Выбрать главу

Gdy kapitanowi zabrakło tchu, usiłowałem tłumaczyć się:

- Pan kapitan kazał nam przecież być zawsze bez­ względnie uprzejmymi i na wszystkie pytania odpowia­dać. Robimy to już automatycznie. W tym wypadku też odpowiedziałem automatycznie, gdy posłyszałem pytanie nawet nie skierowane do mnie, a do pana kapitana, za co natychmiast pana kapitana przeprosiłem.

- Znaczy, rozumiem, ale skąd pan wiedział, że to „Oceania”?

- Panie kapitanie, przecież ja naprawdę nie wiedzia­łem, że spotkamy „Oceanię”. Nie wiedziałem, że premier, widząc dym „Oceanii”, spyta pana kapitana, co to za sta­tek. Ale przecież o większych statkach wszyscy mniej wię­cej coś wiemy.

- Znaczy, dlaczego pan powiedział, że to „Oceania”?

- Nie wiedziałem, ale powiedziałem, panie kapitanie.

- Znaczy, już teraz nic nie rozumiem. Znaczy, osobiś­cie słyszałem, że pan nie wiedział, ale powiedział. Znaczy, teraz nie rozumiem, dlaczego pan powiedział DOB­RZE?... Znaczy, dziękuję panu.

LA MULETA

W ujściu Wielkiej Rzeki - w języku Maurów zwanej Wadi-el-Kebir, a dziś noszącej nazwę Gwadałkiwir - wzięliśmy pilota. Miał wprowadzić nasz transatlantyk do Sewilli, w której planowaliśmy spędzić święta wielkanoc­ne.

Oprócz niego weszło na statek kilku innych pilotów, wracających na święta do domu. Piloci przynieśli ze sobą gazety, których czołowe artykuły wielkimi czcionkami mówiły o mających się odbyć podczas świąt walkach by­ków.

PLAZA DE TOROS DE LA REAL MAESTRANZA - „Arena to miejsce prawdziwych mistrzów”. GRAN CORRIDA EXTRAORDINARIA - „Nadzwyczajne walki byków” zapowiadały szumne tytuły.

Treść artykułów obiecywała widowisko niezwykłe, pod­czas którego sześć najpiękniejszych byków z najlepszych stad zostanie zabitych. Cóż dopiero można było przeczy­tać o tych, co będą te byki uśmiercać?!

Słuchając opowiadań pilotów, dochodziło się do wnio­sku, że Hiszpanie zapomnieli zupełnie o Maurach, po których odziedziczyli nie tylko nazwę tej rzeki, ale i areny do potykania się z bykami. Z ich relacji wynikało nato­miast, że już od momentu zakończenia nudnej i bez­grzesznej wegetacji w raju byki na ziemi zaistniały jedynie po to - by walczyć, Hiszpanie - by je zabijać. Piloci skwapliwie uświadamiali w tych sprawach naszych pasa­żerów. Jednak okazało się, że historię walk byków niektórzy turyści znają lepiej od nich, gdyż jeszcze w kraju zaopatrzyli się przezornie w „źródła”.

Na zorganizowanym na poczekaniu odczycie dowie­dzieliśmy się, że pierwszym Hiszpanem, który byka poło­żył na arenie, był Don Rodrigo Diaz de Vivar, krótko przez Maurów zwany Cyd. Co prawda na temat czynów tego największego rycerza Hiszpanii wyraziły wątpliwość usta Canona z „Don Kichota”, ale my wierzyliśmy, że Cyd, siedząc na wspaniałym rumaku, przebił byka lancą, podobnie jak potem uczynił to Karol Piąty, który chciał uczcić w ten sposób narodziny swego następcy, Filipa Drugiego. Z czasem, jak wyjaśniał prelegent, lanca do za­bijania byka kurczyła się i już Filip Czwarty, siedząc je­szcze na rumaku, zabił byka oszczepem, który w jego rę­kach nazywał się rejoncillo.

Gdy na tronie Hiszpanii zasiedli Burboni, już tylko arystokracja zabijała byki, a panujący jedynie przyglądali się walkom. Z biegiem jednak lat najznakomitsze rody Hiszpanii, wzorując się na lenistwie Burbonów, przestały własnoręcznie dokonywać tych czynów. Lanca skurczyła się do rozmiarów szpady, nazywanej estoąue, a walka przestała być prowadzona z konia. Pierwszym, który za­bił byka szpadą na piechotę, był toreador Francisco Ro­meo z Rondy w Andaluzji, on też pierwszy w dziejach Hiszpanii otrzymał tytuł espada i pierwszy w Hiszpanii podrażnił byka widokiem purpurowej draperii, nazwanej la muleta.

O następcach Wielkiego Francisco, których teraz bę­dziemy mieli możność oglądać w Sewilli, pisano w gaze­tach, że są mistrzami z łaski bożej - torero por la gracia de dios, że są mistrzami w swej robocie, która jest gracia estetica. Każdy z nich ukończył Królewską Akademię Walki Byków i otrzymał licencję, czyli pasowanie na toreadora. Wyglądało to w ten sposób, że podczas pierw­szego występu mistrz podaniem na arenie ręki publicznie czynił wiadomym, że jego uczeń otrzymuje alternativa, licencję na zabijanie byków.

Na równi z toreadorami gazety sławiły bycze rody - kształcone z dziada pradziada do walki w „szkołach by­ków”, zwanych vacadas - z których najsłynniejsze należały do księcia Yaragua i markiza de Albayada.

Imiona sławnych byków, podobnie jak królewskie, przechodzą do historii Hiszpanii, Po dziś dzień znane są imiona byków: Zarrerito, Marshamalo i Comisarió.

Wszyscy na statku pod wpływem opowiadań pilotów i artykułów w gazetach żyli nadzieją ujrzenia owych cu­dów, w tym roku miały one swą świetnością prześcignąć wszystko, co dotychczas oglądano na sewilskiej Plaża de Toros.

Niskie brzegi rzeki pozwalały widzieć żyzną nizinę, któ­rą kiedyś po Rzymianach odziedziczyli Wandalowie, po­zostawiając z kolei po sobie jej nazwę: Andaluzja.

Przycumowaliśmy na parę godzin do nabrzeża w Sewil­li, by załatwić formalności i wysadzić na ląd pasażerów, którzy autokarami mieli zwiedzić miasto. Następnie ma­jąc holownik przy rufie wróciliśmy w dół rzeki do mie­jsca, gdzie można się było „rozkręcić”. W miejscu tym rzeka została sztucznie poszerzona, przez co dawała moż­ność obrócenia statku. Dla wykonania tego manewru - według „najnowszej” techniki hiszpańskiej - zaryliśmy dziobem naszej „Polonii” w gliniasty brzeg, a następnie przy pomocy holownika oraz własnych maszyn ustawiliś­my się dziobem do ujścia rzeki.

Cała załoga wykazywała niesłychane zainteresowanie tym manewrem, gdyż nikt nie mógł przewidzieć, kiedy go skończymy i o której godzinie zacumujemy na dobre w Sewilli. A od momentu zakończenia manewrów maszyna­mi zaczynały się przecież wachty portowe, z nimi zaś była związana obowiązkowa służba na statku, która mogła uniemożliwić oglądanie zapowiedzianych wspaniałości corridy.

Gdy zanotowano w dzienniku okrętowym czas wyko­nania rozkazu: „Skończono manewry maszynami”, stało się jasne, że zapowiedzianych walk byków nie zobaczy trzeci oficer nawigacyjny. O tym, by się ktoś ulitował nad nim i zastąpił w służbie, nie można było nawet marzyć.