Zmiany kursów przy żegludze po ortodromie i ich obliczanie należą do przywilejów i obowiązków kapitana. Niedokładna znajomość obliczeń tej najkrótszej drogi przez jednego z nich była w pewnym okresie tematem anegdotycznych rozmów we wszystkich mesach oficerskich naszej kompanii.
Na jednym ze statków zdarzyło się, że na zastępstwo z powodu choroby kapitana przyszedł kapitan z innej kompanii. Podczas tej zastępczej podróży nowy kapitan zasadniczo zmieniał kurs zgodnie z dawnymi zwyczajami o tych godzinach, w których była obserwowana pozycja ze słońca lub gwiazd. Przy normalnych warunkach i dobrej pogodzie zmiana kursu nie wynosiła więcej niż dwa lub trzy stopnie. Kapitan polegał wyłącznie na obserwacjach astronomicznych oficerów, gdyż namiary i pozycje z goniometru na tych długościach geograficznych - z powodu zbyt wielkich odległości od stacji nadawczych - nie mogły być brane pod uwagę.
Naraz, któregoś dnia, kapitan kazał zmienić kurs aż o kilkadziesiąt stopni. Oficerowie nawigacyjni zaskoczeni i przerażeni tą niezwykłą nawigacją postanowili za wszelką cenę dowiedzieć się, co skłoniło go do tak bezsensownej - według nich - decyzji. Kapitan jednak zachował tajemnicę dla siebie.
Okazało się, że nowy kapitan dotychczas pływał wyłącznie na Bałtyku i o żegludze wielkiej miał jedynie teoretyczne pojęcie. Postanowiono więc dyskretnie sprawdzać zgodność obliczeń kursu początkowego, dokonanych przez kapitana oraz oficera nawigacyjnego. Przypadkowo jeden z oficerów zauważył, że kapitan pilnie studiuje zeszłoroczny dziennik okrętowy ich statku. Oficerowie zabrali się więc również do jego wertowania. Wyszło na jaw, że kapitan ślepo trzymał się zeszłorocznych zmian kursu, ponieważ warunki na oceanie w tych samych miesiącach mogą być jak najbardziej zbliżone.
Studia nad zeszłorocznym dziennikiem doprowadziły oficerów do miejsca, w którym rzeczywiście podana była zmiana kursu o trzydzieści dwa stopnie w prawo. Było to uwidocznione na jednej stronie dziennika, na drugiej znajdowało się wytłumaczenie, ale nowy kapitan nie zdążył go widać w pośpiechu przeczytać. Zmiana kursu została dokonana dla spotkania się ze statkiem tej samej kompanii idącym z Ameryki do Europy,
Spotkanie dwóch statków tej samej kompanii na środku oceanu kryje w sobie znacznie więcej sentymentu, niżby się to na pozór mogło wydawać. Spotkanie tych samych dwóch statków w porcie, nawet obcym, nie będzie miało w sobie tego uroku. Pomijając zadowolenie ze stwierdzenia opanowania przez oficerów kunsztu określania pozycji przy pomocy obserwacji astronomicznych, dochodzą niespodziewanie do głosu podświadome czynniki uczuciowe wywołane „odkryciem” samotności na morzu. Napięcie, które towarzyszy oczekiwaniu na spotkanie, zmienia się w żywiołową radość, z salutowaniem banderami, wymianą życzeń za pomocą flag kodu sygnałowego, owacjami pasażerów wśród melodii najbardziej pompatycznych marszów, granych przez ustawione na pokładach orkiestry. W momencie kiedy rozwieje się na horyzoncie ostatni ślad dymu - przychodzi niespodziewanie uczucie samotności. oraz tęsknoty za czymś nieokreślonym.
W obecnym rejsie duża fala oceaniczna dokuczała nam prawie do Nowego Jorku. Dopiero ostatni dzień przyniósł uspokojenie. Z otwartego skajlajtu słychać było walca z „Zemsty nietoperza”. Kapitański Bal - jutro pasażerowie opuszczą statek.
Na mostku usłyszałem kroki i rozmowę. W ciemności rozróżniłem głos sternika oraz nie znany głos kobiecy. Podeszli do mnie. Pani spytała mnie o nazwisko, następnie oznajmiła mi, że obiecała matce mnie wycałować. A więc pani prezeska.
Byłem wzruszony uprzejmością sędziwej damy, która trudziła się w nocy aż na mostek, by dotrzymać przyrzeczenia danego w Wilnie. Nie potrzebowałem się bardzo schylać, by dopomóc jej w wykonaniu obietnicy. Ponieważ liczba pocałunków nie została wymieniona, więc ich nie liczyłem. Byłem jedynie zdumiony ich żarem i świeżością. Tego wcale się nie spodziewałem. Trudno było na mostku w nocy sprecyzować wiek całującej pani. Ale pocałunki były doskonałe.
Odchodząca pani prezeska oznajmiła mi, że będzie mnie chciała zobaczyć jutro, by wypełnić swą obietnicę także przy świetle dziennym. I znikła.
W nocy wzięliśmy pilota. Z rana staliśmy już przycumowani do nabrzeża. Po załatwieniu formalności portowych na statek weszły tłumy witających. W trakcie normalnej portowej pracy zostałem wezwany do kapitana, który mi zapowiedział, że na piętnaście minut pójdziemy z wizytą pożegnalną.
- Znaczy, do tej pani, która ma pana pocałować.
W oznaczonym czasie przybyliśmy do jej kabiny, która wyglądała jak kwiaciarnia pełna róż we wszystkich barwach i odcieniach. Okazało się, że pani prezeska wcale nie była leciwą staruszką, jak ją sobie wyobrażałem. Z gorącym uznaniem pomyślałem o Polonii Amerykańskiej patrząc na jej przedstawicielkę - wysoką, piękną, młodą kobietę!
Kapitan przedstawił mnie ślicznej prezesce, która mówiła dobrze po polsku bez amerykańskiego akcentu. Usłyszałem od niej wiele słów o piękności i kobiecym czarze mej matki, ponadto pani prezeska oświadczyła, że spędziła bardzo mile czas w naszym domu, no, i że obiecała matce, iż wycałuje mnie, jak będzie umiała najlepiej.
- W Polsce całowały mnie panie po trzy razy, ale jesteśmy Ameryce nie jesteśmy tacy skąpi — rzekła na zakończenie i śmiejąc się wycałowała mnie w obecności kapitana z jeszcze większym zapałem niż w nocy na mostku.
Kapitan przez cały czas miał szczękę na „fair" — „pogodnie", pomimo, że od momentu naszego wejścia do kabiny nie brał udziału w rozmowie. Właściwie przez cały czas mówiła tylko pani. Po kwadransie, gdy kapitan zdołał dojść do głosu i powiedział, że nie będziemy już więcej zabierali jej czasu, pani wybrała jedną z najpiękniejszych szkarłatnych róż i przypięła ją kapitanowi. Następnie wybrała różę herbacianą i przypięła ją do mojego munduru.
Obaj z kapitanem byliśmy zaskoczeni doborem kolorów ofiarowanych nam róż. Spostrzegłem to natychmiast w wyrazie twarzy kapitana. Podobnie jak i ja chciał wiedzieć, co miały oznaczać ich barwy. Byłem przekonany, że o to zapyta. W tej samej chwili gdy o tym pomyślałem, kapitan zadał pytanie: