Zgodnie z Talmudem nikomu nie wolno podczas szabasu przebywać poza granicami domostwa. Ale co zrobić, jeśli statek jest w drodze i nadchodzi szabas? Nie wolno przecież łamać przepisów Talmudu.
Na szczęście płynął kiedyś na „Polonii” mądry rabbi i on to znalazł sposób na rozwiązanie tego trudnego problemu: wystarczy jeśli gmina zakupi statek, a wszyscy podczas szabasu będą w domu.
Interes ten ubił z pierwszym oficerem koszer statkowy, kucharz kuchni koszernej dla tych, którzy bali się strefnić. Pierwszy oficer kilkanaście razy „sprzedał” już „Polonię”, biorąc za każdym razem dziesięć groszy od rabina i przedstawicieli gminy.
Tego popołudnia delegacja „kupująca” statek pomyliła kabiny. Zamiast do kabiny należącej do pierwszego oficera - z bakburty, zapukała do kabiny kapitana - ze sterburty.
Delegacja puka do drzwi. Tałmud mówi, że pukać trzeba zawsze, bo Pan Bóg, chociaż wiedział, gdzie Adam jest w raju, to jednak zapytał: Adamie, gdzie jesteś?
Przez cienkie drewniane ścianki kabin słychać doskonale rozmowę:
- Proszę pana, proszę pana!
- Znaczy, co takiego?
- My przyszliśmy kupić „Polonię”.
- Znaczy, jak to kupić „Polonię”?
- Proszę pana, my zawsze kupujemy „Polonię”.
- Znaczy, ja nie rozumiem. Jak to panowie ZAWSZE kupują „Polonię”? Znaczy, coś można tylko raz kupić.
- Proszę pana, pan tego nie rozumie? Za każdym razem jedzie ktoś inny, to za każdym razem musi kto inny ją kupować. To myśmy przyszli jak zawsze ją kupić. Dla tych innych.
- Znaczy, ja już nic nie rozumiem. Znaczy, dlaczego panowie muszą kupować „Polonię”?
- Czy pan chce dzisiaj więcej pieniędzy? Nam powiedzieli, że pan zawsze ją nam sprzedaje za dziesięć groszy. Teraz pan chce więcej?
- Znaczy, jakie dziesięć groszy? Znaczy, co panowie mówią? Znaczy, dlaczego panowie muszą kupować „Polonię”?
- Proszę pana, my nie możemy podczas szabasu być w drodze. Jak my kupimy „Polonię”, to my będziemy wszyscy w domu. Dlaczego pan dzisiaj nie chce nam jej sprzedać?
- Znaczy,panowie oszukujecie swego Pana Boga wszyscy chcecie, żebym ja go z wami oszukiwał? Jak panowie śmią mnie namawiać do oszukiwania Pana Boga?
- Uj, jak pan dużo o sobie myśli. Pan Bóg nie ma nic lepszego do roboty, tylko pilnować, co pan robi. Ja jeszcze takiego zarozumiałego człowieka nie widziałem!
- Znaczy, proszę stąd wyjść! Znaczy, natychmiast! Jeżeli panowie chcą oszukiwać swego Pana Boga, to, znaczy, nie ze mną. Znaczy, panowie zrozumieli? Znaczy, jeszcze raz proszę natychmiast wyjść!
Słysząc podniesiony głos kapitana pośpieszyłem mu z pomocą. Wiedziałem, że nie potrafi dać sobie rady z delegacją, która MUSI kupić dzisiaj statek.
Odprawiłem przedstawicieli gminy we właściwym kierunku. Wzburzone głosy delegacji oddalały się bardzo wolno.
Kapitan, który pierwszy raz zetknął się ze sprawami znanymi nam na pamięć, nie mógł jeszcze ochłonąć i powiedział do mnie znacznie więcej słów niż zazwyczaj:
- Znaczy, rozumie pan? Znaczy, ktoś im sprzedaje „Polonie” w każdym rejsie, za dziesięć groszy. Znaczy, ja o niczym nie wiem. Znaczy, myśleli, że ja chce im teraz cenę podnieść. Znaczy, rozumie pan, ja im powiedziałem, że jeżeli chcą oszukiwać swego Pana Boga, to niech go oszukują beze mnie. Znaczy, wie pan, co mi rabin powiedział? Znaczy, że Pan Bóg nie ma nic pilniejszego do roboty, jak przypatrywać się temu, co ja robię. Znaczy, rozumie pan? Znaczy, powiedział, że ja jestem ZAROZUMIAŁY.
DUCHY
Po wyjściu wieczorem z Aleksandrii „Polonia” szła kursem, który miał nas doprowadzić do Krety, a następnie do Pireusu. Była godzina dwunasta w nocy. Zdałem wachtę swemu następcy, podpisałem dziennik okrętowy i raz jeszcze sprawdziłem pozycję na mapie z zapisem w dzienniku. Teraz czekała mnie jeszcze tylko jedna czynność służbowa: nocna inspekcja naszego transatlantyku. Zabrałem z mostku swoją olbrzymią latarkę elektryczną i ruszyłem w obchód.
Inspekcje takie nie były miłe szczególnie na burzliwym Północnym Atlantyku - z powodu choroby morskiej, która męczyła wielu pasażerów - ale i na tej linii nie należały do przyjemności, zwłaszcza na statku zapełnionym do ostatniego miejsca w drodze do JafFy. Najmniejsze kołysanie zawsze „mobilizowało” amatorów choroby morskiej.
Dokładne obejście wszystkich sekcji pomieszczeń pasażerskich oraz zakamarków, w których mógł być zaprószony ogień, zabierało wiele czasu. Pożar był naszym najgroźniejszym wrogiem. Smuga światła elektrycznej latarki szukała nie dogaszonych niedopałków papierosów rzucanych bezmyślnie przez pasażerów. Każdy podejrzany zapach dymu musiał być sprawdzony, a jego źródło wykryte. Co dwie godziny, od dwudziestej drugiej począwszy, cały statek był kontrolowany przez asystenta pokładowego w czasie trwania wa_chty oraz przez oficera - po wachcie. Od godziny szóstej rano obowiązek pilnowania bezpieczeństwa spadał na ochmistrzów poszczególnych sekcji. O jedenastej wszystkie pomieszczenia statku „nawiedzane” były przez groźną inspekcję - składającą się z pierwszego oficera, pierwszego mechanika, lekarza okrętowego, intendenta i pierwszego ochmistrza - prowadzoną przez samego kapitana. Do tej godziny należało doprowadzić statek do idealnego stanu czystości i takim musiał on pozostać do następnej inspekcji.
Na nocne obchody udawaliśmy się bez specjalnego zapału. Każdy marzył już o wygodnej koi w swej kabinie. I tym razem wędrowałem bez entuzjazmu przez pomieszczenia, machinalnie świecąc latarką po kątach. W podróży tej mieliśmy stosunkowo mało pasażerów. Zarówno na morzu, jak i w kabinach panowała niczym nie zmącona cisza. Wnętrze statku błyszczało od lakierów. W wysłanych dywanami korytarzach unosił się zapach perfum i wody kolońskiej.
Wszedłem na najniższy pokład sekcji pasażerskich. Wszędzie wzorowy porządek i cisza. Nagle drzwi w korytarzu z lewej strony otworzyły się i z kabiny wyskoczyła pasażerka. Biegła szybko korytarzem w moim kierunku, zaciskając narzucony w pośpiechu szlafroczek. Na nogach miała tylko pończochy. W szeroko otwartych oczach widać było przerażenie. Dopadła do mnie i wyszeptała: