Выбрать главу

Pewnego dnia celebrowaliśmy w kabinie czyjeś imieni­ny. Jeden z nas zdążył już zjeść większą ilość zakąski z krabów, którą poniewczasie uznano za nieświeżą i mogą­cą stać się przyczyną śmierci. Pozostali zdecydowali na­tychmiast:

- Nie możesz umierać sam. Umrzemy wszyscy razem!

Rozdzieliliśmy pozostałe kraby pomiędzy siebie i zjed­liśmy. Potem przy kawie czekaliśmy na śmierć, która... nie przyszła.

W tym zespole trafiliśmy na Linię Palestyńską. Ode­rwani od kraju, żyliśmy wyłącznie życiem naszego statku. W czasie postojów tak rozkładaliśmy służbę, aby dotrzeć do wszystkich miejsc znanych dotąd jedynie z podręczni­ków historii starożytnej. Organizowaliśmy wycieczki zbio­rowe. Mieliśmy niekiedy co do sekundy wyliczony czas powrotu na „Polonię”. Trzeba przyznać, iż kapitan uda­wał, że nie widzi, gdy dosłownie w ostatniej chwili wpa­daliśmy na statek spod piramid, Baalbeku czy Myken..

Na Grecję patrzyliśmy oczami Parandowskiego. Byli tacy, co mu złorzeczyli za to, że nie napisał książki o każ­dym porcie, do którego zachodziła „Polonia”.

- Wie­dzielibyśmy, co widzimy - wyjaśniali. 

W morzu, zwłaszcza w okresie upałów, życie koncen­trowało się w mesie. By odpocząć od służbowych tema­tów, wprowadziliśmy zwyczaj, że każdy, kto tylko roz­pocznie rozmowę o sprawach służbowych, postawi wszystkim obecnym po butelce porteru. W ciągu dwóch tygodni potrafił oduczyć się tego nawet drugi mechanik. Nieszczęśliwy ów człowiek żył wyłącznie „tankami”. Już w drzwiach mesy rozpoczynał swoje: „Drugi bakbort-tank...” i tak szło nie kończące się opowiadanie o tym, gdzie się co przepompowuje i nie przepompowuje. Dzięki porterowi to „przepompowywanie” ustało w mesie zupełnie.

Nie mogliśmy jednak w żaden sposób oduczyć elektry­ka, Filipa de Bondi, od powtarzania na zewnątrz wszyst­kich posłyszanych w mesie rozmów. Jeśli tamten „prze­pompowywał”, to ten „wynosił”. „.Wynosił” wszystko z mesy i wynosił z kabin popsute wentylatory, których - naszym zdaniem - nigdy nie reperował, bo na to nie miał czasu. Musiał mówić. Jedynie groźne ultimatum, do­tyczące życia lub śmierci samego Filipa, odnosiło jakiś skutek. De Bondi szedł wtedy do kabiny kogoś cierpliwszego, zabierał mu wentylator i zanosił mniej cierpliwe­mu.

Wytrąceni z równowagi wynoszeniem przez elektryka posłyszanych w mesie rozmów wysyłaliśmy go do londyń­skiego Hyde Parku, w którym wolno było mówić wszyst­ko o wszystkim, jakby ogród ten został założony w prze­widywaniu jego urodzin.

Pozbawieni prasy, otrzymywaliśmy w morzu tylko raz na dzień biuletyn radiostacji. Pisały go nasze „druciki”, łapiąc wiadomości „z powietrza”.

- Nic już ciekawszego z tego powietrza nie możecie złapać? - narzekaliśmy na widok radiotelegrafistów po przeczytaniu ich maszynopisu.

- Taki upał! - odpowiadał nieodmiennie Maksik Strzeliński, ten z dobrym sercem. - W takim powietrzu nic się nie złapie.

Któregoś ranka w drodze do Hajfy zostaliśmy nagle pobudzeni do życia wiadomością przeczytaną w poran­nym biuletynie radiostacji:

ANGLIA BEZ WYPOWIEDZENIA ROZPOCZĘŁA WOJNĘ Z FRANCJĄ. TRZYMANE DOTĄD W UKRYCIU OKRĘTY LINIOWE OSTRZELAŁY Z MO­RZA PARYŻ Z NOWOCZESNYCH DZIAŁ O NIE­ZNANYM DOTYCHCZAS ZASIĘGU. LUDNOŚĆ OPUŚCIŁA STOLICĘ. ŻYCIE W PARYŻU ZAMAR­ŁO. FLOTA FRANCUSKA OKAZAŁA SIĘ BEZSIL­NA.

To było coś! Wolni od służby nie wychodzili z mesy, komentując zaszłe na świecie wydarzenia i przewidując początek drugiej wojny światowej. Oczywiście, był to ka­wał pomysłu Strzelińskiego. Po paru godzinach, zadowo­leni z dobrego dowcipu Maksika, opuściliśmy mesę. W kilka minut później pierwszy „drucik „ został wezwany do kapitana.

- Znaczy, proszę pana, znaczy, niech mi pan wytłu­maczy, co to za wojna Anglii z Francją? - kapitan trzy­mał w ręku kartkę biuletynu z mesy oficerskiej.

Pierwszy „drucik” zaczął się gęsto tłumaczyć, iż w me­sie stale narzekano, że nigdy nic ciekawego w biuletynie nie ma, wobec czego na egzemplarzu przeznaczonym dla mesy dopisano coś całkiem niezwykłego, żeby zaspokoić wreszcie życzenia kolegów.

- Znaczy panowie nadużyli kompetencji, używając oficjalnej prasy. Znaczy, ja żądam, żeby takie rzeczy wię­cej się nie powtórzyły. Znaczy, panowie nie są w porząd­ku w stosunku do obowiązujących przepisów i do podję­tych przez siebie obowiązków. Znaczy, dziękuję panu!

„Zmyty”, zdenerwowany radiooficer opowiedział nam o całym zajściu.

Zawrzeliśmy! Filip przyparty do muru przyznał się, że gdy nikogo nie było w mesie, zabrał kartkę biuletynu i zaniósł kapitanowi. Chciał zobaczyć, jakie to na nim zro­bi wrażenie. Konsekwencje tego poniosły „druciki”.

Z naszych obietnic na temat „zapłaty” za wynoszenie rozmów z mesy Filip nic sobie nie robił, wiedząc dobrze, że trzyma nas w szachu wentylatorami.

Następnego dnia staliśmy już w Hajfie na kotwicach, rufą przymocowani do nabrzeża. Kapitan miał rodzinę w tym porcie i wyjechał wieczorem na ląd. Rano, gdy przy­szedłem do mesy na śniadanie, zastałem tam już młodsze­go Deja. Wcisnąłem się między stół i kanapę. Śniadanie zaczęliśmy od grejpfrutów. Jedzenie grejpfrutów w towa­rzystwie Deja było uznawane powszechnie za niebezpiecz­ne. Zawsze sobie i innym oczy zalewał sokiem. Wobec te­go przy nim jadałem grejpfruty z zamkniętymi oczami. Tak było i tym razem.

Nagle w jedno przymrużone oko wpadł mi Filip, który stanął w wejściu do mesy. Zamknąłem oko i udając, że go nie spostrzegłem, powiedziałem do Deja:

- Wiesz, na tym angielskim statku, który stoi na re­dzie, była eksplozja kotła. Zabiło mechanika i trzech pa­laczy.

Zanim nawet zdążyłem kopnąć Deja porozumiewawczo pod stołem, ten oburzonym głosem zawołał:

- Nic podobnego! Sześciu zabitych! W chwili eksploz­ji na pokładzie koło komina znajdowali się trzeci oficer i marynarz. Ciała ich znaleziono znacznie później.

- No, to znaczy, że celnik wyjechał stamtąd przed znalezieniem zwłok marynarza i trzeciego oficera - wy­jaśniłem Dejowi popełnioną nieścisłość.