Выбрать главу

Jeśli było silne kołysanie, to chodzenie po statku stawa­ło się bardzo uciążliwe. W wypadku gdy w którejś sekcji pozostawała pusta kabina, to stróż nocny - jeśli się w niej położył - zadawał sobie tyle tylko fatygi, by raz na godzinę lub dwie odbić numer klucza umieszczonego w korytarzu danej sekcji.

We wszystkich takich wypadkach stróż nocny bywał przekonany, że oszukuje trzeciego oficera lub któregoś z nas, jeśli go zastępował. Nie zdawał sobie sprawy, że sam na siebie pisze oskarżenie. Zabawa taka nie trwała jednak nigdy zbyt długo. Kończyła się z chwilą, gdy stróż nocny nabierał przekonania, iż nawigatorzy są wszechwiedzący. Zaczynał się wtedy starać u ochmistrzów lub mechaników o pracę w ich dziale.

Utrapieniem natomiast stawał się człowiek, który nie potrafił nic więcej, jak tylko przekręcać klucze w dziurce zegara. „Trzeci” nie mógł stale tolerować nieprawidłowe­go pełnienia służby. Natomiast stróża nocnego, jeśli nie miał widoków na otrzymanie innej pracy, do szału dopro­wadzała konieczność chodzenia noc w noc po statku i przekręcania kluczy. Gniew swój przelewał najpierw na trzeciego oficera, a z kolei na wszystkich oficerów pokła­dowych, widząc w nich swych zaciekłych wrogów. Koń­czyło się to na spisaniu ze statku człowieka, który odcho­dził z vendettą korsykańską w sercu do całego pokładu w ogóle, a do oficerów nawigacyjnych z „trzecim” na czele - szczególnie.

* * *

Któregoś dnia kapitan ze szczęką wskazującą na „sztorm” poprosił nas do siebie do kabiny. Nas, to zna­czy oficerów pokładowych.

- Znaczy, może panowie pozwolą do mnie i wytłuma­czą mi, co mam o tym myśleć. Znaczy, otrzymałem list od dyrektora naczelnego z Warszawy.

W kabinie poprosił nas, byśmy usiedli, wyjął z teczki list i zaczął czytać:

- „...Oficerowie pokładowi sprowadzają do swych ka­bin kobiety i fotografują je nago w koi...”

Przestał czytać i badawczo patrzył, jakie to wywarło na nas wrażenie,

- Ależ to ja, panie kapitanie - zawołał jeden z nas.

- Pan? - zdziwił się kapitan. - Znaczy, pan parę miesięcy temu się ożenił?!

- Tak, panie kapitanie. Jeśli pan kapitan pamięta, dyrektor Plinius pozwolił mi zabrać w jeden rejs żonę. Żo­na, chcąc dać rodzicom pojęcie o tym, jak wygląda życie nasze na statku, prosiła, bym ją sfotografował w kabinie, na pokładzie, w salonie. Poprosiłem fotografa statkowego do kabiny, by zrobił kilka zdjęć żony w koi i przy biurku. Fotografie te żona wysłała rodzicom.

Kapitan nic na to nie odpowiedział, lecz czytał dalej:

„...Oficerowie pokładowi biegają na czworakach pod kabinami pasażerek i szczekają jak psy...”

- A to ja, panie kapitanie! - zawołałem.

Kapitan, którego kiedyś słyszałem mówiącego, że stara się stosować w życiu wskazówkę Pitagorasa, zapomniał widocznie o niej, bo spytał mnie głosem pełnym zdziwie­nia:

- Znaczy, jak to pan?!

- To jest długa historia, panie kapitanie, będę starał się ją możliwie jak najbardziej skrócić. W Jaffie żyje stary zdziecinniały forman, hadżi Mustafa, przyjaciel jednego z zarządzających sztauerami. Mustafa przyjeżdża na statek z przyzwyczajenia, bo nie ma co robić, i ze wszystkimi się kłóci. Gdy hadżi Mustafa zjawi się na statku, awantura nieunikniona. Sztauerzy go nienawidzą, ale boją się jego przyjaciela. Pewnego razu Mustafa kłócił się z właścicie­lem barki. O co? Nikt nie wiedział. Hadżi Mustafa bez kłótni nie mógł żyć. Od godziny już się kłócili. Właściwie charczeli na siebie. Nikt nie pracował, wszyscy się przy­ słuchiwali temu, co na pokładzie krzyczał hadżi Mustafa i ten drugi na barce. Nagłe właściciel barki wdrapał się szybko po linie na pokład i, naśladując warczenie psa, ugryzł Mustafę w brzuch, po czym zaczął szczekać za­wzięcie. Przerażony hadżi Mustafa pognał do trapu jak szalony. Zarządzający sztauerami wyjaśnił, że Mustafa odbył nakazaną przez Koran pielgrzymkę do Mekki, przez co zyskał tytuł hadżiego. W czasie tej pielgrzymki został napadnięty kilka razy przez psy i teraz panicznie się ich boi... Podczas jednego z naszych postojów w Jaffie znów przyjechał na statek hadżi Mustafa i rozpoczął kłótnię ze sztauerami. Sztauerzy naturalnie przestali pra­cować. Ponieważ chcieliśmy przed zachodem słońca ko­niecznie przejść do Hajfy, by nie stać w nocy na redzie, lecz wejść do portu i spać spokojnie, doszedłem do wniosku, że trzeba coś tu zrobić. Gdy hadżi Mustafa był obrócony do mnie plecami, stanąłem szybko na czwora­kach i zaszczekałem. Efekt był ponad najśmielsze oczeki­wania: hadżi Mustafa rzucił się do trapu. Przyznaję, że nerwowo nie wytrzymałem i na czworakach pognałem za hadżim, szczekając wesoło. Mustafa nawet się nie obej­rzał, zbiegł z trapu do motorówki i odjechał na ląd... Pa­sażerów na statku nie było, tylko jedna stewardesa, wyjrżała przez bulaj na pokład spacerowy, po którym goni­łem hadżiego. Sztauerzy zabrali się szybko do pracy, tak że zdążyliśmy jeszcze przed wieczorem przycumować do kei w Hajfie.

Kapitan patrzył na mnie tak, jak gdyby pierwszy raz mnie zobaczył w życiu.

- Znaczy, panowie naturalnie, jak zawsze, wszystko wiedzą. Ale, znaczy, skąd wie o tym wszystkim dyrekcja w Warszawie?

- Duchy! - odpowiedzieliśmy wszyscy jak na ko­mendę.

- Znaczy, jak to duchy?!

- To przedostatni nocny stróż, panie kapitanie. Ten, którego trzeba było zwolnić - wyjaśniliśmy.

- Znaczy, panowie znów zaczynają tak mówić, że pa­nów nie można zrozumieć.

- Każdy z nas zdawał sobie sprawę z niemożliwości za­poznania kapitana w paru słowach z naszymi wielkimi osiągnięciami w dziedzinie odczytywania przebiegu służby stróża nocnego z szeregów cyfr wyciśniętych na papiero­wym krążku umieszczonym w zegarze. Poza tym kapitan brzydził się słuchaniem plotek okrętowych i nikt nie śmiał mu ich opowiadać. No, ale co było robić:

Panie kapitanie, gdy stróż nocny pytał nas, kto do­niósł na niego, że grał w karty z palaczami, mówiliśmy mu zawsze, że to duchy.