Paltnas! Palmas! Palmasl
Publiczność żąda od prezydenta przyznania toreadorowi orejas za szybkie uśmiercenie byka i za odwagę wykazaną podczas walki. Prezydent przychyla się się do prośby tłumu. Roześmiany espada ucina własnoręcznie uszy bykowi i obchodzi z nimi arenę, trzymając je wysoko nad głową. Tłum szaleje. Ze stadionu na całą Hiszpanię biegną telegraficzne wiadomości, że nowy espada został zaszczycony uszami byka. Jest to najszczęśliwszy moment w życiu każdego toreadora. Radca wyjaśnia, że niekiedy tłum przyznaje ogon lub nogę, jednak najbardziej klasyczną i zaszczytną formą jest obcięcie przez triumfatora uszu martwemu bykowi.
Piąte spotkanie rozpoczyna jeździec na wspaniałym rumaku.
Z okazji wielkich świąt dopuszcza się niekiedy na arenę amatorów; przeważnie są to ludzie ze sfer arystokratycznych lub hodowcy byków przeznaczonych do walk na arenie. Jeździec atakuje byka siedząc na wspaniałym rumaku tak jak dawniej królowie.
- Jest to tak zwane sobre el toreo a caballo - objaśnia nas radca.
Jeździec galopem ucieka od byka i ustawia się przed nim o kilkanaście metrów. Byk widzi stojącego nieruchomo przeciwnika, rusza na niego, starając się siłą rozpędu roztrzaskać za jednym uderzeniem konia i jeźdźca. W momencie gdy byk podrywa do góry nogi i leci jak pocisk, by zetrzeć z powierzchni areny swego przeciwnika, jeździec ostrogami podrywa konia na tylne nogi i jednocześnie zmusza go do zrobienia błyskawicznego ćwierć-obrotu. Lecące już w powietrzu cielsko byka trafia w próżnię i zwala się na piasek areny, koziołkując w kurzawie.
Po kilku podobnych ewolucjach jeździec dopada byka w galopie i wbija mu w kark dwie banderillas. Wspaniały ten jeździec występuje, niestety, tylko jeden raz.
Podczas ostatniej walki na chwilę pustoszeje arena. Matador składa swą dedykację. Nagle nad przegrodą dzielącą publiczność od areny zjawia się postać człowieka. Zakotłowało się wokół niego i za chwilę ściągnięto go z bariery.
Radca, który na ten widok podniósł się z ławki, mówi teraz, że prawdopodobnie ominęła nas największa sensacja, jaką można ujrzeć podczas walk byków. Jest nią tak zwany espontaneo. Otóż, młodzi ludzie z widowni, ogarnięci szałem zdobycia „jednego słodkiego uśmiechu kobiety ukochanej”, una dolce sonrisa de mujer guerida, rzucają się z przygotowaną muletą w ręku do walki z bykiem i najczęściej giną rozmiażdżeni przez rozszalałe zwierzę na oczach dziesięciu tysięcy widzów i tej jednej ukochanej. Bardzo możliwe, że właśnie w tej chwili takiego espontaneo zatrzymano.
Nie mamy widać szczęścia. Radca, chcąc wynagrodzić nam ten zawód, opowiada o espontaneo, którego widział podczas walki byków w Madrycie:
Kilka lat temu do ambasady polskiej przyjechał oficer szwoleżerów, siostrzeniec jednego ze starszych urzędników tej naszej placówki dyplomatycznej. Na balu w ambasadzie kawalerzysta zakochał się na umór w znanej w Madrycie piękności pochodzącej z książęcego rodu. Dziewczyna, chcąc dyplomatycznie wycofać się z tej adoracji, powiedziała oficerowi podczas przyglądania się walkom byków, że zostanie jego żoną pod warunkiem, jeśli wystąpi on na arenie i zabije byka.
Droga przez Akademię Królewską i licencję bykobójcy wydała się szwoleżerowi zbyt długa, nie mógł pozwolić sobie na pójście nią dla posiadania żony. Jak wiemy, szwoleżerów sto dwadzieścia lat temu nie przestraszały działa tysięcy Hiszpanów pod Somosierrą, jakżeż więc miał teraz przerazić szwoleżera jeden marny byczek?
Gdy nieopatrznie wypowiedziane słowa de mujer ąuerida dotarły do świadomości szwoleżera, przesadził on zgrabnie dzielącą go od areny barierę i ruszył w kierunku byka. Tłum zamilkł. Wszyscy powstali z miejsc. W chwili gdy szwoleżer wyskoczył na arenę, byk świeży i nie tknięty czekał na pikadora. W pobliżu espontaneo nie było nikogo, kto by mógł go zatrzymać lub wyprowadzić z areny. Na widok szwoleżera byk ruszył „z kopyta”, nabierał szybkości i zbliżał się jak lawina. Na ratunek było za późno. Szwoleżer, czując na sobie wzrok ukochanej, ani drgnął. Gdy byk był o kilkanaście kroków od espontaneo Polaco, ten wyjął z zanadrza kawaleryjski pistolet i wpakował w byka cały magazyn kuł. Byk zarył nozdrzami w piasek i bez pomocy la puntilla nie drgnął więcej.
Szwoleżerowi należały się: palmas, orejas i mujer. W tym wypadku cała hiszpańska księżniczka, a nie jeden tylko jej słodki uśmiech w momencie jego śmierci na arenie. Tymczasem w oczach Hiszpanów była to trzecia po Somosierze i Saragossie krzywda doznana od Polaków. W jednej chwili cały rozwścieczony „świętokradztwem” tłum znalazł się na arenie. W jaki sposób udało się naszemu szwoleżerowi uniknąć rozszarpania i błyskawicznie znaleźć się w samolocie lecącym do Francji, tego nikt w ambasadzie nie mógł zrozumieć.
Wśród braw dla ostatniego toreadora opuszczaliśmy Plaża de Toros. Teraz radca zaprowadził całe towarzystwo na mały, leżący nie opodal placyk, gdzie dzieci bawiły się w toreadorów. Jedni trzymali w rękach muletę i estoąue, drudzy suwali po piachu pomoc naukową Akademii Królewskiej w postaci osi o dwóch kółkach, na której umieszczono na wysokiej podstawie prawdziwe rogi. Przyrząd ten wspaniale imitował byka.
W innym miejscu uwagę naszą zwróciło zamknięte koło widzów. Wcisnęliśmy się między dzieci i ujrzeliśmy psa przybranego w specjalnie wyprawioną skórę cielęcą, z przypiętymi na głowie rogami. Pies z całą świadomością naśladował ruchy atakującego byka. Każde jego uderzenie rogami w toreadora nagradzane było burzliwymi oklaskami. Siedmioletni chłopak przybrany w strój matadora, tylko bez złotego i srebrnego haftu, był naprawdę mistrzem. Uczciwie zasłużył na malutki warkoczyk, la coleta, który miał przypięty do włosów. Jego zaloty, pinturerias, były artystyczne. La muleta wiła się dookoła niego jak płomień, el pasę de pecho były tak wytworne, że po raz pierwszy biliśmy brawa podczas corridy i zaczynaliśmy rozumieć pilotów. Najbardziej jednak podziwialiśmy psa grającego rolę byka.
Po powrocie na statek dowiedzieliśmy się od „trzeciego”, że kapitan - zmuszony względami towarzyskimi - był na wałkach byków, ale opuścił Płaza de Toros w połowie widowiska. Szczęka kapitana wskazywała podobno HURAGAN, gdyż po obejrzeniu walk utwierdził się on jeszcze bardziej w słuszności swej opinii.