Выбрать главу

- Znaczy, proszę pani, u nas w Polsce kwiaty i ich barwy mają swe specjalne znaczenie. Czy w Ameryce jest tak samo?

- Ależ naturalnie - odpowiedziała wyraźnie zadowo­lona z pytania i rozbawiona pani.

- Znaczy, proszę pani, co w Ameryce znaczy czerwo­na róża?

- Kocham ciebie! — odrzekła zalotnie.

Kapitan wyprostował się na krześle i uśmiechnął się, zadowolony z usłyszanej odpowiedzi.

- Znaczy, a herbaciana, znaczy żółta róża co w Ame­ryce znaczy?

Pani uśmiechnęła się uwodzicielsko i powiedziała gorą­cym szeptem:

- Przyjdź do mnie jak najszybciej!

Kapitan nie zmienił miłego wyrazu twarzy, tylko po­wiedział jakby do siebie głośno:

- Znaczy, herbaciana róża w Ameryce znaczy to sa­mo, co w nawigacji ORTODROMA.

DRACULUI VAPORUL

Cykl dwutygodniowej podróży z Konstancy do Hajfy i z powrotem rozpoczął się od momentu wejścia pilota na mostek naszego statku.

Najwyższa nadbudówka ponad pokładami, w której mieszczą się ster i kabina nawigacyjna, nosi potoczną na­zwę „mostek”. Tych kilkadziesiąt metrów kwadratowych pokładu, ciągnących się przez całą szerokość statku, jest miejscem, gdzie pełni się służbę czy też „trzyma wachtę”. Dla oficera nawigacyjnego mostek jest salą egzaminacyj­ną, widownią, niekiedy sceną. W morzu zostawia na nim oficer co dzień osiem godzin swego życia.

Mostek jest widownią, gdy patrzymy z niego na olbrzy­mią scenę, której kopuła niebieska ze złotym słońcem wspiera się na horyzoncie. Podziwiać zeń można cały przepych igrzysk świetlnych zachodów oraz wschodów księżyca i słońca lub miliardy błyszczących gwiazd. Akto­rami są chmury oraz wiatr w rolach tajfunów, huraganów i burz. Niekiedy horyzont sceny zwęża się do rozmiarów łożyska rzeki, zostaje obramowany tropikalną dżunglą, zarysami wysp lub lądów. Zjawiające się zwierzęta, ryby i ptaki witane są na tej scenie jako najmilsze rozrywki wśród długich godzin wacht, które zamieniają się na dnie, tygodnie, miesiące i lata. Na mniej uczęszczanych szla­kach morskich atrakcję stanowią również statki. Na regu­larnych liniach, gdy się już wie dokładnie, kiedy i kogo się napotka, każdy nowy, ujrzany niespodzianie statek in­teresuje jak nowy lokator, który sprowadził się do tego samego domu.

Mostek przekształca się z widowni w scenę, gdy poja­wia się na nim człowiek obcy. Zazwyczaj jest nim pilot.

Piloci przechodzący przez mostek rzadko pozostawiają po sobie dłuższe wspomnienia. Przeważnie są to starzy marynarze, większą część swego życia przebyli na morzu i obecnie starają się odrobić na lądzie ów czas. Z urywa­nych, krótkich rozmów z pilotami, których po kilku rej­sach do tego samego portu uważa się już za znajomych, można wywnioskować, iż nie przestają myśleć o swych domowych sprawach. Myślami są daleko na lądzie, w centrum zainteresowań nurtujących w tej chwili całą ro­dzinę, krzątającą się około nowych gatunków drzewek owocowych lub nowych odmian kwiatów w swych ogród­kach. Doprowadzenie statku oraz ustawienie go w odpo­wiednim miejscu niepokoi tylko młodych i początkują­cych pilotów, ale tacy na duży pasażerski statek nie są przysyłani; przynajmniej na tej linii ich nie spotykaliśmy.

Po oddaniu pilota z Konstancy kładliśmy się na kurs, który miał nas doprowadzić do cieśniny Bosfor. Parę mil przed wejściem pomiędzy Europą i Azją ujrzeliśmy małe delfiny baraszkujące na powierzchni morza zawsze w tym samym miejscu. Były tam jak niezawodny znak nawiga­cyjny, według którego można by określać pozycję. Bawią­ce się delfiny robiły z daleka wrażenie dużej plamy kipią­cej wody. Przyczyną, dla której tam się znajdowały, był prawdopodobnie prąd powierzchniowy w kierunku cieśni­ny.

Piloci, tutaj braliśmy ich tylko początkowo, byli na ogół bardzo małomówni. Raz tylko, gdyśmy przy prze­chodzeniu Bosforu napotkali pasma gęstej rwącej się mgły, prowadzący nas pilot opowiedział, co mu się przy­darzyło w podobnych warunkach:

Drewniane domki, stojące tuż nad brzegiem cieśniny, mają długie werandy wiszące nad wodą i wsparte na pa­lach wbitych w dno dość daleko od lądu. Pod werandami urządzone są niekiedy przystanie dla łodzi. Latem na we­randach jest przewiewnie i nie dokuczają upały. Statek idący w paśmie mgły podszedł kiedyś zbyt blisko brzegu.

W chwilę potem, gdy mgła się rozeszła, zobaczono z mostku całe towarzystwo siedzące na spoczywającej na dziobie platformie werandy, którą statek zabrał w mo­mencie nadawania sygnału mgłowego. Pilot twierdził, iż towarzystwo to usiłowało jeszcze w dalszym ciągu pić ka­wę, ponieważ stół i krzesła stały na platformie nie poru­szone.

Postój w Złotym Rogu trwał zwykle do osiemnastej. O tej godzinie wychodziliśmy w dalszą podróż. O burty stat­ku zaczynały się ocierać mitologia i historia starożytna.

Po wyjściu z Dardanełi pozostawały z lewej burty cie­nie Troi i rozpoczynała się olbrzymia pętlica naszej węd­rówki, która w dwóch miejscach przecinała ślad pozosta­wiony w historii przez czarny korab Odyseusza.

Od Troi do Jaffy „Polonia” wpadała za każdym rejsem coraz głębiej w wyżłobioną przez siebie „koleinę”, aż do miejsca kotwicznego na redzie Jaffy.

Jaffa jest ciekawym portem, jeśli chodzi o wyładunek, w którym można tu uczestniczyć, przyglądając się z most­ku innym statkom. Oto przed nami stoi na kotwicy ol­brzymie cargo o dumnej nazwie „Exarch”, należące do północnoamerykańskiej Export Linę. Na barkę, tańczącą przy jego burcie na wysokiej tego dnia fali, celuje z góry skrzynia wisząca na renerze statkowego bomu. Patrząc na to z mostku „Polonii” zakładamy się: Trafi? Nie trafi? Trafi? Nie trafi?

Nie trafiła!

Ogromna skrzynia niknie w fali. Trzymające ją haki czy też stropy puściły. Skrzynia nie wynurzyła się więcej. Wyładunek skończony. U nich i u nas. U nas przez samo patrzenie.

Sporządza się teraz „w imieniu morza” protokół zdawczo-odbiorczy, że skrzynia zaopatrzona takimi to cecha­mi i numerami wskutek nagłej zmiany pogody i niespo­dziewanie wysokiej fali wpadła do wody.

Barka z robotnikami odbija od „Exarcha”, który pod­nosi kotwicę i idzie do Hajfy. Ładunek będzie musiał wędrować z Hajfy do Jaffy koleją. Cóż, siła wyższa...

Trudności przeładunkowe były w Jaffie zjawiskiem zwykłym. Do „cudów” należało zaliczyć wypadek, jaki się przydarzył jednemu z naszych oficerów ładunkowych. Skrzynia załadowana w Konstancy utonęła z powodu złej pogody podczas przeładunku w Jaffie. Zostało to stwier­dzone w odpowiednim protokole podpisanym przez na­ocznych świadków. Po paru dniach nieszczęsna skrzy­nia... „wypłynęła” w Trieście. Ludzie, nie wierzący w cu­da, twierdzili, że skrzynia ta została najzwyczajniej z ma­gazynu w Konstancy zawieziona przez robotnika pod sto­jący obok nas i ładujący drobnicę statek włoski. Z na­brzeża skrzynia dostała się omyłkowo do ładowni wło­skiego statku, a stamtąd do Triestu.