.

Na pokładzie, wśród pasażerów, mieliśmy tym razem premiera i 'dwóch ministrów. Przywilejem, z jakiego ko­rzystali w owym turystycznym rejsie, była możność stałe­go przebywania na mostku, gdzie ustawiono dla nich le­żaki.

Naszymi ministerialnymi gośćmi byli: premier Jędrzejewicz z małżonką oraz ministrowie Bórner i Sławek. Co do ilości zadawanych pytań nie różnili się od pozostałych turystów. Każdy z oficerów nawigacyjnych musiał wie­dzieć wszystko, znać szczegóły o każdym spotkanym stat­ku: jak się nazywa i jaką nosi banderę, skąd i dokąd idzie, co wiezie... Jeśli któryś z nas, zasypany gradem py­tań, milczał, pasażerowie w nadzwyczajny sposób usiło­wali radzić sobie sami:

- O patrzcie, patrzcie, przed dziobem z prawej strony jakiś okręt!

Po usłyszeniu takiego okrzyku przezornie wycofywaliś­my się z pola widzenia pasażerów.

- Co to za okręt? Dajcie szybko lornetkę!

Każda prawie grupa turystów posiadała wspaniałą lor­netkę. Po dokładnym zbadaniu statku przez lornetkę - nowe trudności.

- Nie ma bandery! Nie mogę określić, jaki to statek. Aha, jeśli nie ma bandery, to przemytnik. Tak, tak to na pewno przemytnik opium!

- Panie poruczniku, skąd oni wożą opium?

Trafiony tym pytaniem porucznik, usiłuje sobie przypo­mnieć, skąd można wieźć opium. Niepewnie bąka:

- Z Indii, z Turcji.

- A skąd wiezie opium ten statek?

- Ten nie wiezie opium.

- Skąd pan wie, że ten nie wiezie opium? - oburza się pasażer.

- Bo to jest rudowęglowiec i w tej chwili idzie z rudą do Europy.

- Skąd pan wie o tym?

- Kapitan tego statku to mój serdeczny przyjaciel - odpowiada napadnięty znienacka porucznik. Następnie mruczy pod nosem „przepraszam” i w nogi.

Wychodziliśmy z fiordu, by przejść do innego. Przed nami odkryła się duża przestrzeń otwartego morza. Na mostku stali ministrowie z premierem na czele. Obok pre­miera kapitan.

W tym momencie na horyzoncie ukazał się dym. Jeśli w pojęciu pasażerów oficer musiał wiedzieć wszystko o każdej napotkanej jednostce, to zrozumiałe, że kapitan musiał wiedzieć wszystko, widząc tylko dym unoszący się z komina statku schowanego za horyzontem. A w tej chwili widoczny był tylko dym.

- Panie kapitanie, co to może być za statek? - posły­szałem znajome pytanie, zadane przez dwóch ministrów jednocześnie.

Kapitan milczał.

Ale ja nie wytrzymałem.

- OCEANIA! - wypaliłem bez namysłu.

W tym momencie kapitan spojrzał na mnie. Zamaja­czył między nami cień praszczura osady Quanto Costo.

Uciekać! - przemknęło mi przez głowę. - Ale dokąd? Jestem przecież na wachcie.

Do patrzącego wciąż na mnie kapitana wyszeptałem „przepraszam” i cofnąłem się o dwa kroki. Ale premier, pełen entuzjazmu dla pięknej nazwy, natychmiast zaczął mnie wypytywać, co to za statek ta „Oceania”? Recyto­wałem teraz bez zająknienia to wszystko, co pamiętałem z przeczytanej przed kilku laty pięknie ilustrowanej rekla­mowej broszurki o kompanii, kształcie i wielkości, o przyrządach nawigacyjnych, szybkości, liczbie pasażerów, mocy maszyn.

Na kapitana wolałem nie patrzeć, bo mimo woli prze­stawałem mówić, widząc wyraz jego zdumionej twarzy. Kapitan nie miał chyba wątpliwości, że zwariowałem.

Mówiłem tak płynnie, patrząc na widoczny na hory­zoncie dym, jak gdybym czytał z otwartej księgi o dużych literach.

Brnąłem wciąż dalej. Do rozmowy przyłączyła się pani premierowa. Wobec tego nie zważałem już na nic. Malo­wałem wspaniałości „Oceanii”, opisywałem luksusowe pomieszczenia, atrakcje, gry pokładowe. Wyliczałem or­kiestry i ilości ludzi w każdej. Na kapitana przestałem już zważać.

Mówiłem tak długo, aż wyczerpałem cały zapas wiado­mości zapamiętanych z kolorowego prospektu. Kapitan skamieniał. Patrzył na mnie, jak gdyby widział mnie po raz pierwszy w życiu lub jak gdyby przypuszczał, że mam widzenie albo jestem obłąkany.

Było mi już wszystko jedno. Przykro mi się tylko zrobi­ło, że go „zaćmiłem”.