Weselsze Birbante-rocca zdarzały się Hrabiemu, gdy statek stał na kotwicy (lub na cumach i na kotwicy), a komunikacja z lądem odbywała się przy pomocy motorówek okrętowych. Wówczas, jeśli nie było pasażerów, star: szy oficer wyznaczał niekiedy jako dowódcę motorówki Hrabiego. Motorówka szła na ląd wyłącznie z załogą. Hrabia dowodził asystentem maszynowym obsługującym motor i dwoma młodszymi marynarzami uzbrojonymi w kije z okuciem w kształcie haków. Groźne te kije zwano bosakami, a ludzi nimi operujących - bosakowymi. Jeden bosakowy pełnił służbę na dziobie, drugi na rufie.
Przy podchodzeniu motorówką do nabrzeża, gdzie pełno było widzów, asystent maszynowy sam regulował szybkość nie zważając na rozkazy Hrabiego, u którego teoria z praktyką najczęściej nie szła w parze. A bosakowi, nie czekając na komendę Hrabiego, łapali się wszystkiego, co się dało, byle nie narazić się na śmiech ludzi stojących na nabrzeżu. Po odbiciu od nabrzeża, w drodze powrotnej na statek, Hrabia wymawiał swej załodze niesubordynację obiecując wszystkim troskliwą pamięć na przyszłość, kiedy to będzie kapitanem. Ponadto w chwili obecnej, przy dobijaniu do statku, żądał bezwzględnego posłuszeństwa.
Toteż jeśli motorówka pod dowództwem Hrabiego została dostrzeżona ze statku, wszędzie słyszeć można było hasło:
- Birbante-rocca! Birbante-rocca!
Kto był wolny od pracy, spieszył na pokład, by popatrzeć na manewry motorówki.
Pierwsze podejście do trapu kończyło się zazwyczaj tym, że motorówka z szaloną szybkością mijała trap i zatrzymywała się na łańcuchu kotwicznym. Hrabia rozpoczynał manewr od początku. Zataczał koło, by się znaleźć koło rufy i dojść do trapu tak, żeby dziób motorówki był zwrócony w tę samą stronę co dziób statku. Przy rufie statku dawał rozkaz: „Stop!” i motorówka nie dochodząc do trapu zatrzymywała się. „Cała naprzód!” wołał rozjątrzony Hrabia do mechanika i motorówka z miejsca rwała naprzód. Krzyczał więc „Stop!” i znów był przy łańcuchu kotwicznym. Wtedy ponownie zaczynał zataczać koło, ale już ostrożnie. Ponieważ jednak cały był zatopiony w myślach o tym, kiedy dać rozkaz „Stop!”, zapominał o sterowaniu i wchodził pod rufę statku. Bosakowi zgodnie z pouczeniem Hrabiego czekali na rozkaz i dopiero wówczas zaczynali odpychać dziób motorówki, kiedy ta ustawiała się już rufą do odległego trapu. Cały manewr musiał zaczynać na nowo. Niekiedy Hrabia wychodził daleko w morze, czasami potrafił przejść nawet na tę stronę statku, z której nie było trapu. Zataczał wówczas olbrzymie koło i defilował przed całą załogą rozwieszoną z zachwytu na relingach.
Najwięcej emocji dostarczały te dobijania Hrabiego, podczas których na motorówce był kapitan.
Kapitan nigdy nie zwracał uwagi Hrabiemu na niewłaściwe sterowanie czy nieodpowiedni moment wydania tej czy innej komendy. W milczeniu uznawał w nim dowódcę jednostki i nie zdradzał swych uczuć i myśli nawet wyrazem szczęki. Dopiero na mostku, gdy znajdowali się sami, Hrabia bywał długo i bezskutecznie pouczany, jak należy manewrować.
Do szczególnie udanych Birbante-rocca należały te, kiedy to Hrabia, nie mogąc znaleźć odpowiednich komend dla bosakowych, a bojąc się o całość motorówki, zrywał się ze swego stanowiska przy sterze, zdejmował drążek do sterowania i trzymając go w garści jak maczugę, rzucał się ze strasznym, gardłowym krzykiem na dziób, by własną piersią zasłonić motorówkę i uchronić ją przed uderzeniem o trap lub burtę. Kapitan przyglądał się tym manewrom nawet z zainteresowaniem. Uważał pewnie, że czegoś podobnego nie mógłby zobaczyć nigdzie, może tylko na arenie cyrkowej, ekranie lub scenie. Nie wątpiliśmy, że kapitan obserwował Hrabiego jako coś niezwykłego.
Kiedyś w Hajfie jedna' z cum, stalowa lina z rufy, tak się obluzowała, że zwisała do wody. Trzeba było zbiegu okoliczności, że Hrabia wraz z dwoma młodszymi marynarzami i asystentem maszynowym wracali właśnie motorowka na statek; jednak dobijali do niego tak długo i zawile, aż osiedli na owej zwisającej, stalowej linie.
Przy „całej naprzód!” motorówka wynurzyła dziób wysoko z wody, motor warczał, a młodsi marynarze wpatrzeni zachwyconymi oczami w Hrabiego czekali na rozkazy.
- Cała wstecz! - krzyknął Hrabia. Sytuacja się zmieniła. Dziób motorówki zanurzył się, a rufa poszła w górę. Motor pracował, twarze marynarzy na motorówce wyrażały niekłamany zachwyt. U góry na relingach wisiała cała załoga wolna i nie wolna od zajęć.
- Birbante-rocca! Birbante-rocca! - patrzący łkali ze śmiechu i bezsilnie zwisali na relingach.
Gdy „manewry maszynami” nie odniosły pożądanego skutku, Hrabia kazał obu marynarzom skakać. Najpierw obaj skakali na dziobie, pytając od czasu do czasu, czy mają skakać wyżej czy niżej? Potem obaj skakali na rufie. Następnie skakał jeden na rufie, drugi na dziobie. Skakali z oczami wzniesionymi do góry, przyglądając się uwieszonej na relingach załodze. Nawet starszy oficer - o stosunkowo słabym w takich wypadkach poczuciu humoru - przyglądał się tym niespotykanym nigdzie na świecie i w żadnej marynarce podskokom i przez łzy podziwiał Birbante-rocca. Przypuszczalnie zabawa ta trwałaby znacznie dłużej, ale popsuł ją kapitan, który przysłał sternika z rozkazem podania motorówki pod trap, ponieważ chciał dostać się na ląd.
Starszy oficer natychmiast kazał popuścić obluzowaną stalową linę i krzyknął, by dobito do trapu. Motorówka znalazła się wreszcie przy trapie. Szóstego oficera starszy oficer zastąpił „piątym” i zakończył tak dobrze zapowiadające się widowisko.
Większość niepowodzeń Hrabiego miała swe źródło w panicznym lęku przed każdym pytaniem czy rozkazem kapitana. Jeśli kapitan zaczynał coś do Hrabiego mówić, ten wyprężał się jak rekrut zapominający, która noga jest lewa, a która prawa. Stał tak napięty, w przedziwnej czapce marynarskiej uszytej na zamówienie w rodzinnym mieście na południu Polski. Najbardziej dziwił daszek tej czapki. Był tak wielki, że czapka przypominała najlepszy model czapki ułańskiej. Spod tego ułańskiego daszka oczy Hrabiego śledziły ruchy szczęki kapitana.
Przerażenie paraliżowało zdolność logicznego myślenia Hrabiego. Czy kapitan jeszcze mówi, czy już skończył mówić - Hrabia tylko się domyślał. Gdy usta kapitana przestawały się poruszać, oczy Hrabiego wychodziły z orbit, a z gardła wydobywał się łamiący głos zarzynanego koguta: