Выбрать главу

Po przejściu statków pod banderę polską „Kursk” nazwany POLONIĄ pozostał przy tej nazwie aż do swego końca w stoczni złomowej; „Car” („Estonia”) zmienił na­zwę na PUŁASKI, zaś „Carica” („Lituania”) na KOŚ­CIUSZKO.

W okresie wejścia „klejnotów” na linię Gdynia - Ameryka Północna atmosfera na statkach przypominała atmosferę z bajki Andersena, w której krawcy łącznie z dworzanami potrafili wmówić królowi, że przystroili go w piękne szaty, gdy w istocie rzeczy paradował nago, więcej wierząc słowom dworzan niż ufając własnym oczom.

Sprzyjało to rozrastaniu się indywidualności kapita­nów, którzy początek swojej władzy czerpali jeszcze z epoki „pierwszego po Bogu”, gdy wychodzące na parolet­ni rejs żaglowce traciły kontakt z wszelkimi władzami na lądzie. Załodze pozostawały tylko: morze, statek i kapi­tan. Zjawienie się na statku radiotelegrafisty, który potra­fił otrzymać „z powietrza” rozkaz dla kapitana, należy uważać za zmierzch epoki „pierwszego po Bogu”. Zna­czenie kapitana zostało podważone również przez prze­niesienie siły poruszającej z żagli na dno okrętu, gdzie przybrała postać maszyn z nieodzownym „złem koniecz­nym” w postaci mechaników.

Pierwsi polscy kapitanowie na trzech „klejnotach” ko­rzystali z „bajkowej” atmosfery, zezwalającej na stosowa­nie w dużej skali własnych upodobań. Na każdym z trzech „klejnotów” panował inny rygor i inne były oby­czaje. Jeśli wskutek urlopu któryś z nawigatorów zamiast na macierzysty zabłąkał się na inny statek, albo zmienił się na okres jednego rejsu kapitan - oficerom nawiga­cyjnym wydawało się, że trafili do krainy bajek lub od­wrotnie, że spotkało ich coś w rodzaju żywiołowej klęski.

* * *

Kapitan „Pułaskiego” pochodził z marynarki austriackiej. Zewnętrznie w niczym nie przypominał fabularnego wilka morskiego. W oczach tylko nosił odbicie szafirowego Morza Śródziemnego, kolebki naszej kultury.

Wszyscy trzej kapitanowie w swej poprzedniej służbie musieli posługiwać się obcą mową i wszyscy po przyjściu do polskiej marynarki musieli walczyć z dużymi trudnoś­ciami językowymi. Z największymi jednak walczył kapi­tan ' K. z „Pułaskiego”,' gdyż język, jakiego używał uprzednio, nie miał z mową polską ani wspólnej składni, ani pierwiastków językowych.

Kiedyś, gdy statek miał wyjść w morze, jeden z ofice­rów, który zjawił się w ostatniej chwili na pokładzie, wy­dał się kapitanowi zbyt „buchający” oparami w niczym nie przypominającymi zapachu kawy. Kapitan, ważąc przydatność takiego oficera w czasie manewrów wyjścio­wych, po długim namyśle zadał mu pytanie:

- Czy pan widzieć białe mszy?

Mówiąc to. kapitan trzymał jak zwykle wyprostowane palce rąk złączone ze sobą czubkami. Wyglądało to, jak gdyby kapitan chciał się modlić lub za wszelką cenę trzy­mać ręce przy sobie.

Zapytany oficer z kościoła nie wracał, o mszy miał po­jęcie, ale o białej mszy nie słyszał nigdy.

- Nie, panie kapitanie. Słyszałem o mszy czytanej, śpiewanej, żałobnej, ale o białej nigdy nie słyszałem - odpowiedział.

- Ja nie pytać, czy pan słyszeć, tylko czy pan teraz widzieć białe mszy?

Oficerowi wydało się, że role się odwróciły i że kapitan jest bardziej „zaawansowany” od niego. Spytał więc:

- A czy pan kapitan je widzi? Teraz pan kapitan je widzi?

- Ja słyszeć, że pan mnie nie rozumieć - odparł spo­kojnie kapitan.

Wyjął z kieszeni nieodłączny początkowo słownik, przerzucił kilka kartek i spytał ponownie:

- Pan widzieć białe myszy?

Od tego czasu kapitan K. nosił tajemnicze imię BIAŁE MSZY.

Podczas tak zwanego „ferholenu”, to znaczy przeciąga­nia statku z jednego miejsca postoju na inne, kapitan Białe Mszy, mając pilną papierkową robotę, powierzył wykonanie manewru starszemu oficerowi, a sam siedział przy biurku w kabinie. Nagle usłyszał trzask łamanego drewna i łomot nad głową. Tuż nad biurkiem zawisł nad papierami wierzchołek masztu, który ułamany przez dźwig spadł przebijając cienki dach kabiny.

Kapitan wyszedł na mostek z rękami jak zwykle złą­czonymi czubkami palców i spytał starszego oficera koń­czącego ferholen:

- Proszę pana, czy pan być pewien, że pan dobrze manewrować?

Starszy oficer odpowiedział, że zrobił wszystko, co można było zrobić w tej sytuacji, by zapewnić bezpieczeń­stwo statku.

- To być bardzo dobrze! - zakończył całą sprawę kapitan.

Kapitan Białe Mszy przez całe swe życie zbierał i ko­lekcjonował motyle. Miał on wspaniałe zbiory złapanych przez siebie okazów. Jednym z jego wyczynów, który so­bie bardzo cenił, było oswojenie olbrzymiej samicy pająka brazylijskiego z gatunku ptaszników. Pokryta brunatnym, szczeciniastym włosem, o odwłoku wielkości olbrzymiego orzecha włoskiego mierzyła razem z łapami około dwu­dziestu centymetrów długości. Siedziała zazwyczaj na ra­mieniu kapitana, lubiła grzać się w jego dłoniach, lubiła, gdy ją gładził i najlepiej smakowało jej jedzenie otrzymy­wane bezpośrednio z jego rąk.

Czikita - tak nazywała się olbrżymka - nigdy nie schodziła dobrowolnie z ramienia kapitalna. Jeśli ktoś jej chciał dotknąć lub czuła się zaniepokojona, chowała się natychmiast w rękawie kapitańskiego munduru.

Pasażerowie odnosili się do pupilki kapitana niejedna­kowo. Byli tacy, którzy napisali nawet do dyrekcji kom­panii skargę, że są narażeni na śmierć, jaką im może w każdej chwili zadać potwór siedzący na ramieniu kapita­na, z którym tenże zasiada do stołu razem z pasażerami. Skarżącymi byli jak zawsze ludzie urodzeni pod znakiem Bliźniąt, a jeśli nawet znajdowali się wśród nich tacy, któ­rzy mieli zapisaną inną datę urodzenia, to niewątpliwie ich rodzice byli zmuszeni do niepamiętania dokładnie o tym dniu tak ważnym w ich życiu.

* * *

Kapitanem transatlantyku „Kościuszko” był SZAMAN MORSKI. Grube tomy nie wyczerpywały wszystkich opowiadań o „cudach Szamana”, kapitana B.

W każdym porcie na całym świecie miał niezliczone ilości znajomych. Gdy przechodził uliczkami portowych miast, wesoło i owacyjnie pozdrawiał go sprzedawca go­rących kasztanów. Czekały go również szeroko i gościn­nie otwarte drzwi pałaców.

Szaman Morski uważał za główny obowiązek kapitana „czarowanie” pasażerów, opierając się na naukowej zasa­dzie, że „to, co daje nam szczęście, nie jest fikcją”.