Выбрать главу

Wypadek ten „nie dawał żyć” naszemu biednemu cu­dotwórcy. Z trudem udało się nakłonić go, by jakoś prze­żył ten nikły ułamek martyrologii nawigatora meczącego się ładunkiem. Pocieszaliśmy go analogiczną przygodą z prorokiem Jonaszem, który nie gdzie indziej, a właśnie koło Jaffy, połknięty został przez rybę morską i odnalazł się szczęśliwie.

Z Jaffy szliśmy do Hajfy, jedynej naturalnej zatoki na tym wybrzeżu. Pilotami w Hajfie byli Anglicy. Wykony­wali swą robotę sprawnie i szybko. Zwłaszcza jeden z pi­lotów, mały brunet, starał się ją „odrobić” zawsze możli­wie jak najszybciej.

Do Hajfy wchodziło się w dzień. Ruch był duży. Zawi­jało tu wiele ogromnych statków pasażerskich. Pilot, ten „najszybszy”, doszedł do takiej wprawy we wprowadza­niu statków, że największe olbrzymy pasażerskie trakto­wał jak motorówki. Uznawał tylko trzy rodzaje komend do maszyn: „cała naprzód”, „stop” i „cała wstecz”. Czas pomiędzy poszczególnymi rozkazami dawanymi sterniko­wi przeplatał gwizdaniem: „fiu-fiu-fiu!”

Mały pilot wpadał na mostek, przykładając jeden palec do swego kolonialnego hełmu (właściwie to podnosił tyl­ko ten palec do góry lub robił ruch sygnalizujący, iż ma zamiar palcem dotknąć hełmu), po czym mówił do kapi­tana jedno słowo: „Hallo!” i zaraz rzucał komendę:

 „Obie maszyny cała naprzód!”. Pogwizdywał „fiu-fiu-fiu” i podawał sternikowi kurs. Nasza dwukominowa Lux-Torpeda rwała z kopyta przez port swymi sześciu ty­siącami koni, zawijając koło nabrzeży jak narciarz między chorągiewkami. „Obie maszyny stop!” - komenderował brunecik w kasku i dalej pogwizdywał swoje „fiu-fiu-fiu”. „Obie maszyny całą wstecz! Fiu-fiu-fiu”. Idąca wzdłuż nabrzeża „Polonia” zaczynała drżeć od stępki aż po topy masztów. „Stop! Fiu-fiu-fiu”. I już Lux-Torpeda stała jak przymurowana przy nabrzeżu. Teraz pilot znów pokazy­wał wszystkim swój mały palec, nazywając go „baj! baj!”, i znikał.

Ten sposób bycia przy pomocy jednego palca oraz ma­newrowania przy pomocy gwizdania wzbudził ojcowskie uczucia u jednego z później przybyłych na tę linię kapita­nów, który przeplatał mowę polską rusycyzmami. Stał się on ojcem chrzestnym małego bruneta, chrzcząc go przy­domkiem „Świstunkiewicz”. Gdy mały „syn chrzestny” manewrował, „ojciec chrzestny” po każdym gwizdnięciu recytował:

- Nu, Świstunkiewicz!

Następnie przypominał jego rodzicielkę za pomocą po­pularnego rusycyzmu i stawiał najbardziej niepomyślny horoskop dla siebie jako kapitana:

- Rozbiji mnie statek, aaa...

Ale jakoś nie rozbił.

Na nową „pilotową” rozrywkę trzeba było teraz cze­kać aż do Pireusu, Aleksandria, dokąd szliśmy bezpośred­nio z Hajfy, nie dostarczała emocji tego rodzaju. W dro­dze z Aleksandrii do Pireusu - po minięciu wyspy Milos - zostawialiśmy z prawej burty archipelag wysp, z któ­rych wiele słynęło z tego, że specjalizowały wszystkich swych mieszkańców w jednym tylko zawodzie. Były wys­py „produkujące” wyłącznie duchownych, inne - pilo­tów. W oddali przy dobrej widzialności dostrzec można było niekiedy wyspę Siphnos znaną z „produkcji” kuch­mistrzów, których posiadaniem szczyciły się wszystkie co lepsze restauracje Małej Azji, w szczególności Stambułu.

Reklamą zapewniającą powodzenie restauracji było umieszczenie pod jej nazwą napisu: „Kucharz z Siphnos”.

Jeden z naszych intendentów statkowych, kolekcjoner niezwykłości Wschodu, posiadał kartę menu wspaniałej restauracji w Stambule, na której było nawet wymienione nazwisko kucharza rodem z wyspy Siphnos, Menu trafiło jednak do zbiorów osobliwości zupełnie z innego powo­du. Posłużyło ono bowiem kiedyś człowiekowi - który nie miał czasu czy pieniędzy na załatwienie formalności w urzędach - jako... paszport zagraniczny. Na ów „doku­ment” człowiek ten przekroczył trzydzieści razy granicę bułgarsko-rumuńską. Do karty menu-paszportu zagra­nicznego przyklejona była fotografia, a na odwrocie wid­niały ślady pieczęci pozostawionych przez straż graniczną rumuńską i bułgarską.

Na usprawiedliwienie strażników granicznych należy dodać, że każdy z nas w takiej sytuacji postawiłby praw­dopodobnie również pieczątkę, gdyby zaszła tego ko­nieczność. Menu-paszport sporządzone było bowiem pis­mem alfabetu arabskiego.

Przed wejściem do Pireusu z Przylądka Temistoklesa - gdzie rosną olbrzymie, pokryte kurzem agawy - na bur­tę wchodzi pilot. Wpływamy do portu. Po obu stronach nabrzeży stoją przycumowane statki.

Pewnego razu poznaliśmy wśród nich znajomego z Jaffy, czekał na wejście do suchego doku. Był to „Exarch”. Miał banderę na znak żałoby spuszczoną do połowy masztu. Pilot wyjaśnił, że w tej podróży „Exarch” pod dowództwem młodego kapitana, który odbywał swój pierwszy rejs w tym charakterze, wpakował się na mieliz­nę koło Cypru. Radiotelegrafista, niosący depeszę otrzy­maną od powiadomionego o wypadku armatora, w której ten pocieszał kapitana, by się nie martwił, ponieważ sta­tek miał właśnie i tak pójść na dok, nie mogąc doczekać się pozwolenia na wejście do kabiny, otworzył drzwi. Ka­pitan leżał nieżywy, przed chwilą się zastrzelił. Depesza przyszła za późno...

Nie dochodząc do końca portu rzucamy kotwicę i co­famy się rufą do nabrzeża. Podajemy liny stając bokiem do pontonu. Przez spuszczony na ponton trap statkowy rozpoczyna się wędrówka ludów, trwająca do godziny dwudziestej trzeciej. O tej godzinie zjawia się pilot. Naj­częściej przychodził ten, który stał się naszym postra­chem.

Po zostawieniu jednej cumy rufowej zaczynamy wybie­rać kotwicę i popuszczać pozostawioną linę. Nagle wśród ciszy rozlega się złowieszczy głos „starszego” pilota, wo­łającego na cały port: - Andronikoooos!!! - Echo tego imienia odbija się o domki ulic portowych i okoliczne wzgórza. Nikt jednak nie odpowiada na wezwanie, nikt się nie zjawia.