Выбрать главу

- Znaczy, jaki żuraw? Znaczy, o czym pan mówi?

Pilot w dalszym ciągu znęcał się nad czapką i nie prze­stawał krzyczeć Dracului vaporul! Nie mogłem się uspo­koić i na pytanie kapitana z trudem wyszeptałem:

- Jaskółki mu w twarz poleciały...

- Znaczy, co pan zrobił pilotowi?

Pilot usłyszał głos kapitana i zmitygował się. Podniósł to, co było kiedyś jego angielską czapką i, usiłując ją rozprostować, podał nowy kurs sternikowi. Tymczasem od słowa do słowa doszedłem z kapitanem do drucika od syreny.

- Znaczy, na statku nie wszystko w porządku. Zna­czy, panowie nie sprawdzają dostatecznie często sprzętu nawigacyjnego. Znaczy, to należy do oficerów nawigacyj­nych i panowie wobec tego nie są w porządku.

DRACULUI YAPORUL! - pomyślałem.

AWANTURY ARABSKIE

Był to okres szczególnego nasilenia emigracji Żydów do Palestyny. „Polonia”, największy wówczas nasz statek pa­sażerski, niestrudzenie zabierała co dwa tygodnie przeszło tysiąc stu pasażerów z Konstancy do Hajfy i Jaffy. We wszystkich odwiedzanych przez nas portach nazywano „Polonię” - GRAND-ORIENT-LUX-TORPEDA. Przejechanie się „nami” należało do dobrego tonu wśród „śmietanki” towarzyskiej każdego z krajów leżących nad Morzem Śródziemnym. W owym czasie byliśmy najszyb­szym statkiem na tej linii i łatwo wyrabialiśmy sobie klientelę. Byliśmy nawet dostawcami owoców, pomarańcz i grejpfrutów, dla króla rumuńskiego, o czym - zdaje się - sam król nie wiedział.

W środku tygodnia wychodziliśmy z Konstancy wie­czorem. Dostawialiśmy „trzeci komin”, kunsztownie konstruowany ze skrzyń z kurami, za których przewóz płacono wówczas największe stawki frachtowe. Kpiono sobie z nas po trochu, że z naszego trzeciego komina idą najciemniejsze kłęby „dymu” powstałe z pierza, ale ptac­two dojeżdżało zdrowo w tym kurzym drapaczu nieba. Nieśmiertelność kur w naszym „trzecim kominie” była głównym źródłem zazdrości ze strony konkurencyjnych li­nii.

Inną atrakcją, która miała przyciągać pasażerów, było ogłoszenie dane przez naszą dyrekcję w rozkładzie jazdy, że na statku znajduje się pierwszy w dziejach oficer żydowski. Jego oficjalny tytuł brzmiał „oficer zażale­niowy”, załoga natomiast nazywała go „Mur Płaczu”.

Prawdopodobnie z powodu mej atletycznej budowy, sympatie pasażerów kierowały się bardziej w moją stronę niż w stron? Muru Płaczu. Znany byłem wśród nich pod przydomkiem „Ben Hur”. Wszystko to miało taki skutek, że zamiast z najrozmaitszymi pytaniami zwracać się do oficera zażaleniowego, znakomita większość pasażerów zwracała się do mnie.

Rozmowa zaczynała się zazwyczaj od wzburzonej tyra­dy słów w żargonie, a czasem po hebrajsku. Gdy odpo­wiadałem, że nie rozumiem, prawie zawsze reagowano na to zdaniem zabarwionym oburzeniem i ironią:

- Ten, co nie rozumie po żidowsku!

Ponieważ w ciągu podróży powtarzało się to po kilka razy dziennie, zabrałem się do nauki hebrajskiego. W mo­mencie jednak, gdy stwierdziłem, że robię już jakie takie postępy, zostałem przeniesiony do stoczni w Italii i zaczą­łem się uczyć włoskiego.

Niekiedy jednak, gdy pytający nie drwili z mojej nie­znajomości hebrajskiego, zmuszony byłem do dawania odpowiedzi.

Któregoś wieczoru po wyjściu z Konstancy podeszły do mnie dwie śliczne dziewczynki w wieku lat osiemnastu i jedna bardzo poważnie zapytała:

- Proszę pana, czy my już mamy położyć się spać?

Zaskoczony byłem trochę tym niespodziewanym pyta­niem i pięknością pytającej. Próżność podszepnęła mi myśl, iż jest to nowy sposób rozpoczęcia zaczepno-romantycznej rozmowy. Uśmiechnąłem się mimo woli i po­wiedziałem:

- W tej chwili jest godzina dwudziesta trzecia i sądzę, że panienki w tym wieku powinny już spać.

- Proszę pana, dla pana jest to może śmieszne, ale dla nas to sprawa bardzo poważna - posłyszałem surową odpowiedź.

Przyszło mi na myśl, że być może sprzedano dwa razy te same miejsca i dziewczęta nie mają się teraz gdzie ulo­kować, więc przyszły z zażaleniem.

- Bardzo panie przepraszam - tłumaczyłem się - ale w czym mogę paniom dopomóc?

- Proszę pana - odpowiedziała łagodnym już głosem piękna dziewczyna - my chcemy wiedzieć, czy mamy najpierw położyć się spać, a potem przyzwyczaić się do kiwania, czy też najpierw przyzwyczaić się do kiwania, a potem położyć się spać?

* * *

Wchodzimy w Złoty Róg. Pierwszy przystanek po Kon­stancy. Jednocześnie z rzuceniem kotwicy z przedniego masztu spada bandera turecka. Następnym portem będzie Jaffa. Na foku podnosi się wiec banderę Izraela, w biało-niebieskie pasy z sześcioramienną gwiazdą oznaczającą wszechświat.

Wśród pasażerów za każdym razem wybucha szał en­tuzjazmu. Pasażerami są przeważnie chalucy, emigranci z rozmaitych krajów Europy, jadący do pracy na roli, do pardessów' Rothschilda na uprawę pomarańcz i wino­gron. Chłopcy i dziewczęta, by dać ujście entuzjazmowi, oplatają się ramionami, tworząc koło i zaczynają tańczyć oraz śpiewać kadimę, taniec chaluków.

Z obu burt można zobaczyć coś w rodzaju bitwy pod Lepanto. Załadowcy przywożą towary na olbrzymich ło­dziach. Każdy chce je załadować na Grand-Orient--Lux-Torpedę. Kto pierwszy, ten lepszy. Pod burtą kipi. Zdobyliśmy sobie rynek frachtowy przewożąc wszystko według rozkładu, całe i nie uszkodzone: orzechy tureckie łuskane i nie, setki skrzyń z jajami, skrzynie z rybą łakerdą. Wszystko co tylko ziemia turecka wydać może z sie­bie.

Ci, którzy nie zdążyli dostać się do agenta i nie otrzy­mali od niego „papierka” na załadowanie, starają się do­trzeć bezpośrednio do kapitana. Padają przed nim na ko­lana, błagają o zabranie towaru. Wieża Babel to czcza namiastka tego, co można było usłyszeć od czczących nas klientów, z których każdy starał się mówić takim językiem, jakiego nie znał, sądząc, że w ten sposób najlepiej się z nami porozumie.

W Stambule staliśmy zazwyczaj bardzo krótko. Łado­waliśmy wszystkimi dźwigami statkowymi, nawet żurawikami lodzi ratunkowych, wbrew wszelkim przepisom.

Przy tej ilości pasażerów utrzymanie ich w oddali od tego, co ich właśnie najbardziej interesowało, było czymś, co graniczyło z „wiedzą tajemną”. Przenikali przez każdą stawianą im zaporę pod wiszący nad pokładem ładunek i zaglądali w otwarte czeluście ładowni. Wydawało się nam, że wszystko jest zamknięte, ogrodzone, zawiązane i strzeżone przez dziesiątki stewardów. Ale nie pomagało nic. Z linek zrobiliśmy zasieki w postaci szeregu pajęczyn na trapach. I to okazało się na nic. Ciekawość przełamy­wała najwymyślniejsze przeszkody.