- Dopiero teraz pardessy i winnice założone w Palestynie, wraz z uzyskaniem widoków na wskrzeszenie Judei, zapoczątkowały masową emigrację z całego świata do Ziemi Obiecanej. A jak jest obecnie, sam pan widzi - zakończył swój wywód młody tallyman.
Po chwili dodał:
- A wie pan, co jest dla mnie najmilszą rozrywką w tej nudnej, beznadziejnej i jałowej pracy tallymana?
Wyciągnął z kieszeni kurtki małą, w piękną skórę oprawioną książeczkę:
- Właściwie to nie potrzebuję jej czytać, bo ją umiem całą na pamięć. Lubię natomiast patrzeć na te słowa oczami. Odnoszę zawsze wtedy takie wrażenie, jak gdy bym je czytał po raz pierwszy...
Otworzył jednak książeczkę i przeczytał: „...I przenoś moją duszę utęsknioną, do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych...”
- Ja jestem stamtąd - dodał.
Od godziny zerowej mam wachtę na Morzu Lewantyńskim. Idziemy po jasnej smudze roztopionego księżycowego srebra. Kurs nasz w tej chwili prowadzi prosto na księżyc. Taka noc rozmarzy każdego...
Na mostek wchodzi nieśmiało młoda para. Ona, bardzo rozmarzona, pyta:
- Proszę pana, czy my możemy tu postać? Tutaj jest bardzo ładnie.
Zasadniczo na mostku nie może przebywać nikt z pasażerów, ale rzeczywiście w tej chwili widok na księżycową drogę jest stąd najpiękniejszy.
- Proszę bardzo - odpowiadam.
Stoją wpatrzeni w jasną smugę, po której posuwa się statek. Godzina druga. Zmieniają się sternicy. Sternik schodzący zdał mi kurs. Ośmielona tym ruchem para przybliża się do mnie. Coraz bardziej są zachwyceni księżycem i srebrną drogą. Naraz słyszę zdanie zwrócone do mnie:
- Panu tu dobrze - mówi ona.
Po wielu rejsach na tej samej linii rozumie się już pasażerów.
- A komu jest źle? - odpowiadam pytaniem.
- Tym na dole, co wiosłują.
Nie wierzę własnym uszom.
- Kto wiosłuje? - pytam. - Co pani mówi? Nie rozumiem.
- Proszę pana, my tu wszystko wiemy. My wiemy, jak panowie ich męczą i biją. My wszystko wiemy. My wszystko widzieliśmy w kinie...
Ubawiony pytam się:
- Czy widziała pani maszyny?
- Proszę pana, ja wiem, że pan nie ma prawa powiedzieć i my do pana o to żalu nie mamy. Ale my wiemy. My wszystko wiemy.
- Czy pani naprawdę nie widziała maszyn? - pytam raz jeszcze.
- Proszę pana, a te okrągłe okienka, to one nie do wiosłowania, co?
Podczas jednej podróży z Konstancy do Jaffy, po minięciu przylądka Cape Papas na wyspie Ikarii, uderzył w nas świeży powiew wiatru. W tym momencie schodziłem właśnie z trapu prowadzącego na pokład szalupowy. Na mój widok jeden z pasażerów odłożył czytaną książkę, zerwał się z leżaka i podszedł do mnie.
- Proszę pana - powiedział. - Jaki to wiatr teraz wieje? Czy to Zefirek?
Z doświadczenia wiedzieliśmy, że nigdy nie należy na statku psuć pasażerom nastroju przez nieprzemyślane zaprzeczanie temu, co sobie uroili, jeśli to - oczywiście - nie mogło zaszkodzić. Zwłaszcza obecnym naszym pasażerom, żyjącym w epoce biblijnej i mówiącym zmartwychwstałą hebrajszczyzną, należało bezwzględnie przytaknąć skwapliwie.
Wobec tego, że nie mogłem pytającemu pasażerowi dać odpowiedzi twierdzącej, musiałem ją potraktować wymijająco dostosowując przynajmniej do epoki, w której znajdował się dzięki swej wyobraźni.
- Jest to brat Zefirka, Euros. Obaj są synami tytana Astajosa i Jutrzenki Eos - odpowiedziałem.
Pytanie pasażera i udzielona mu odpowiedź przeniosły mnie myślą o wiele wieków wstecz, na triremę płynącą do Rzymu. Jedzie na niej delegacja Judei oddać hołd Cezarowi. Po przybyciu do Rzymu, gdy delegacja wejdzie do sali audiencjonalnej, będzie musiała paść na kolana przed majestatem Cezara. Judejczykom zabrania tego ich religia. Nie wolno korzyć się przed kimkolwiek poza Jehową. Toteż w momencie gdy Cezar zjawi się na sali, mądry rabbi - przełożony delegacji - opuści drobny pieniążek na marmur posadzki, a cała delegacja jak na komendę rzuci się na kolana, by szukać z zapałem zgubionej przez patriarchę monety.
Wśród delegacji wszystkich podbitych narodów imperium Cezar nie widział żadnej innej, która by tak skwapliwie i tak nisko biła mu czołem.
Płynęła z nami Hanka Ordonówna. Pasażerowie szaleli słuchając jej opowiadań o mądrym rabinie i jego malutkim uczniu, który pytał się o wszystko swego mistrza:
- Powiedz, mi, rabbi, jaką herbatę pije kroi?
- Bierze się głowę cukru - mówi rabbi - drąży się w niej dziurkę wielkości naparstka i wlewa się do niej herbatę. Gdy się już dobrze osłodzi, taką herbatę pije król.
- Rabbi, rabbi - szepce uradowany uczeń. - A powiedz mi, jakie ziemniaki je król?
- Buduje się ścianę z masła - odpowiada rabbi. - Nabija się armatę ziemniakiem. Król siada na tronie poza ścianą z masła, naprzeciwko armaty. Potem żołnierze strzelają z armaty. Ziemniak leci przez całą ścianę masła i wpada w same usta króla.
- Uj, rabbi, rabbi - jęczy zachwycony malec. - A powiedz mi, rabbi, jak śpi król?
- Buduje się ogromną wieżę. Ogromną. W wieżę sypie się pierze, sypie, sypie, aż cała wieża jest zasypana. Wtedy bierze się króla i kładzie na tym puchu. Całe wojsko, z całego królestwa przychodzi pod wieżę i stojąc pod nią powtarza cały czas: SZA! SZA! SZA!.
Był piątek wieczór. Nadchodził szabas. Czas zapalania świec szabasowych. O której godzinie należy zapalić świece?
Problem ten rozwiązał Talmud w taki sposób: Należy zapalić świece, gdy ukażą się gwiazdy. Ile gwiazd musi być widocznych? Jeżeli widać jedną gwiazdę, to nie są to „gwiazdy”. Jeśli widać dwie gwiazdy, a pierwsza się nie liczyła, to znaczy, że widać tylko jedną gwiazdę. Jeśli widać trzy gwiazdy, to znaczy, że widać dwie gwiazdy, czyli widać „gwiazdy” i wtedy można zapalić świece szabasowe.