Выбрать главу

Wszyscy przylgnęli do lornetek.

Dym na horyzoncie był w tej chwili najciekawszym chyba dymem na świecie. Z wolna ukazał się komin, maszty zaczęły stawać się grubsze, wreszcie było już wi­dać potężny kadłub dużego pasażerskiego statku.

Ze spokojem czekałem na swój upadek, który musiał nastąpić natychmiast po przeczytaniu nazwy idącego kontrkursem „pasażera”. Wyobrażałem sobie tryumfują­cy wyraz twarzy kapitana, cedzącego przez zaciśnięte zę­by: „Znaczy, pan nie wiedział, ale powiedział”.

Zbliżaliśmy się coraz bardziej do nieznanego statku. Kapitan miał najlepszą lornetkę. W pewnym momencie zauważyłem, że drgnął i popatrzył na mnie podejrzliwie.

Starając się uprzedzić myśli kapitana, swoją lornetkę już dawno oddałem pani premierowej. Nie mogłem więc teraz zbadać przyczyn jego dziwnego zachowania.

Naraz usłyszałem głos premiera: - O-CE-A-NIA. - W głosie tym nie było zdumienia. On WIEDZIAŁ, że zo­baczy „Oceanię”.

Zdumione były tylko dwie osoby: kapitan i ja.

Ja znacznie bardziej niż kapitan, bo ten miał jeszcze nadzieję, że wyjaśni sytuację przy pomocy radiotelegrafi­sty, po którego posłał sternika, zwolnionego przed chwilą od służby przy sterze.

Anglicy nazywają radiotelegrafistów: „iskierka” (spark). My mówimy o nich „druciki”. Na statkach pasa­żerskich, w zależności od stanowiska, może być, podob­nie jak na pokładzie, „pierwszy”, „drugi” Lub „trzeci dru­cik”.

Nie trzeba było być zbyt domyślnym, żeby zrozumieć, o co kapitan będzie pytał naszego „drucika”. Chciał się dowiedzieć, czy radiotelegrafiści wiedzieli już przedtem, że spotkamy „Oceanię”.

Wy kołysana na statkach ta nowa odmiana „marynarzy-drucików” wie niekiedy znacznie wcześniej od nawi­gatorów, jakie statki znajdują się w pobliżu, jak się nazy­wają i jakie mają kłopoty. „Druciki” potrafią, siedząc przy odbiorniku radiowym nadającym najpiękniejsze me­lodie, rozpoznać w tym, co wszyscy inni uważają za nie­przyjemne zakłócenia odbioru, interesujące rozmowy stat­ków. Nierzadko wtrącają potem mimochodem na przy­kład uwagę:

- Przed dwiema godzinami holender rozmawiał ze stacją i grekiem. Teraz od godziny stacja woła greka. Grek milczy. Stacja prosiła holendra, by pomógł jej na­wiązać łączność z grekiem. Od pół godziny holender woła greka. Grek milczy.

Z pojękiwania kropek i kresek alfabetu Morse'a na tle muzyki odczytał bezbłędnie wymianę zdań nad okrytym nocą oceanem.

Wszyscy na mostku byli jeszcze zajęci obserwowaniem niknącej w oddałi „Oceanii”, gdy wszedł radiotelegrafista Maksymilian Strzeliński. „Maksik” podszedł do kapita­na. Był jak zawsze uśmiechnięty i w dobrym humorze. Olbrzymi chłopiec o jeszcze większym sercu.

Usłyszałem skierowane do Maksika pytanie:

- Znaczy, proszę pana, znaczy, panowie wiedzieli, że spotkamy „Oceanię”?

Z zapartym oddechem czekałem na odpowiedź. Jeżeli odpowie, że wiedzieli o spotkaniu z „Oceanią”, będę ura­towany.

Maksik stał tak, że nie mogłem mu dać żadnego znaku, by przytaknął kapitanowi.

- Nie, nic nie wiedzieliśmy o tym, panie kapitanie. Nie wiedzieliśmy nawet, że „Oceania” jest w pobliżu, w fiordach nie ma prawie żadnego odbioru.

- Znaczy, dziękuję panu.

I Maksik, nie zdając sobie nawet sprawy, że mnie „pogrzebał”, zszedł z mostku.

Kapitanowi pozostało jeszcze jedno źródło, z którego mogłem się dowiedzieć, iż spotkamy „Oceanię” - piloci.

Właśnie w tej chwili przyszedł drugi pilot, by zmienić kolegę. Obaj Norwegowie znaleźli się na mostku jedno­cześnie. Kapitan przeprosił ministrów i spytał pilotów, czy wiedzieli o tym, że będziemy mijali „Oceanię”? Nie­stety, obaj nie mieli o tym pojęcia.

Tak długo jak na mostku byli ministrowie, nic mi nie groziło. Ale gdy zostaniemy sami...

Zbliżała się godzina lunchu. Wszyscy pasażerowie szli przedtem do kabin, by się przebrać lub upiększyć.

Kapitan pozostał. Zaatakował mnie natychmiast, gdy tylko zobaczył, że szykuję się do zdania służby koledze i do ucieczki.

- Znaczy, skąd pan wiedział, że to „Oceania”?

Co odpowiedzieć? Jeśli wyznam prawdę o Hotelu George'a i oczekiwaniu na wuja, to koniec. Powie, że kpię z niego w żywe oczy. Jeśli oświadczę, że jestem jasnowi­dzem, będzie jeszcze gorzej.

Marzenie o natychmiastowej katastrofie statku, który byłem gotów teraz poświęcić, byle tylko uniknąć odpo­wiedzi, nie miało szans na realizację. Gdybym jeszcze tak szeroko nie rozwodził się nad szczegółami dotyczącymi statku, sama „Oceania” może by mi uszła na sucho. Jas­nowidzem nie byłem, ale musiałem przecież wiedzieć, że ją spotkamy, skoro dokładnie znałem taką masę danych, chyba wyłącznie po to, aby czarować pasażerów.

Skąd jednak mogłem wiedzieć, że właśnie w tym, a nie w innym miejscu spotkamy „Oceanię”? Trasę znali dokładnie tylko piloci, w dodatku my sami wyszliśmy o kil­ka godzin później z ostatniego miejsca postoju. Przy szybkości „Oceanii” wyliczenie tego rodzaju, by można było rozpoznać ją po dymie nad horyzontem, wśród nie­zliczonych innych spotykanych po drodze statków, było absurdem.

Odpowiedź kapitanowi należało jednak dać natych­miast.

Oficjalne stosunki z kapitanem, oparte na „tak jest” i „tak nie jest”, wykluczały szczere wypowiedzenie się. Ka­pitan idzie teraz na lunch i musi mieć moją odpowiedź na ewentualne zapytanie któregoś z ministrów.

Przyszła mi do głowy samobójcza myśl ratowania się pytaniem, by pozostawić kwestię nie rozstrzygniętą, jak to miało miejsce podczas poprzedniej podróży na fiordy. Zdobyłem się na odwagę i spytałem:

- Pamięta pan kapitanie Quanto Costo?

- Znaczy, pamiętam. Znaczy, co to ma wspólnego odpowie „Oceanią”?

- Pan kapitan nie chciał wówczas uwierzyć, że ja nie wiedziałem, ale powiedziałem.

Kapitan zrobił się purpurowy. Szczęka przesunęła się dalej niż na barometrze bywa HURAGAN. W ogóle podziałka skończyła się.

Przez zaciśnięte zęby kapitan zaczął swoje:

- Znaczy, proszę pana, znaczy, wszystkie dane o „Oceanii”, które pan powiedział, zgadzały się dokładnie. Znaczy, niedawno przeglądałem te dane w jakimś piśmie. Znaczy, pan żąda, żebym ja uwierzył teraz, że ten Kalabryjczyk rzeczywiście uratował się ze złotem. Znaczy, że się ożenił z córką młynarza i że ich prawnuki zgodnie z pana wywodami nazwały osadę Quanto Costo?