Выбрать главу

- Dopiero teraz pardessy i winnice założone w Pale­stynie, wraz z uzyskaniem widoków na wskrzeszenie Ju­dei, zapoczątkowały masową emigrację z całego świata do Ziemi Obiecanej. A jak jest obecnie, sam pan widzi - za­kończył swój wywód młody tallyman.

Po chwili dodał:

- A wie pan, co jest dla mnie najmilszą rozrywką w tej nudnej, beznadziejnej i jałowej pracy tallymana?

Wyciągnął z kieszeni kurtki małą, w piękną skórę opra­wioną książeczkę:

- Właściwie to nie potrzebuję jej czytać, bo ją umiem całą na pamięć. Lubię natomiast patrzeć na te słowa oczami. Odnoszę zawsze wtedy takie wrażenie, jak gdy­ bym je czytał po raz pierwszy...

Otworzył jednak książeczkę i przeczytał: „...I przenoś moją duszę utęsknioną, do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych...”

- Ja jestem stamtąd - dodał.

* * *

Od godziny zerowej mam wachtę na Morzu Lewantyńskim. Idziemy po jasnej smudze roztopionego księżycowe­go srebra. Kurs nasz w tej chwili prowadzi prosto na księżyc. Taka noc rozmarzy każdego...

Na mostek wchodzi nieśmiało młoda para. Ona, bar­dzo rozmarzona, pyta:

- Proszę pana, czy my możemy tu postać? Tutaj jest bardzo ładnie.

Zasadniczo na mostku nie może przebywać nikt z pa­sażerów, ale rzeczywiście w tej chwili widok na księżyco­wą drogę jest stąd najpiękniejszy.

- Proszę bardzo - odpowiadam.

Stoją wpatrzeni w jasną smugę, po której posuwa się statek. Godzina druga. Zmieniają się sternicy. Sternik schodzący zdał mi kurs. Ośmielona tym ruchem para przybliża się do mnie. Coraz bardziej są zachwyceni księ­życem i srebrną drogą. Naraz słyszę zdanie zwrócone do mnie:

- Panu tu dobrze - mówi ona.

Po wielu rejsach na tej samej linii rozumie się już pasa­żerów.

- A komu jest źle? - odpowiadam pytaniem.

- Tym na dole, co wiosłują.

Nie wierzę własnym uszom.

- Kto wiosłuje? - pytam. - Co pani mówi? Nie ro­zumiem.

- Proszę pana, my tu wszystko wiemy. My wiemy, jak panowie ich męczą i biją. My wszystko wiemy. My wszystko widzieliśmy w kinie...

Ubawiony pytam się:

- Czy widziała pani maszyny?

- Proszę pana, ja wiem, że pan nie ma prawa powie­dzieć i my do pana o to żalu nie mamy. Ale my wiemy. My wszystko wiemy.

- Czy pani naprawdę nie widziała maszyn? - pytam raz jeszcze.

- Proszę pana, a te okrągłe okienka, to one nie do wiosłowania, co?

* * *

Podczas jednej podróży z Konstancy do Jaffy, po minię­ciu przylądka Cape Papas na wyspie Ikarii, uderzył w nas świeży powiew wiatru. W tym momencie schodziłem właśnie z trapu prowadzącego na pokład szalupowy. Na mój widok jeden z pasażerów odłożył czytaną książkę, ze­rwał się z leżaka i podszedł do mnie.

- Proszę pana - powiedział. - Jaki to wiatr teraz wieje? Czy to Zefirek?

Z doświadczenia wiedzieliśmy, że nigdy nie należy na statku psuć pasażerom nastroju przez nieprzemyślane za­przeczanie temu, co sobie uroili, jeśli to - oczywiście - nie mogło zaszkodzić. Zwłaszcza obecnym naszym pasa­żerom, żyjącym w epoce biblijnej i mówiącym zmar­twychwstałą hebrajszczyzną, należało bezwzględnie przy­taknąć skwapliwie.

Wobec tego, że nie mogłem pytającemu pasażerowi dać odpowiedzi twierdzącej, musiałem ją potraktować wymi­jająco dostosowując przynajmniej do epoki, w której znajdował się dzięki swej wyobraźni.

- Jest to brat Zefirka, Euros. Obaj są synami tytana Astajosa i Jutrzenki Eos - odpowiedziałem.

Pytanie pasażera i udzielona mu odpowiedź przeniosły mnie myślą o wiele wieków wstecz, na triremę płynącą do Rzymu. Jedzie na niej delegacja Judei oddać hołd Ceza­rowi. Po przybyciu do Rzymu, gdy delegacja wejdzie do sali audiencjonalnej, będzie musiała paść na kolana przed majestatem Cezara. Judejczykom zabrania tego ich reli­gia. Nie wolno korzyć się przed kimkolwiek poza Jeho­wą. Toteż w momencie gdy Cezar zjawi się na sali, mądry rabbi - przełożony delegacji - opuści drobny pieniążek na marmur posadzki, a cała delegacja jak na komendę rzuci się na kolana, by szukać z zapałem zgubionej przez patriarchę monety.

Wśród delegacji wszystkich podbitych narodów impe­rium Cezar nie widział żadnej innej, która by tak skwap­liwie i tak nisko biła mu czołem.

* * *

Płynęła z nami Hanka Ordonówna. Pasażerowie szaleli słuchając jej opowiadań o mądrym rabinie i jego malut­kim uczniu, który pytał się o wszystko swego mistrza:

- Powiedz, mi, rabbi, jaką herbatę pije kroi?

- Bierze się głowę cukru - mówi rabbi - drąży się w niej dziurkę wielkości naparstka i wlewa się do niej herbatę. Gdy się już dobrze osłodzi, taką herbatę pije król.

- Rabbi, rabbi - szepce uradowany uczeń. - A po­wiedz mi, jakie ziemniaki je król?

- Buduje się ścianę z masła - odpowiada rabbi. - Nabija się armatę ziemniakiem. Król siada na tronie poza ścianą z masła, naprzeciwko armaty. Potem żołnierze strzelają z armaty. Ziemniak leci przez całą ścianę masła i wpada w same usta króla.

- Uj, rabbi, rabbi - jęczy zachwycony malec. - A powiedz mi, rabbi, jak śpi król?

- Buduje się ogromną wieżę. Ogromną. W wieżę sypie się pierze, sypie, sypie, aż cała wieża jest zasypana. Wtedy bierze się króla i kładzie na tym puchu. Całe wojsko, z całego królestwa przychodzi pod wieżę i stojąc pod nią powtarza cały czas: SZA! SZA! SZA!.

* * *

Był piątek wieczór. Nadchodził szabas. Czas zapalania świec szabasowych. O której godzinie należy zapalić świe­ce?

Problem ten rozwiązał Talmud w taki sposób: Należy zapalić świece, gdy ukażą się gwiazdy. Ile gwiazd musi być widocznych? Jeżeli widać jedną gwiazdę, to nie są to „gwiazdy”. Jeśli widać dwie gwiazdy, a pierwsza się nie liczyła, to znaczy, że widać tylko jedną gwiazdę. Jeśli wi­dać trzy gwiazdy, to znaczy, że widać dwie gwiazdy, czyli widać „gwiazdy” i wtedy można zapalić świece szabaso­we.