Выбрать главу

Pozycje, które Hrabia wykreślał na mapie, według ka­pitana do niczego się nie nadawały:

- Znaczy, statek tam nigdy nie był i nie będzie!

W momencie gdy Hrabia znajdował się przy głównym kompasie, kapitan podszedł do drabinki i spytał:

- Znaczy, proszę pana, znaczy, jak wygląda latarnia Ras-el-Tin?

Hrabia przyłożył dwa palce do daszka swej kawaleryj­skiej czapy, trzasnął obcasami i zapiał:

- Tak jest, panie kapitanie!

- Znaczy, ja pana proszę, żeby mi pan powiedział, jak wygląda latarnia Ras-el-Tin, którą pan już kilka razy namierzał przed chwilą?

Hrabia znów przyłożył palce do daszka i strasznym głosem zawołał:

- Tak jest, panie kapitanie!

Następnie ruszył do drabinki, by zejść na dół, wpaść do nawigacyjnej, wyczytać w locji wygląd latarni i potem dać odpowiedź kapitanowi. Własnym oczom Hrabia nie wierzył.

Okazało się, że kapitan przewidział ten manewr Hra­biego, gdyż stanął jedną nogą na szczeblu drabinki i trzy­mając się rękami poręczy zagrodził mu drogę: , - Znaczy, jak to „tak jest”? Znaczy, ja się pana wy­raźnie pytam, jak wygląda latarnia Ras-el-Tin, którą pan przed chwilą namierzał siedem razy. Znaczy, jak ona wygląda? Znaczy, pan ją widzi? Znaczy, niech mi pan od­powie na pytanie, jak wygląda latarnia Ras-el-Tin?

Hrabia nie odejmował już dwóch palców od daszka swej wspaniałej czapki, prężył się jak automat i jak auto­mat mówił:

- Tak jest, panie kapitanie! Tak jest, panie kapitanie!

- Znaczy, ja nie rozumiem tego, co pan mówi. Zna­czy, pan przecież tę latarnię widzi i namierza. Znaczy, co pan namierza?

- Tak jest, panie kapitanie!

- Znaczy, pan widzi tę latarnię?

- Tak jest, panie kapitanie!

- Znaczy, ja żądam, żeby pan odpowiedział mi na py­tanie, jak wygląda latarnia Ras-el-Tin?

- Tak jest, panie kapitanie! - słabym już głosem mamrotał Hrabia.

Dwóch oficerów nawigacyjnych, zwolnionych przez le­karza z łóżka na cumowanie w Aleksandrii, przyglądało się w milczeniu zmaganiom kapitana z Hrabią. Kapitan nie spostrzegł stojących za nadbudówką oficerów i od­szedł na skrzydło mostku, dając tym samym możność Hrabiemu przedostania się do nawigacyjnej. Kapitan zdjął czapkę z głowy, złożył obie ręce na piersiach i wznosząc oczy do nieba powiedział:

- Chryste! Znaczy, cierpliwości!

ZNACZY, CO TO ZNACZY?

Lutowy sztorm srożył się na Morzu Czarnym, gdy koń­cząc nasz dwutygodniowy rejs znaleźliśmy się na wodach Konstancy.

Dotychczas tak długie i wysokie fale spotykaliśmy wy­łącznie na oceanach. Wschodni wiatr burzył wodę, for­mował z niej szeregi fal i gnał je od brzegów Kaukazu do szturmu na brzegi Rumunii. Czarne, kilkumetrowej wyso­kości góry o dymiących białych pióropuszach z hukiem podobnym do salw armatnich uderzały w falochrony Konstancy.

Mieliśmy na statku kilkuset pasażerów, wracających z pielgrzymki do Ziemi Świętej, oraz - jak zwykle - ładownie wypełnione po brzegi. Na pokładzie również znaj­dował się ładunek.

Zbliżyliśmy się na pół mili od wejścia do Konstancy. Kapitanat portu zawiadomił nas, że pilot nie może wyjść na nasze spotkanie. Szturm fal przybierał na sile.

Kapitan oglądał przez lornetkę wejście do portu długo i z taką uwagą, jak gdyby sam, bez pilota, miał zamiar wprowadzić „Polonię” do portu. Nie wierzyliśmy włas­nym uszom, gdy zarządził normalne stacje manewrowe, tak jak zawsze przed cumowaniem statku przy nabrzeżu. „Maszyna” została powiadomiona, że będą manewry ma­szynami. Na sterze stanął sternik manewrowy, Jan Domi­nik, któremu kapitan dał ścisłe wskazówki, jak ma stero­wać oraz kiedy może zaistnieć konieczność zawrócenia celem ponowienia próby wejścia do portu. Starszy mecha­nik otrzymał instrukcję, by na rozkaz „całą naprzód!” zwiększył szybkość do maksimum, innymi słowy, by gnał „co koń wyskoczy”.

Sztuka polegała na tym, że należało trafić pomiędzy główki wejściowe portu w momencie, gdy znajdzie się tam dolina fali. Przy dużej szybkości istniała szansa prześliznięcia się ową doliną pomiędzy górami wodnymi i na­rożnikami falochronów. Falochrony w tym momencie stawały się najbardziej groźne; właśnie o nie mogliśmy się roztrzaskać.

Pasażerowie zebrani na pokładzie widzieli, jak zbliżamy się do miejsca szturmu, i zdawali sobie sprawę, że za chwilę znajdziemy się w wirze najstraszniejszej dla każde­go statku walki.

Od momentu gdy „Polonia” ruszyła całą swą szybkoś­cią naprzód, kapitan zamienił się w aparat do liczenia. Musiał bezbłędnie ocenić zmieniającą się z każdą chwilą sytuację i zadecydować, czy ma zawrócić i rozpocząć na nowo cały manewr, czy iść naprzód. Musiał następnie wprowadzić statek z dokładnością co do ułamka sekundy w dolinę pomiędzy dymiące góry fal. Stał przy telegrafie maszynowym sam i trzymał zaciśnięte dłonie na jego rączkach. Czas stracony na wypowiedzenie rozkazu i po­wtórzenie go przez oficera nawigacyjnego mógł zaważyć na istnieniu statku i życiu setek ludzi.

„Polonia” szła do szturmu na śmierć i życie. Pierwszy raz znalazła się w sytuacji, w której zapas jej bezpieczeń­stwa zmalał do ułamków sekundy.

Dominikowi, stojącemu na sterze, kropelki potu wystą­piły na czoło pomimo przejmującego zimna. Wiedział, że musi wprowadzić statek w dolinę pomiędzy falami bliżej podwietrznej główki falochronu, co dawało „Polonii” miejsce na przesunięcie się w dolinie w stronę nawietrzną. Jeśli nie uda się trafić na ten moment, trzeba będzie na­tychmiast zawrócić pomagając sobie przy zwrocie maszy­nami. Sam ster może się okazać na tej olbrzymiej fali bezradny.

„Polonia” dochodzi do główek falochronu. Wokół niej zaczyna się piętrzyć olbrzymia, dymiąca góra wodna.

Krople potu na czole Dominika zmieniają się w duże strugi, które spływają mu po twarzy. Ale manewr prze­biega bezbłędnie. Jeszcze kilka długich sekund i statek „całą naprzód” wpada na spokojną wodę basenu porto­wego.

Rączki telegrafu maszynowego, przestawione przez ka­pitana na „całą wstecz”, hamują rozpędzoną Lux-Torpedę. „Polonia” z punktualnością takich słynnych pociągów:ekspresów jak „Błękitna Strzała” cumuje do nabrze­ża w Konstancy. Tutaj czekają już na pasażerów wagony międzynarodowych dalekobieżnych pociągów.