- Znaczy, skąd panowie wiedzieli, że grał w karty z palaczami?!
- W mesie palaczy jest kluczyk z numerem siódmym. Jeśli bił siódemkę przez trzy godziny, to znaczyło, że grał w karty z palaczami, panie kapitanie - staraliśmy się tłumaczyć jak najjaśniej i jak najszybciej.
- Znaczy, niech panowie zastanowią się. Tego, co panowie mówią w tej chwili, nikt nie zrozumie.
- Ale tak było, panie kapitanie. Gdyśmy stróżowi nocnemu o tym powiedzieli, sądził, że to na pewno Puchalski na niego doniósł ze złości, ponieważ przegrał dwadzieścia złotych. Ale myśmy mu oświadczyli, że to duchy.
- Znaczy, Puchalski to panom powiedział?
- A gdyśmy stróżowi powiedzieli, że spał w kabinie, to przyznał się i powiedział, że na pewno stewardesa Zośka na niego naplotkowała, bo się z nią pokłócił o śmieci...
- Znaczy, może tylko jeden z panów odpowie na moje pierwsze pytanie.
Nim zorientowałem się w sytuacji, kochani koledzy porwali się z miejsc, zasalutowali i zostawili mnie samego z grającymi w karty palaczami, z Puchalskim, który przegrał dwadzieścia złotych, ze stewardesą Zosią, ze stróżem nocnym i... z kapitanem.
- Znaczy, panowie usiłują mnie przekonać, że panowie z kartki wyjętej z zegara czytają, że stróż nocny gra w karty z Puchalskim lub że się kłóci ze stewardesą. Skąd panowie o tym wszystkim wiedzieli? Ktoś panom o tym mówił?
- Nikt, panie kapitanie, nie mówił. Tylko jak ten sam numer był bity na zegarze przez kilka godzin, to znaczy, że stróż nocny pozostawał przez cały ten czas w tym samym miejscu.
- Znaczy, ja to doskonale rozumiem. Tylko, że panowie cały czas mi tu mówią „bił siódemkę”, to znaczy, że grał w karty z Puchalskim.
- Panie kapitanie stróż nocny sam nam powiedział, że to pewnie Puchalski na niego doniósł, bo myślał, że stróż zajrzał mu w karty. Sam stróż nocny wyraził też przypuszczenie, że to stewardesa zemściła się na nim za to, iż jej zwrócił uwagę, bo korytarz był zaśmiecony papierami. Do wszystkich swych przewinień stróż nocny przyznawał się zawsze sam, gdy na podstawie odbitych na kartce cyfr określaliśmy mu, co robił w czasie służby. Wszystkie nasze przypuszczenia okazywały się słuszne. Usiłowania stróża nocnego, by nas oszukać, trwały zawsze dopóty, dopóki nie począł nas wszystkich uważać za „wtajemniczonych”. Wówczas zaczynał pełnić służbę bardzo pilnie, starając się jak najszybciej przenieść do załogi maszynowej lub hotelowej, bądź prosił o zwolnienie ze statku.
- Znaczy, zrozumiałem też, że aby panów zrozumieć, należy być wtajemniczonym. Znaczy, wobec tego musze sam siebie uważać za nie wtajemniczonego. Panowie zawsze coś takiego wymyślą, czego nikt nie może zrozumieć.
Kapitan jeszcze raz popatrzył na trzymany w ręku list naczelnego dyrektora. Szczęka kapitańska przesunęła się na „pogodę” i posłyszałem zbawcze:
- Znaczy, dziękuję panu. Znaczy, może pan odejść.
ICEBERG
Nie notowane przez nas jeszcze na tej linii upały rozpoczęły się po wyjściu „Polonii” ze Stambułu do Jaffy.
Dwa lata - z małymi przerwami na dokowanie statku - chodziliśmy już tutaj, ale takich upałów jeszcze nie było. Tylko kapitan, jak nam się wydawało, ich nie odczuwał. Może dlatego że wrócił właśnie z urlopowej podróży po pustyniach Małej Azji, Egiptu i Afryki, odbytej swoim samochodem marki Fiat. Po powrocie z tej podróży ujrzeliśmy go na nabrzeżu w Hajfie w kolonialnym kasku koloru khaki; był spalony na brąz wiatrami pustyni.
Teraz stał się jeszcze bardziej zahartowany na warunki atmosferyczne i jeszcze bardziej wymagający w sprawach przestrzegania dyscypliny i porządku na statku. Po przeżytych na pustyniach upałach, po strasznych gorących wiatrach chamsinach, obecne upały na morzu nie wydawały się robić na kapitanie najmniejszego wrażenia. Nie pozwolił sobie w ciągu całego dnia, podczas najgorętszych godzin, na rozpięcie chociażby jednego guzika, przy białym, nakrochmalonym mundurze. Podczas służby musieliśmy go naśladować, ale po wachcie odsyłaliśmy przemoczone potem mundury do pralni, a sami nago leżeliśmy w kabinach pod wentylatorami.
Surowa etykieta obowiązywała wszędzie na statku. Kapitan był stale zimny, zarówno w sposobie bycia, jak i w rozmowie z większością pasażerów. Najbardziej rozbawione towarzystwo w momencie zjawienia się w pobliżu kapitana stawało się poważne, przez co zyskał on sobie wśród pasażerów palestyńskiej linii przydomek „pływająca góra lodowa”, po angielsku iceberg.
Gdy dowiedzieliśmy się od intendenta o tym pseudonimie, najbardziej zachwycony był szósty oficer, który przetłumaczył ten przydomek na: „człowiek mrożący krew w żyłach”.
W miarę jak wzrastała na naszej linii liczba odbytych rejsów, utrwalała się nienaruszalność przyjętych zwyczajów. Każda godzina wyjścia z portu, każdy kurs stawały się czymś niezmiennym. Jeśli w czterdziestym rejsie ktoś chciał coś zrobić inaczej aniżeli to wykonywano poprzednio trzydzieści dziewięć razy, uważany był za człowieka, który popełnia niedorzeczność.
Od dwóch lat, przechodząc koło wyspy Ikarii, zmienialiśmy kurs o godzinie szesnastej na trawersie Cape Papas. Podobno jeden z papieży kiedyś odwiedził tę wyspę i wylądował na tym właśnie cyplu. Na pamiątkę tego wydarżenia skalisty skrawek nazwano Cape Papas - Przylądek Papieski.
Kapitan siedział na leżaku na mostku. Rozpostarte nad całym mostkiem tenty chroniły przed palącymi promieniami słońca, ale polewane wodą pokłady parowały tak, że mieliśmy złudzenie, iż znajdujemy się w tropikalnej dżungli lub za życia gotujemy się jak raki w ukropie. Żar był straszny. Liczyliśmy minuty do zdania służby i z podziwem przyglądaliśmy się kapitanowi, który czytał książkę. Wydawało się, że zupełnie nie odczuwał tej temperatury.
Gdy sternik wybił na dzwonie okrętowym godzinę wpół do czwartej, kapitan nagle wstał z leżaka, podszedł do relingu przed nadbudówką, gdzie znajdował się ster, i kazał wachtowemu oficerowi zmienić kurs tak, by przejść jak można najbliżej Papieskiego Przylądka. Ta nieoczekiwana zmiana kursu o pół godziny wcześniej niż zwykle była na mostku rewolucją. Od razu wszyscy pomyśleli o tym samym: kapitan został „tknięty” upałem!