- Potrzebujecie spalić dziecko żywcem? Płyta jest rozpalona!
Wówczas rodzice podnieśli straszny krzyk. Matka lamentowała:
- Całe dziecko moje jest spalone! Mój syneczek kochany!
Płakała głośniej od „spalonego” chłopca. Od matki głośniej krzyczał ojciec. Oficer zabawowy jednym susem skoczył do kabiny doktora i wywołał go na pokład.
Doktor wyszedł na pokład z monoklem w oku. Ponieważ nie śledził z nami okrętowych derby, w pierwszej chwili nie mógł się zorientować, o co właściwie chodzi? Kogo ratować? Kto jest upieczony? Krzyczała już nie tylko rodzina, ale i wszyscy bliżsi znajomi. Doktor zrozumiał, że narzekają na gorące słońce, a nie na rurę. Stał bezradny pośród rozkrzyczanych pasażerów. W tym, szalejącym od upału i lamentującym nad spalonym żywcem dzieckiem tłumie tylko jeden te stewardów pokładowych okazał przytomność umysłu. Nie namyślając się długo, wyrwał matce „spalone żywcem”„ dziecko i, by ułatwić oględziny, spuścił chłopakowi spodenki, następnie podsunął doktorowi do obejrzenia cztery zaróżowione literki.
Doktor poprawił monokl i jak zwykle, gdy się chciał czemuś przyjrzeć badawczo, wysunął naprzód dolne zęby, chowając za nie górną wargę. Obejrzał uważnie podsuniętą mu przez stewarda część ciała i stwierdził, że nic poważnego nie widzi. To powiedzenie 'doktora dotknęło matkę dziecka. Wyrwała malca stewardowi i pokazując wszystkim obecnym ową zaróżowioną część ciała krzyczała, że każdy może się naocznie sam przekonać, jak strasznie dziecko jej jest żywcem upieczone:
- Pan doktor tego przez jedno tylko szkło nie może dobrze widzieć. Przez jedno szkło takie spalone dziecko się nie ogląda! Jeśli pan doktor nie widzi, to potrzebuje założyć okulary do oglądania, a nie jedno szkiełko! Dziecko jest całe spalone i już nie będzie mogło nigdy siedzieć wygodnie! Mój biedny syneczek kochany!
Wszyscy pasażerowie byli po stronie matki. Wszyscy byli oburzeni na doktora, że przez jedno takie małe szkiełko ogląda dziecko i ocenia, czy jest spalone, czy nie.
Doktor szybko zabrał dziecko ze sobą do szpitala. Wysmarował je jakąś maścią i za chwilę chłopiec nie pamiętał już o niczym.
Pod wieczór upał na zewnątrz statku zelżał, ale wewnątrz było jeszcze bardziej gorąco. Żelazne burty i pokłady nagrzewały się przez cały dzień, wytwarzając wieczorem nieprawdopodobnie wprost wysoką 'temperaturę. Wentylatory mełły i wysuszały w salonach rozpalone powietrze, ale nic nie chłodziły. Przełknięcie ciepłego dania w tych warunkach było nie do pomyślenia.
Szef kuchni zdecydował się dać chłodnik litewski.
Pasażerowie ze strachem wchodzili do rozpalonej jadalni, pokrywając się natychmiast potem, pomimo że wszyscy przed obiadem kąpali się i przebierali. Przy stole kapitana usiadły dwie panie, które widocznie szczególnie silnie odczuwały dzisiejszy upał, przyszły więc do jadalni niezwykle lekko ubrane. Piersi przepasały jakąś improwizacją z kolorowego jedwabiu, na biodrach miały plażowe fantazje. Kapitan w wytwornym kołnierzyku krytycznym wzrokiem przyglądał się skąpo ubranym paniom.
Podano chłodnik.
Jedna z pań, na czekoladowo opalona brunetka o dużym biuście, sięgnęła sama po daleko od niej stojącą solniczkę. Skutek tego ruchu okazał się nieobliczalny. Biała, nieopalona pierś wysunęła się spod przepaski i jak dojrzały owoc spadła do talerza, rozpryskując chłodnik na wszystkie strony! Hebanowa piękność owinęła mokry biust serwetką i wybiegła z salonu.
Naoczni świadkowie niezdolni byli odtworzyć dokładnie tego, co nastąpiło potem przy kapitańskim stole. Entuzjazm, jaki ogarnął wszystkich siedzących, już miał się przekształcić w głośny śmiech, gdy jeden rzut oka na kapitana sparaliżował chęć ujawnienia radości. Na jego twarzy ani jeden muskuł nie zadrżał, nie przebiegł po niej żaden cień, który mógłby świadczyć, że zauważył coś niewłaściwego czy wesołego. Bił od niego chłód powagi i spokoju. Kapitan jadł dalej, bacznie przyglądając się współbiesiadnikom i pilnując się, by nie skończyć swego dania przed innymi; nie chciał zmuszać nikogo do pośpiechu. Stewardzi czekali na znak przyzwalający na sprzątanie talerzy.
W czasie tego obiadu panie znajdujące się przy kapitańskim stole wyglądały, jak gdyby dusiły się lub nie mogły złapać tchu. Panowie stale się krztusili i to tak mocno że im łzy napływały do oczu. Niektórzy wydawali dziwne dźwięki, jakby byli brzuchomówcami. Dwóch stewardów czyściło zalane chłodnikiem ubrania panów, sąsiadów hebanowej piękności. Splamiony obrus zakryto świeżą serwetką, jednak nieostrożna pani już na to miejsce nie wróciła.
Kapitan zdawał się nie dostrzegać tej całej krzątaniny i objawów tłumionej uciechy, podobnie jak nie dostrzegał upału.
Wszyscy starali się skończyć tego wieczoru obiad możliwie prędko. Nigdy jeszcze salon nie opustoszał tak szybko. Po wyjściu z salonu, znajdując się poza zasięgiem wzroku kapitana, pasażerowie zachowywali się jak małe dzieci. Podskakiwali z uciechy, wybuchali śmiechem trzymając innych w ramionach. Niektórym łzy leciały z oczu. Usiłowali opowiedzieć sobie przeżyte wrażenia i męki koniecznego hamowania wesołości. Ci, którzy nie wiedzieli dokładnie, co się stało, domagali się objaśnień, ale długo musieli czekać, zanim naoczni świadkowie zdołali się uspokoić. Od panów bardziej były rozbawione panie. Opierały się o reling, jak gdyby im sił zabrakło do przeżycia tego wypadku. Takiego szału radości nigdy jeszcze nie zanotowano na „Polonii”.
Kapitan z salonu natychmiast poszedł na mostek. Szczęka-barometr stała na HURRICANE - „huragan!” Za chwilę na trapie wiodącym na mostek ukazał się zapięty na ostatni guzik, opływający potem intendent. Kapitan na jego widok przeszedł do kabiny, za nim jak na ścięcie pomaszerował intendent. Przez o'twarte bulaje dochodziły na mostek urywki rozmowy:
- Znaczy, u pana dzisiaj wszystko nie w porządku! Znaczy, matka okrętowa! Znaczy, co ona robi u pana? Znaczy, dlaczego nie pilnuje dzieci? Znaczy, nikt dzieci na statku nie pilnuje! Znaczy, ja jestem zmuszony o tym panu przypominać.