Выбрать главу

Wśród takiej pracy zeszedł nam czas do przerwy obia­dowej. Wpadłem do nawigacyjnej, by naostrzyć ołówki na specjalnej maszynce, umieszczonej na ścianie, która dzieliła nawigacyjną od kabiny kapitana. W nawigacyjnej zastałem drugiego oficera pochylonego, podobnie jak ja rano, nad dziennikiem okrętowym. Ucieszyłem się nie­zmiernie z możliwości natychmiastowego 'spłacenia poran­nego długu. Nie zważałem na to, że drzwi od kabiny ka­pitana były lekko uchylone i mógł on usłyszeć to, co się tu będzie działo za chwilę.

W momencie gdy podniosłem rękę, by z całej siły i z wielkim w tej dziedzinie doświadczeniem spłacić dług ho­norowy, drugi oficer, jak gdyby przeczuwając co go cze­ka, odwrócił głowę.

Obaj byliśmy zdumieni.

On widokiem mojej wzniesionej do uderzenia ręki, ja z tego powodu, że drugi oficer nie był drugim oficerem, lecz kapitanem. Kapitan i drugi oficer byli tego samego wzrostu i podobnej budowy.

Gdy powoli opuszczałem rękę, zdumiony kapitan zapy­tał:

- Znaczy, co to znaczy?

- Byłem dłużny drugiemu oficerowi salonowca, panie kapitanie - odpowiedziałem zmieszany.

- Znaczy, nie rozumiem o czym pan mówi?

- Pan kapitan nie wie, co to salonowiec? W Korpusie Gardemarinów pewnie tej gry nie znano? Bardzo przepra­szam.

- Znaczy, pan chciał mnie uderzyć?

- Gdyby pan kapitan się nie obejrzał, to pewnie by się tak stało. Ale...

- Znaczy, miałem jednak dzisiaj szczęście - przerwał mi kapitan. - Znaczy, panowie stale się tak bawią? - w głosie kapitana można było wyczuć silne zaniepokojenie.

- Nie, panie kapitanie - mówiłem bardzo zmieszany i jednocześnie uradowany, że kapitan zdążył w ostatniej chwili się obejrzeć - tylko dzisiaj i to z tego powodu, że­śmy weszli do Konstancy.

- Znaczy, nie rozumiem, co ma wspólnego tego ro­dzaju zabawa z wejściem do portu?

- To z zachwytu, że będzie się można wyspać. Całą noc!

- Znaczy, wolałbym, żeby panowie jednak w ten spo­sób nie wyrażali swej radości. Znaczy, ja nie mogę mieć tej pewności, że się znów na czas odwrócę.

Szczęka kapitana stała na „fair” - „pogodnie”. Kapi­tan zebrał swe notatki i wychodząc z kabiny powiedział na wpół do siebie, na wpół do mnie:

- Znaczy, jednak dzisiaj miałem szczęście! 

WOJNY KRZYŻOWE

Z pokładu „Polonii” - wchodzącej do Hajfy - widać było mury Akry, zdobytej niegdyś przez Ryszarda Lwie Serce. Widok tej twierdzy budził zawsze szczególnie duże zainteresowanie wśród pasażerów udających się do Pale­styny w celach turystycznych. Według nich wyczerpujące i dokładne wiadomości _o tym wszystkim, co mieli zamiar zobaczyć w Palestynie, musieli mieć ci, którzy ich tutaj przywieźli. Przede wszystkim więc kapitan i oficerowie.

Po kilku miesiącach służby na szlaku Konstanca, Stam­buł, Jaffa, Hajfa, Aleksandria, Pireus inasza „Polonia” stała się modna i mieliśmy pasażerów różnych narodo­wości. Toteż nikt nie mógł przewidzieć, w jakim języku, kto i o co nas zapyta. Pytania zależały od wieku, narodo­wości, wykształcenia i rozpiętości zainteresowań pasaże­rów, wśród których byli i tacy, jak: Andrzej Strug z mał­żonką, syjonista Nuchim Sokołów, król Faruk z dworem, Dymsza, doktor Woronow znany z przeszczepiania mał­pich gruczołów, Hanka Ordonówna, brat sławnego bo­jownika arabskiego Abdel-Krima, nawet pierwsza polska królowa piękności „Limba”, która otrzymała za swą uro­dę bezpłatną podróż naszą Grand-Lux-Torpedą.

W takich warunkach nigdy nie wiedzieliśmy, na jaki te­mat i z kim będziemy się potykali. Chcąc uniknąć miana ludzi ograniczonych usiłowaliśmy wiedzieć możliwie jak najwięcej - przynajmniej o tych obiektach, jakie można było zobaczyć z pokładu naszego statku w okolicy Jaffy oraz na wybrzeżu między Jaffą a Hajfą.

Podróż wzdłuż tego wybrzeża, po którym szły karawa­ny składające się niekiedy z kilkudziesięciu dromaderów, przywodziła na myśł obrazki oglądane w starych bibliach. Miało się wrażenie, że czas cofnął się o stulecia i że ogląda się życie minionej ery.

Posiadaliśmy na statku przewodniki po Palestynie we wszystkich zrozumiałych dla nas językagh i od biedy po­trafiliśmy skomponować nawet w obcym języku odpo­wiedź mogącą zadowolić ciekawość i wyobraźnię pytają­cego.

Na pytanie dotyczące murów Akry, gotowi byliśmy za­wsze opowiedzieć na przykład historię zdobycia tej twier­dzy przy pomocy pszczół wystrzeliwanych z katapult w ogromnych koszach; chociaż co do historycznej wartości tego opowiadania mieliśmy duże wątpliwości. Potrafiliś­my nawet wskazać miejsca, gdzie toczyły się najbardziej krwawe walki i najwspanialsze turnieje rycerskie. Znaliś­my całe ustępy z Flawiusza, by móc opisać wygląd mle­kiem i miodem płynącej Palestyny sprzed wieków. Nale­żało też znać nazwiska i znaki takich rycerzy, jak: Guy de Lusignan czy Conrad de Montferrat, którzy wyróżnili się w okresie wojen krzyżowych. Bez namysłu trzeba było za­przeczyć lub potwierdzić, czy w tym miejscu, o jakie py­tano, lądowali wymienieni rycerze, czy też nie. Ponadto - czy jest w tym miejscu księga pamiątkowa, do której pytający będą mogli się wpisać, gdy staną na ziemi judejskiej.

„Polonia” stała się atrakcyjna nie tylko w sferach ludzi sławnych, ale i wśród tych, co usiłowali dopiero stać się takimi dzięki podróży na naszej Grand-Lux. Byli nimi tak zwani „pasażerowie na gapę”, z niemieckiego zwani blindami. Ta kategoria pasażerów - podobnie jak i tam­ta - wchodziła na nasz statek we wszystkich portach, do których zachodziliśmy podczas każdego dwutygodniowe­go rejsu. Jedni i drudzy należeli do wszystkich narodo­wości basenu śródziemnomorskiego.

Walka z pasażerami na gapę nie kończyła się nigdy. Zorganizowane szukanie ich miało zawsze miejsce natychmiast po przerwaniu kontaktu z lądem, tuż przed wyjś­ciem w morze. Po zbiórce na mostku wszyscy oficerowie uzbrojeni w olbrzymie latarki elektryczne rozchodzili się do wyznaczonych sekcji, by przeszukać je z wprawą i do­świadczeniem. W szukaniu brały także udział „maszyna” oraz „hotel”. Nigdy jednak nie udało się nam przy tym urzędowym szukaniu kogokolwiek wykryć. Najczęściej odkrywaliśmy owych pasażerów podczas inspekcji nocą na pokładzie łodziowym, w momencie gdy odżywiali się prowiantem „wypożyczonym” z szalup, w których zawsze były suchary, skondensowane mleko i słodka woda. Roz­poznanie blinda w dzień - wśród tysięcznej rzeszy niko­mu nie znanych pasażerów - było niemożliwe. Po wy­kryciu takiego pasażera w morzu należało natychmiast go zamknąć i zapisać w dzienniku okrętowym, a później kar­mić i wyprowadzać na świeże powietrze. Po przyjściu do portu natychmiast trzeba było zawiadomić władze poli­cyjne o posiadaniu nieznanego osobnika i ponosić kosz­towne konsekwencje w wypadku ewentualnej ucieczki, jeśli policja już o nim wiedziała.