Jeśli było silne kołysanie, to chodzenie po statku stawało się bardzo uciążliwe. W wypadku gdy w którejś sekcji pozostawała pusta kabina, to stróż nocny - jeśli się w niej położył - zadawał sobie tyle tylko fatygi, by raz na godzinę lub dwie odbić numer klucza umieszczonego w korytarzu danej sekcji.
We wszystkich takich wypadkach stróż nocny bywał przekonany, że oszukuje trzeciego oficera lub któregoś z nas, jeśli go zastępował. Nie zdawał sobie sprawy, że sam na siebie pisze oskarżenie. Zabawa taka nie trwała jednak nigdy zbyt długo. Kończyła się z chwilą, gdy stróż nocny nabierał przekonania, iż nawigatorzy są wszechwiedzący. Zaczynał się wtedy starać u ochmistrzów lub mechaników o pracę w ich dziale.
Utrapieniem natomiast stawał się człowiek, który nie potrafił nic więcej, jak tylko przekręcać klucze w dziurce zegara. „Trzeci” nie mógł stale tolerować nieprawidłowego pełnienia służby. Natomiast stróża nocnego, jeśli nie miał widoków na otrzymanie innej pracy, do szału doprowadzała konieczność chodzenia noc w noc po statku i przekręcania kluczy. Gniew swój przelewał najpierw na trzeciego oficera, a z kolei na wszystkich oficerów pokładowych, widząc w nich swych zaciekłych wrogów. Kończyło się to na spisaniu ze statku człowieka, który odchodził z vendettą korsykańską w sercu do całego pokładu w ogóle, a do oficerów nawigacyjnych z „trzecim” na czele - szczególnie.
Któregoś dnia kapitan ze szczęką wskazującą na „sztorm” poprosił nas do siebie do kabiny. Nas, to znaczy oficerów pokładowych.
- Znaczy, może panowie pozwolą do mnie i wytłumaczą mi, co mam o tym myśleć. Znaczy, otrzymałem list od dyrektora naczelnego z Warszawy.
W kabinie poprosił nas, byśmy usiedli, wyjął z teczki list i zaczął czytać:
- „...Oficerowie pokładowi sprowadzają do swych kabin kobiety i fotografują je nago w koi...”
Przestał czytać i badawczo patrzył, jakie to wywarło na nas wrażenie,
- Ależ to ja, panie kapitanie - zawołał jeden z nas.
- Pan? - zdziwił się kapitan. - Znaczy, pan parę miesięcy temu się ożenił?!
- Tak, panie kapitanie. Jeśli pan kapitan pamięta, dyrektor Plinius pozwolił mi zabrać w jeden rejs żonę. Żona, chcąc dać rodzicom pojęcie o tym, jak wygląda życie nasze na statku, prosiła, bym ją sfotografował w kabinie, na pokładzie, w salonie. Poprosiłem fotografa statkowego do kabiny, by zrobił kilka zdjęć żony w koi i przy biurku. Fotografie te żona wysłała rodzicom.
Kapitan nic na to nie odpowiedział, lecz czytał dalej:
„...Oficerowie pokładowi biegają na czworakach pod kabinami pasażerek i szczekają jak psy...”
- A to ja, panie kapitanie! - zawołałem.
Kapitan, którego kiedyś słyszałem mówiącego, że stara się stosować w życiu wskazówkę Pitagorasa, zapomniał widocznie o niej, bo spytał mnie głosem pełnym zdziwienia:
- Znaczy, jak to pan?!
- To jest długa historia, panie kapitanie, będę starał się ją możliwie jak najbardziej skrócić. W Jaffie żyje stary zdziecinniały forman, hadżi Mustafa, przyjaciel jednego z zarządzających sztauerami. Mustafa przyjeżdża na statek z przyzwyczajenia, bo nie ma co robić, i ze wszystkimi się kłóci. Gdy hadżi Mustafa zjawi się na statku, awantura nieunikniona. Sztauerzy go nienawidzą, ale boją się jego przyjaciela. Pewnego razu Mustafa kłócił się z właścicielem barki. O co? Nikt nie wiedział. Hadżi Mustafa bez kłótni nie mógł żyć. Od godziny już się kłócili. Właściwie charczeli na siebie. Nikt nie pracował, wszyscy się przy słuchiwali temu, co na pokładzie krzyczał hadżi Mustafa i ten drugi na barce. Nagłe właściciel barki wdrapał się szybko po linie na pokład i, naśladując warczenie psa, ugryzł Mustafę w brzuch, po czym zaczął szczekać zawzięcie. Przerażony hadżi Mustafa pognał do trapu jak szalony. Zarządzający sztauerami wyjaśnił, że Mustafa odbył nakazaną przez Koran pielgrzymkę do Mekki, przez co zyskał tytuł hadżiego. W czasie tej pielgrzymki został napadnięty kilka razy przez psy i teraz panicznie się ich boi... Podczas jednego z naszych postojów w Jaffie znów przyjechał na statek hadżi Mustafa i rozpoczął kłótnię ze sztauerami. Sztauerzy naturalnie przestali pracować. Ponieważ chcieliśmy przed zachodem słońca koniecznie przejść do Hajfy, by nie stać w nocy na redzie, lecz wejść do portu i spać spokojnie, doszedłem do wniosku, że trzeba coś tu zrobić. Gdy hadżi Mustafa był obrócony do mnie plecami, stanąłem szybko na czworakach i zaszczekałem. Efekt był ponad najśmielsze oczekiwania: hadżi Mustafa rzucił się do trapu. Przyznaję, że nerwowo nie wytrzymałem i na czworakach pognałem za hadżim, szczekając wesoło. Mustafa nawet się nie obejrzał, zbiegł z trapu do motorówki i odjechał na ląd... Pasażerów na statku nie było, tylko jedna stewardesa, wyjrżała przez bulaj na pokład spacerowy, po którym goniłem hadżiego. Sztauerzy zabrali się szybko do pracy, tak że zdążyliśmy jeszcze przed wieczorem przycumować do kei w Hajfie.
Kapitan patrzył na mnie tak, jak gdyby pierwszy raz mnie zobaczył w życiu.
- Znaczy, panowie naturalnie, jak zawsze, wszystko wiedzą. Ale, znaczy, skąd wie o tym wszystkim dyrekcja w Warszawie?
- Duchy! - odpowiedzieliśmy wszyscy jak na komendę.
- Znaczy, jak to duchy?!
- To przedostatni nocny stróż, panie kapitanie. Ten, którego trzeba było zwolnić - wyjaśniliśmy.
- Znaczy, panowie znów zaczynają tak mówić, że panów nie można zrozumieć.
- Każdy z nas zdawał sobie sprawę z niemożliwości zapoznania kapitana w paru słowach z naszymi wielkimi osiągnięciami w dziedzinie odczytywania przebiegu służby stróża nocnego z szeregów cyfr wyciśniętych na papierowym krążku umieszczonym w zegarze. Poza tym kapitan brzydził się słuchaniem plotek okrętowych i nikt nie śmiał mu ich opowiadać. No, ale co było robić:
Panie kapitanie, gdy stróż nocny pytał nas, kto doniósł na niego, że grał w karty z palaczami, mówiliśmy mu zawsze, że to duchy.