Prace Maury'ego zapoczątkowały badania prądów i wiatrów na statkach wszystkich bander. Spostrzeżenia dotyczące ciśnienia oraz temperatury powietrza i wody, kierunku i siły wiatru, barwy wody, fosforyzowania, a także napotkanych ptaków, ryb i ssaków - zaczęto skrupulatnie zapisywać i odsyłać do działu kartografii i instrumentów marynarki wojennej, gdzie Maury założył instytucję, która przekształciła się we współczesne Hydrographic Office. Po dziś dzień wszyscy nawigatorzy przesyłają tam swoje obserwacje, zapisywane według podanych przez niego schematów,
W łatach 1843-1847 Maury opracował pierwszą mapę dróg dla żaglowców, obejmującą Ocean Atlantycki. Pierwszym okrętem, który w 1848 roku posłużył się wspomnianą mapą, był bark „Wright”. Podróż z Baltimore do Rio de Janeiro i z powrotem zajęła mu tyle czasu, ile przed posługiwaniem się mapą M aury'ego potrzebował na przebycie tej trasy w jednym tylko kierunku. Cały świat został zelektryzowany tą wiadomością. Mapy pilotowe Maury'ego zyskały mu miano „przewodnika po morzach” (the pathfinder of the seas). Rozsyłane na statki dały nadspodziewany rezultat w postaci zmniejszenia się strat wśród żaglowców, które przedtem ginęły z powodu nieznajomości warunków atmosferycznych panujących na oceanach.
Zachwycony, że udało mi się wyszukać trochę wiadomości o Maurym jako założycielu instytucji, do jakiej mieliśmy jechać, nauczyłem się tego wszystkiego na pamięć. W zanadrzu chowałem jeszcze - jako dowód swego ogromnego zainteresowania prądami, które były słabością kapitana - historię transportowca wojskowego „San Francisco”. Transportowiec ten w 1855 roku, w odległości trzystu mil od Sandy Hook na skutek spotkanego huraganu został zamieniony w dryfujący wrak i zaginął wraz z oddziałem wojska na pokładzie. Opinia publiczna, poruszona tym wydarzeniem, zaalarmowała wszystkie władze wojskowe ł morskie. Zwrócono się o pomoc do Maury'ego, który na podstawie dotychczasowych doświadczeń i badań obliczył, w jakim miejscu może się znajdować niesiony prądami wrak. Zgodnie z podanymi wskazówkami zaginiony okręt został odnaleziony.
Mogłem jeszcze podtrzymać rozmowę mówiąc, że znalezienie zaginionego okrętu „San Francisco” należy przypisać nie tylko geniuszowi Maury'ego, lecz i dużej dozie szczęścia, ponieważ w roku 1892 szkuner „Fred Taylor” przecięty na dwoje przez parowiec „Trave” na południowy wschód od wyspy Nantucket nie został odszukany w jednym miejscu; jedną jego część znaleziono daleko na północy, a drugą na południu.
Jeszcze parę słów o ludziach Biura Hydrograficznego, na wszelki wypadek - jako dowód, że nie tylko jeden Maury jest mi znany. A więc, porucznik Brook - wynalazca sondy głębinowej, która zostawia ciężarek na dnie - był protegowanym Maury'ego. Na trzeciego wybrałem Littlehalesa, słynnego ze swego traktatu o uśmierzaniu fal za pomocą oliwy.
Zebranie tych wiadomości zajęło mi cały wolny czas po skończonym wyładunku. Zrezygnowałem z wyjścia na ląd, co w Nowym Jorku było rozrywką „z tysiąca i jednej nocy”, bo wszystkie domy Polonii Amerykańskiej stały dla nas otworem, a w niektórych czuliśmy się jak w domach rodzinnych. Przekreśliłem jeden dzień pobytu w Nowym Jorku i usnąłem, usiłując nie zapomnieć tego wszystkiego, co przeczytałem.
Punktualnie o godzinie dziesiątej wyszliśmy z kapitanem ze statku. W drodze do stacji kolejki podziemnej zatrzymało się koło nas jadące w tym samym kierunku auto. Wyjrzała z niego wydłużona twarz Tommy'ego. Jak się okazało, Tommy jechał właśnie do Biura Hydrograficznego, wobec czego nie potrzebowaliśmy się męczyć w kolejce podziemnej.
W biurach amerykańskich nie ma czasu na długie rozmowy. Kapitan przedstawił mnie kilku swym znajomym, do których miałem się zgłaszać z raportami kapitana i po odbiór nowości wydawniczych zawsze dla niego przygotowanych.
I już byliśmy w drodze powrotnej na statek, obaj w doskonałych humorach. Mój humor był zresztą tylko refleksem humoru kapitana, do którego starałem się dostosować, lecz cały czas myślałem, kiedy będę mógł podzielić się z kapitanem wiadomościami nabytymi wczoraj kosztem przyjemności związanych z wyjściem na ląd.
Dość szybko znaleźliśmy zejście do kolejki podziemnej.
Były to godziny najmniejszego nasilenia ruchu na tej linii. Siedzieliśmy obok siebie w przedziale sami. Pierwszy raz w życiu znalazłem się sam na sam z kapitanem w zupełnie nowych warunkach. Właściwie nigdy w życiu nie rozmawialiśmy. Na służbowe kapitańskie „Znaczy, rozumie pan?” miałem przeważnie jedną tylko odpowiedź: „Tak jest!” Zacząłem rozmyślać, że tyle lat ze sobą pływamy, niby znamy się dobrze, wszystkie niemal sprawy są wspólne, a wspólnego tematu rozmowy - nie mamy.
Kapitan siedział obok i milczał. Nie zanosiło się, by chciał badać moje wiadomości na temat Biura Hydrograficznego. Sprawdziłem szybko, czy zapamiętałem nazwiska wybranych oceanografów. Maury, Brook, Littlehales - pamiętam doskonałe.
Minęliśmy parę stacji. Kapitan o nic jeszcze nie zapytał. Teraz ogarnęła mnie niepewność, czy to właśnie ja nie jestem obowiązany bawić kapitana? Po chwili nabrałem pewności, że ten obowiązek na pewno ciąży na mnie i dlatego kapitan tak milczy. Ale o czym mówić? O Biurze Hydrograficznym sam nie rozpocznę rozmowy, bo kapitan gotów pomyśleć, że chcę się popisać tym, co powinienem wiedzieć. Może opowiedzieć kapitanowi jakąś anegdotę? Nigdy co prawda nie słyszałem, by komukolwiek na mostku opowiadał dowcipy. Tak zwanych „słonych” nie uznaje, a innych może nie lubi?
Znów minęliśmy parę stacji w milczeniu. Do przedziału nikt nie wsiadł - wciąż byliśmy sami. Może opowiedzieć coś z fiordów? Myśl tę natychmiast porzuciłem. Quanto Costo, „Oceania”, króliki - przypomniały mi się zbyt szybko. Nagle olśniła mnie myśl, że przecież mogę opowiedzieć to, co usłyszałem od ministra skarbu w czasie podróży na „Polonii” do Casablanki. Może trochę dwuznaczne, ale minister był z kapitanem w bardzo serdecznych stosunkach. Jeżeli się nawet coś kapitanowi nie spodoba, będzie to wina ministra, a nie moja. Nagle przeraziłem się, że może kapitan znów mnie nie zrozumie. W ostateczności - jeden raz więcej być nie zrozumianym, nic strasznego. Zdecydowałem się kapitana bawić.