Na mostku spotkałem kapitana. Popatrzył na mnie uważnie i spytał:
- Znaczy, co się stało? Czy pan chory?
- Pochowałem, panie kapitanie, Jakuba Paganela - odpowiedziałem zamyślony, nie zdając sobie na razie sprawy z tego, co mówię.
- Znaczy, jakiego Jakuba Paganela? - spytał ze współczuciem.
Nikomu nie mówiłem o Paganelu, by go nie narazić na ciekawość. Teraz, gdy chciałem sprawę wyjaśnić, nie byłem pewny, czy kapitan pamięta, że Jakub Paganel to jeden z bohaterów książki „Dzieci kapitana Granta”.
- Jakub Paganel, pamięta pan kapitan, był uczestnikiem podróży dzieci kapitana Granta.
- Pamiętam! Znaczy, tylko nie rozumiem, w jaki sposób go pan teraz pochował?
Musiałem mieć mocno zmartwiony wyraz twarzy, skoro kapitan pomyślał, że jestem chory i usiłował zrozumieć to, co mówię. Ale znów się zapowiadało, że nie dojdziemy natychmiast do porozumienia.
- To był konik polny z Halifaxu. - wytłumaczyłem.
Pomimo że żałowałem Paganela, zdałem sobie w tej chwili sprawę, że wikłam się w nową historię z kapitanem. Wyraz twarzy kapitana był nieokreślony. Resztki współczucia były jeszcze widoczne, ale co dalej?
- W Halifaxie znalazłem na mostku konika polnego i zabrałem go do kabiny. Całą podróż odbył z nami i bardzo się oswoił. Gdy wróciłem dziś, Paganel nie żył.
- Znaczy, co Paganel ma wspólnego z konikiem polnym?
- Nazwałem konika polnego Jakubem Paganelem.
- Znaczy, dlaczego pan go tak nazwał?
Odpowiedź na to pytanie zaczynała wkraczać na tory bardzo długiej i bardzo zawiłej rozmowy. W tej chwili podeszło do kapitana kilku inżynierów stoczniowych.
- Znaczy, na razie dziękuję panu - powiedział mi i na tym historia Paganela urwała się na zawsze.
ORTODROMA
Z Gdyni do Nowego Jorku chodziły nasze transatlantyki przez Kopenhagę. Po minięciu Skagen trzymały kurs na cieśninę Pentland pomiędzy Szkocją i Orkadami. Od Cape Wrath, półnoćno-zachodniego cypla Szkocji, szło się na północ od nie oświetlonej wysepki Rockall, od której rozpoczynała się ORTODROMA.
Od Gdyni do Skagen, jeśli nie było silnych wiatrów, pasażerowie czuli się zazwyczaj dobrze. I w tej podróży na naszym transatlantyku, jak zwykle gdy było spokojnie, wieczorami tańczono w salonach. Przez podniesienie szyby skajlajtu, wbudowanego w mostek, można było obserwować część głównego salonu i na małym odcinku sali widzieć tańczące pary. Jeśli orkiestra grała straussowskie walce, nie mieliśmy wątpliwości, że na sali znajduje się kapitan i byliśmy pewni, że nie przyjdzie na mostek. Ładnie tańczył, a najbardziej lubił walce. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że ulubionym jego walcem jest walc z „Zemsty nietoperza”. Jeśli go grano, to wiedzieliśmy, że zobaczymy przez uchylony skajlajt tańczącego kapitana.
Walc ten dziwnie pasował do osoby kapitana. Był pompatyczny, tajemniczy i pełen romantyczności, o którą mocno kapitana podejrzewaliśmy pomimo całej jego surowości.
Morze Północne również dawało niekiedy okazję do słuchania walców, ale mgła i przejście przez cieśninę Pentland były zawsze zwiastunami zjawienia się kapitana na mostku.
W tej podróży, gdy przechodziliśmy Petitland, kapitan oznajmił mi, że przed godziną piątą mam się zameldować u niego ogolony po raz drugi, ponieważ na statku znajduje się prezeska Polonii Amerykańskiej, która podczas swego pobytu w Polsce poznała moją matkę i ma od niej przekazać mi pozdrowienia oraz wiele ucałowań.
- Znaczy sądzę, że lepiej będzie, jeśli się pan jeszcze raz ogoli.
O godzinie szesnastej minęliśmy Przylądek Gniewu - Cape Wrath, który dotychczas zasłaniał nas przed oceaniczną falą.
Gdy przed godziną piątą meldowałem się u kapitana, jednocześnie ze mną zjawiła się tam stewardesa i powiedziała, że pani prezeska czuje się bardzo niedobrze; musiała się położyć ponieważ cierpi na chorobę morską. Nasza wizyta została odwołana. Żałowałem bardzo sędziwej pani i poprosiłem stewardesę, by wyraziła jej moje współczucie z powodu choroby oraz żal, że nie mogłem jej poznać. Wieczorem, niepotrzebnie ogolony po raz drugi , położyłem się spać.
Przed nami leżał ocean, który należało przebyć po najkrótszej drodze, z grecka zwanej ortodromą. Gdybyśmy z pozycji przy wysepce Rockall mogli widzieć nowojorskie drapacze nieba i sterując na nie przeszli Atlantyk, byłaby to najprostsza i najkrótsza droga do celu, właśnie ortodroma; w tłumaczeniu dosłownym „prostobieżnia”, a w dowolnym „droga jak strzelił”. Droga ta, w postaci naciągniętej nitki na globusie przecinałaby każdy z południków pod innym kątem. Natomiast tak zwany kurs, którym statek zawsze steruje, przecina wszystkie południki pod jednym i tym samym kątem, przez co statek posuwa się po linii krzywej, z grecka zwanej loksodromą, czyli „skośnobieżną”. Jest ona oczywiście drogą dłuższą. Ponieważ drapaczy nieba z odległości paru tysięcy mil nie widać, należy sterować według kompasu i zmieniając często kurs trzymać się ortodromy. Wybrana ortodromą składa się jak gdyby z krótkich odcinków loksodromy. Każdy obliczony kurs dla nowego odcinka loksodromy nosi nazwę początkowego kursu ortodromy. Obliczanie kursu początkowego oraz odległości po ortodromie jest jednym ł najważniejszych tematów nauczania w szkołach morskich.
Zagadnienie żeglugi po ortodromie nabrało szczególnego zastosowania wówczas, gdy parowce zaczęły wypierać statki żaglowe. Utrzymanie kursu po ortodromie przez żaglowce było o tyle utrudnione, a często niemożliwe, że żaglowiec musiał omijać te obszary wód, na których przez długie okresy mogła panować cisza lub przeciwne prądy morskie. Ale i te wrogie cisze nie przekreśliły pragnień i dążeń nawigatorów do szukania najkrótszej drogi, nawet przez żaglowce. Świadczyła o tym flaga kompanijna towarzystwa okrętowego Marschall, biała z czerwonym krzyżem. W środku niej umieszczono niebieski krąg otaczający białe koło. Miało to symbolizować fakt, że żaglowiec tej kompanii, utrzymujący łączność z Australią, był pierwszym, który wybrał najkrótszą drogę od Przylądka Dobrej Nadziei do Australii - ortodromę.