- Tak jest, panie kapitanie!
Jednocześnie Hrabia przykładał dłoń do swego wspaniałego kawaleryjskiego daszka i bił głośno obcasami. Wyglądał wówczas jak gdyby czuł się adiutantem Napoleona, który w ogniu dział nieprzyjaciela ma dotrzeć z rozkazem do hen! stojącego pułku, zasypywanego gradem kartaczy. Następnie Hrabia „spinał konia”, to znaczy stawiał lewą nogę na krzyż przed nieruchomo zastygłą jeszcze - od stania na baczność czy ze strachu - prawą. Lewa noga zagradzała oczywiście swobodny ruch prawej, toteż Hrabia, usiłując jednocześnie ruszyć i prawą nogą, nagle z zamierającym ze strachu końcowym „panie kapitanie!” rozciągał się jak długi na pokładzie.
Kapitan, przyzwyczajony już do tego widoku, odchodził od leżącego na pokładzie „adiutanta” udając, że nie zauważył skutków pomieszania się hrabiowskich nóg. Jeśli na mostku oprócz kapitana był jeszcze w pobliżu któryś z oficerów, Hrabia „wyrywał” w bezpieczne miejsce, to znaczy takie, które znajdowało się poza zasięgiem kapitańskiego wzroku, i stamtąd rozpaczliwymi znakami starał się zwabić do siebie oficera. Skoro ten zbliżył się, Hrabia przerażonym jeszcze głosem pytał:
- Co kapitan kazał mi zrobić?
Owe niefortunne zakończenia rozmów z kapitanem, stale się powtarzające, musiały wreszcie znaleźć specjalną nazwę. Mówiono o nich w mesie jednym zwięzłym zdaniem: „Hrabia zrobił PYF!”
Po objęciu wachty na mostku Hrabia przez cztery godziny drżał na myśl, że kapitan może się zjawić i zapytać o tak straszne rzeczy, jak: zanurzenie statku na dziobie i rufie, siłę i kierunek wiatru, tendencje barometru, temperaturę powietrza i wody, prądy, które mogą być w tym miejscu i które są opisane w locji danego obszaru, charakterystykę świateł lub wygląd latarń, jakie mogą się ukazać podczas wachty, poprawkę na wiatr, Całkowitą poprawkę kompasu, głębokość morza w tym miejscu i tak dalej. Hrabiemu od tego wszystkiego mąciło się w głowie. Odchodził od zmysłów powtarzając sobie w myśli po kolei poszczególne wiadomości z tych dziedzin. Jeśli kapitan przyszedł na mostek i spytał na przykład o kurs, otrzymywał niespodziewaną wiadomość, że kurs ma trzy wybłyski w ciągu jednej minuty lub że się podnosi. Odpowiedź zależała od tego, co w danym momencie Hrabia sobie powtarzał.
System ten został jednak wkrótce przez Hrabiego zarzucony, ponieważ powodował znacznie gorsze nieporozumienia aniżeli zwykłe PYF. Nowy system polegał na tym, że na zadane pytanie Hrabia wyprężał się, robił z siebie adiutanta, piał „Tak jest, panie kapitanie!” i uciekał, dokąd oczy i nogi poniosą. Zazwyczaj przed samą ucieczką rozciągał się jak długi u stóp kapitana.
Pytania te jednak były jeszcze niczym w porównaniu z rozkazem zmierzenia sondą mechaniczną głębokości i dastania próbki dna. Przed wydaniem Hrabiemu tego rozkazu kapitan wtajemniczał w to przedsięwzięcie oficera wachtowego i dopiero poprzez niego rozkaz docierał do świadomości Hrabiego.
Sondowanie za pomocą sondy mechanicznej wyglądało w ten sposób, że spuszczano na cienkim drucie ciężarek z dowiązaną do niego rurką mosiężną, w którą wkładało się z kolei cienką rurkę szklaną, otwartą od dołu. W otwór ten wraz z wzrastającą głębokością wtłaczała się pod wpływem ciśnienia woda morska i odbarwiała w rurce czerwony chromian srebra. Ciężarek miał wgłębienie wypełnione łojeni, w które w chwili uderzenia sondy o dno wbijała się próbka dna. Czasem rodzaj dna był tak charakterystyczny, że można było na podstawie tej próbki w przybliżeniu określić pozycję. Sposób ten znali już Fenicjanie, którzy w wyprawach do Egiptu badali sondą deltę Nilu. Obecnie przyrządy do tego służące były bardziej skomplikowane niż u Fenicjan. Drut rozwijał się z bębna i przechodził przez osadzony na relingu krążek. Do zorientowania się czy sonda dosięgła dna, służył specjalny „pazur” w postaci zakrzywionego kawałka drutu, który trzymano pomiędzy bębnem a krążkiem. Pozwalało to wyczuć spadek napięcia na drucie. Skoro napięcie zmalało, a więc sonda dosięgła dna, wówczas należało wolno zahamować rozwijanie się drutu z bębna, tak by go nie zerwać. Potem przy pomocy włączonego motorka elektrycznego trzeba było drut nawinąć na bęben i nie pozwolić, by sonda po wyjściu z wody zahuśtała się i uderzyła o burtę, ponieważ kończyło się to strzaskaniem rurki. Ponadto nie można było pozwolić, by koniec sondy wlókł się po dnie, gdyż otrzymywało się wtedy zamazaną granicę odbarwienia w rurce.
Podczas sztormowej pogody, gdy rufę zalewała woda, cała sonda znajdowała się pod prądem i „kopała”. Dotknięcie hamulca takiej sondy pod prądem powodowało gwałtowne cofnięcie rąk, a drut z ciężarkiem i rurką uciekał za burtę. W takich wypadkach należało wyłączyć prąd i po zahamowaniu nawijać drut za pomocą rączek, które musiało obracać dwóch ludzi. Zazwyczaj oficerowi pomagali sternik i jeden z marynarzy wachtowych.
Wydobycie prawidłowo odbarwionej rurki i przyniesienie jej na mostek wraz z próbką dna było dla Hrabiego prawdziwą Birbante-rocca. Przeważnie przynosił na mostek tylko żałobną wiadomość, że ciężarek wraz z rurką i kilkuset sążniami drutu zostały pogrzebane na dnie morza.
Po oznajmieniu kapitanowi owej smutnej nowiny następowało znane Hrabiemu pytanie:
- Znaczy, kiedy się pan nauczy sondować?
Nieprzytomny ze strachu Hrabia niezmiennie od lat dawał tę samą odpowiedź:
- Tak jest, panie kapitanie!
Dalsze pytania i instrukcje kapitana nie dochodziły do świadomości Hrabiego. Starał się tylko o jedno. Wycofać się z zasięgu wzroku i głosu kapitana.
Sceny takie rozgrywały się najczęściej koło Grand Bank przed Nową Fundląndią, kiedyśmy pływali jeszcze na szlaku północnoatlantyckim.
Czasem Hrabia zwycięsko zdobywał pożądaną rurkę, przynosił ją na mostek i z triumfem wręczał kapitanowi. Mechanicy jednak twierdzili, że Hrabia miał pod poduszką całą kolekcję takich rurek, odziedziczonych po kolegach. Rurki owe były zaopatrzone w napisy na jakich głębokościach i w jakich okolicach pobrano daną próbkę dna. Mechanicy mówili też, że Hrabia w chwili gdy miał dokonać sondowania, szedł do swej kabiny, brał odpowiednią rurkę, zwilżał ją w wodzie i w stanie odświeżonym przynosił na mostek. Podobno dzięki tej kolekcji rurek pod poduszką Hrabia mógł wreszcie spać spokojnie.