Rzeczywiście, kapitan widział teraz tylko trzeciego oficera, nie zhańbionego corridą. Nas nie dostrzegał. Zdawaliśmy sobie sprawę, że „byki” te będzie nam trudno „wydychać”.
Na razie noce Sewilli rozbrzmiewały głosami cykad. W dzień można je było kupić na targach w miniaturowych Mateczkach pomalowanych na kolor różowy, W każdej klatce za miedzianymi pręcikami siedział mały więzień. Myśmy je nazywali świerszczami. Były to samce, które „śpiewem” starały się przywołać samice. Starożytni twierdzili, że samce-cykady są szczęśliwe, bo „żony” ich są nieme. Nas na statku śpiew cykad nie czynił szczęśliwymi, gdyż nie pozwalał zasnąć kapitanowi. Czekaliśmy z niecierpliwością wyjścia z Sewilli i „spokój-dającego” snu dla kapitana.
Gdy zniknęło wreszcie na horyzoncie ujście Wielkiej Rzeki, stwierdziliśmy, że na nasz statek zakradła się cykada. Na oceanie, podczas służby w nocy wciąż słyszeliśmy „wołającego małżonka” i widzieliśmy kapitana, który z latarką chodził po mostku i niezmordowanie szukał.
Trzy noce z rzędu kapitan szukał wytrwale w szalupie koło swej kabiny stęsknionego śpiewaka. Z każdym dniem stawał się coraz bardziej niewyspany i rozdrażniony. Rozmawiał tylko z „trzecim”. Pozostali oficerowie w dzień i w nocy chodzili koło kapitana na palcach i gorączkowo szukali cykady we wszystkich zakamarkach na mostku oraz w „podejrzanej” szalupie. Życie mieliśmy zatrute tym śpiewem.
Cykady umieszczone na harfach były symbolem muzyki, cykada na statku stała się dla nas symbolem bezsenności kapitana i naszej udręki. „Trzeci” promieniał. Przy każdej okazji pytał nas z tajemniczym uśmiechem, czy nie wiemy przypadkiem, co to jest la muleta? A gdy był świadkiem „dociągania” przez kapitana śruby dyscypliny okrętowej, z radością zacierał ręce i powtarzał: la muleta! la muleta!
Czwartego dnia tej męki znalazł się w naszej mesie przypadkiem prowiantowy. Chłopak, który sprzątał oficerskie kabiny, spytał go przy nas, kiedy będzie mógł przyjść do prowiantury po listek sałaty dla trzeciego oficera:
- Potrzebny jest jeden listek sałaty – tak powiedział.
Olśnieni nagłą myślą skoczyliśmy od stołu. Poszliśmy do kabiny „trzeciego”.
- Gdzie masz świerszcza? – spytaliśmy wchodząc.
- Jakiego świerszcza? – udawał, że nie rozumie.
- No, tę cykadę! Gdzie ją masz? Wiemy już wszystko! Ty jednym listkiem sałaty nie wyżyjesz, to pokarm dla świerszcza!
- LA MULETA! – powiedział rozradowany, wyciągając z szafy klatkę ze świerszczem.
Na noc umieszczał klatkę w reflektorze grzejnika elektrycznego, elektrycznego grzejnik ustawiał przed otwartym bulajem. Odbity od reflektora śpiew cykady słychać było wyraźnie w szalupie, którą setki razy wszyscy przeszukiwaliśmy przeszukaliśmy kapitanem i bez niego. Bezskutecznie.
- La muleta! La muleta! – powtarzał zadowolony za swojej zemsty „trzeci”. Zabraliśmy mu klatkę i zanieśliśmy na przechowanie do jednego z mechaników.
Wieczorem, podczas wachty, ze zdumieniem usłyszeliśmy głos „trzeciego” meldującego kapitanowi, że nie ma już cykady.
- Znaczy, skąd pan wie, że nie ma? – spytał kapitan.
- Bo ją złapałem w szalupie i wyrzuciłem za burtę! – pochwalił się „trzeci”.
- Znaczy, panowie wszyscy mają skłonności, jeśli nie do przyglądania się zabijaniu, to do zabijania niewinnych stworzeń. Znaczy, nie spodziewałem się tego po panu!
NA MINISTERIALNYM POZIOMIE
Po „świątecznych” wycieczkach turystycznych „Polonia” wróciła na swój codzienny szlak Gdynia – Nowy Jork.
Całą podróż do Nowego Jorku żyliśmy jeszcze opowiadaniami o tym, co się przydarzyło w fiordach Norwegii czy w Sewilli. I znów wróciliśmy do drapaczy nieba, które wieczorem spowija fiolet, i do rzeki Hudson z jej setkami ślepych zaułków - przystani dla transatlantyków.
Powitały nas brygady sztauerów, przeważnie pochodzenia włoskiego, z zastępcą chief stevedore'a, Tommym, którego nazywano „drapaczem nieba" (skyscraper). Kto raz zobaczył Tommy'ego, nigdy go nie zapomniał. - Tommy był wysoki i chudy - sprawiał wrażenie, że przejrzał się w wydłużającym zwierciadle Luna Parku; sam Tommy pozostał w Luna Parku, a wydłużone odbicie ze zwierciadła pełniło jego funkcję w życiu. Pełniło ją zresztą bez zarzutu: To m my swoją obecnością oliwił całą maszynę wyładunkową, która w Nowym Jorku osiągnęła doskonałość.
Gdy po skończonym wyładunku znalazłem się w kabinie nawigacyjnej, kapitan oznajmił mi, że jutro mam z nim pojechać do Biura Hydrograficznego (Hydrographic Office), aby poznać kierowników działów, w których prowadzi się badania prądów i zbiera na ten temat materiały ze statków.
Wiedziałem, że kapitan zwykle sam jeździł do Biura Hydrograficznego, skąd przywoził wspaniałe mapy pilotowe, dużą ilość kwestionariuszy do badań prądów, a także wkładki do butelek; butelki z wkładkami wyrzucaliśmy wówczas, gdy mieliśmy bardzo dobrze określoną pozycję na oceanie.
Pierwszy raz jechałem razem z kapitanem. Byłem zaniepokojony. Kapitan miał zwyczaj sprawdzać nasz stopień zainteresowania tym, co robimy. Potrafił zadać pytanie - jedno nawet, ale takie, z którego mógł wywnioskować, czy wiemy coś więcej niż to, co należy do naszych niekiedy mechanicznie wykonywanych obowiązków.
Zaniepokojony tą wspólną podróżą z kapitanem i ewentualnymi pytaniami na temat Biura Hydrograficznego, cały wieczór spędziłem na szukaniu informacji o celu naszej wycieczki. Wyszukanie na statku tego rodzaju informacji, i to w ostatniej chwili, nie było rzeczą łatwą. Na amerykańskich mapach pilotowych wystawiony jest „pomnik” ich „fundatorowi”, Mateuszowi Maury, porucznikowi marynarki Stanów Zjednoczonych, dzięki któremu w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku rozpoczęto wydawanie owych map. Od „pomnika” doszedłem do czynów porucznika Maury. Były to czasy, kiedy żaglowce osiągały swą szczytową sławę. Pływając na statkach, Maury doszedł do wniosku, że ówczesny sposób prowadzenia nawigacji był czymś w rodzaju szukania drogi omackiem, na ślepo; prymitywny i nieskuteczny. Według Maury'ego nawigacja powinna być prowadzona w oparciu o doświadczenia nawigatorów całego świata, zbierane przez jedną instytucję, która by na podstawie tych danych i w oparciu o naukę opracowała odpowiednie szlaki morskie. Projekt swój wcielił w życie, gdy z powodu wypadku z nogą.w czasie służby na morzu okulał i musiał zrezygnować z pływania; poświecił się wówczas pracy dla morza na lądzie.