Sternik, który otrzymał rozkaz zmiany kursu w innym miejscu i o innej godzinie, był wyraźnie przerażony owym poleceniem. Powtórzył głośno podany przez oficera kurs do sterowania, ale takim głosem, jak gdyby żądano od niego czegoś, co było zaprzeczeniem zdrowego rozsądku i co pociągnie za sobą w^ najbliższej przyszłości nieubłagane konsekwencje.
Po raz pierwszy przyglądaliśmy się Ikarii z tak niewielkiej odległości. Przez lornetki badaliśmy płowe, spalone żarem słonecznym skały.
O godzinie szesnastej starszy oficer ze zdumieniem przyjął nowy kurs statku. Sternicy zmienili się, komentując miedzy sobą z niezadowoleniem przedwczesną zmianę kursu. Gdy po zdaniu wachty szliśmy do mesy, gdzie było najchłodniej, na schodach wiodących z pokładu spacerowego na szalupowy, koło czwartej ładowni, zatrzymał nas lekarz okrętowy, który wyszedł ze swej kabiny mieszczącej się tuż przy tym trapie.
- Dlaczego tak wcześnie dzisiaj zmieniliście kurs? - zagadnął nas z niezadowoleniem. Doktor, chcąc zaakcentować swoją przynależność do nawigatorów, sam prowadził również nawigację. Nad biurkiem miał zawieszony mały kompas, a pod nim rozłożoną mapę całej trasy z wykreślonymi kursami.
Nie potrafiliśmy mu wytłumaczyć, co było przyczyną zmiany kursu.
Weszliśmy do kabiny doktora i zastaliśmy tam naszego intendenta okrętowego. Był to wielojęzyczny organ szczątkowy Det Óstasiatiske Kompagni, odziedziczony przez nas razem ze statkiem po Duńczykach. Mówił doskonale nie tylko po polsku, ale jeszcze kilkoma językami. Jedynie przy kapitanie «ie pamiętał żadnego z nich i z trudem bąkał coś, jak gdyby sam do siebie. Tylko szósty oficer bał się kapitana bardziej niż intendent. „Szósty”, jeśli kapitan zwrócił się do niego z zapytaniem, odchodził od zmysłów, intendent zaś jak mógł, tak unikał rozmowy z kapitanem.
Któregoś dnia intendent musiał o coś kapitana zapytać, zjawił się więc na mostku i ostrożnie wywołał jednego z nas za nadbudówkę, mówiąc:
- Słuchaj, ja chcę rozmawiać z kapitanem!
- Kapitan chodzi po mostku, to możesz z nim rozmawiać.
- Widziałem go, ale kapitan chodzi i myśli.
- Przecież każdy człowiek myśli - powiedział wywołany oficer, udając, że nie widzi przerażenia intendenta. A potem dorzucił niby nie rozumiejąc o co chodzi: - Nigdy nie będziesz się mógł rozmówić z kapitanem, bo on jeśli nie śpi, to na pewno myśli.
Intendent popatrzył przez bulaj w nawigacyjnej na kapitana i wyszeptał.
- No tak, masz rację, ale ja widzę, że kapitan myśli teraz bardzo głęboko!
A po chwili westchnąwszy dodał:
- ICEBERG!
Istał niezdecydowany.
Teraz w kabinie doktora intendent żartował i śmiał się wesoło. Nie mógł zrozumieć niepokoju doktora, który był bardzo niezadowolony z naruszenia bez żadnej przyczyny utrwalonego tradycją porządku i to w czterdziestym rejsie.
Tłumaczyliśmy zmianę kursu upałem lub nowo rozbudzoną po urlopie pasją kapitana do zwiedzania miejsc historycznych. Ale zgadzaliśmy się z doktorem, że nic dobrego to nam nie wróży.
Tymczasem oglądaliśmy z kabiny doktora „olbrzymie pole wyścigowe” znajdujące się na ogrodzonej łańcuchami powierzchni czwartej ładowni. Duszą tego hazardu końskiego był oficer zabawowy. Dwoił się i troił, byle pasażerowie zapomnieli o upale i zajęli się totalizatorem jak na prawdziwych wyścigach. Na różnokolorowych torach stały drewniane konie, posuwane przez stewardów pokładowych, którzy, pomagając oficerowi zabawowefnu, podszeptywali stojącym za ogrodzeniem pasażerom numery koni-faworytów, na jakie warto zaangażować poważne nawet sumy.
Przy stoliku ustawionym w pobliżu pola wyścigowego siedziała najładniejsza pasażerka, która widocznie udało się „zabawowemu” namówić do rzucania kości na poszczególne konie. Każdy koń posuwał się w kierunku mety o taką odległość, jaką wskazywała ilość punktów na wyrzuconych kostkach.
Tuż obok pola wyścigowego pomiędzy windą a ogrodzeniem z łańcuchów szła rura metalowa, którą doprowadzało się parę do windy ładunkowej. Rurę osłaniała z góry długa żelazna płyta oparta na trzydziestocentymetrowej długości nóżkach. Płyta miała chronić rurę przed uszkodzeniem podczas ładowania. Koło tej rury właśnie ustawiła się rodzina składająca się z ojca, matki i dwuletniego synka. Matka kupiła kilka biletów i oddała się całkowicie śledzeniu gonitwy drewnianych koni. Dzieciaka natomiast posadziła na żelaznej płycie.
W tym samym czasie elektryk postanowił sprawdzić przewód parowy windy, który podobno miał gdzieś przeciek, na tak zwanym „hajcerdeku”. Puścił więc parę, badając w ten sposób szczelność rury. Rura szybko się rozgrzała, a od niej rozgrzała się płyta i zaczęła lekko przygrzewać siedzącego na niej malca. Dzieciak poskarżył się matce, że jest mu gorąco. Dobra matka rozpięła nad nim parasolkę i zasłoniła dziecko przed palącymi promieniami słońca.
Pomimo panującego upału pasażerowie nabywali bilety, coraz więcej było pieniędzy w kasie, coraz większe możliwości dużej wygranej.
Chłopak denerwował się gorącem, matka totalizatorem. Dziecko, mimo rozpiętej nad nim parasolki, skarżyło się wciąż na gorąco. Matka pochłonięta grą uważała, że te narzekania przeszkadzają jej w uważnym śledzeniu przebiegu gonitwy. Przycisnęła więc malca mocniej do płyty, by siedział spokojnie. Chłopak nie przestał jednak popłakiwać i powtarzać:”Gorąco! gorąco!”
Wreszcie ojciec zdenerwował się, odebrał matce parasolkę i sam zasłonił dziecko przed słońcem, ponadto jeszcze mocniej przycisnął je do płyty, by nie przeszkadzało matce. Teraz chłopak zaczął już przeraźliwym głosem wołać: „Uj, gorąco, gorąco!”
Lament chłopca wyprowadził z równowagi stojących obok niego pasażerów, gdyż z powodu krzyku malca nie słyszeli numerów koni, podawanych przez oficera zabawowego i ilości punktów odczytywanych z rzucanych przez piękną pasażerkę kości. Pasażerowie rozpoczęli akcję uciszania dziecka. Wszyscy zgadzali się z chłopcem, że jest bardzo gorąco, i pomagali ojcu przyciskać dzieciaka do gorącej płyty i zasłaniać go przed słońcem. Przy tej czynności jeden z pasażerów potknął się i oparł o płytę. Natychmiast odskoczył od niej i zawołał: