Na Filipa żaden z nas ani nie spojrzał, tak jakbyśmy go zupełnie nie zauważyli. Elektryk zamarł przy wejściu. Otworzyłem oczy r udałem, że dopiero teraz go spostrzegłem. Natychmiast zmieniłem temat rozmowy i zacząłem mówić o przewidywanej zmianie pogody i jej wpływie na wyładunek. Filip stał jeszcze chwileczkę, bo chciał usłyszeć więcej szczegółów. Ale gdy zrozumiał, iż nic więcej nie powiemy, zrezygnował ze śniadania i wyszedł z mesy. Nie mieliśmy wątpliwości, że znów nie wytrzyma i że za chwilę cały statek o niczym innym nie będzie mówił, jak tylko o eksplozji kotła na angielskim parowcu.
Filip galopował do trapu, ale tuż przy mesie natknął się na pierwszego ochmistrza. Po paru minutach ochmistrz był już doskonale poinformowany o tym, co się stało na angielskim statku i ilu to ludzi zostało na nim zabitych.
Pierwszy ochmistrz zmienił swój kurs i również zawrócił do trapu wejściowego. Filip zatrzymał się jeszcze na , chwilę, by wszystko szczegółowo i od początku opowiedzieć swemu przyjacielowi barmanowi. Tymczasem ochmistrz dopadł do trapu i zszedł do motorówki na spotkanie kapitana, który przyjechał z lądu. Przed swym odjazdem tą samą motorówką na ląd zdążył jeszcze powiadomić kapitana o wybuchu.
Filip, po zaspokojeniu ciekawości barmana, również gonił do trapu. Z daleka już zobaczył wchodzącego na pokład kapitana. By go jeszcze złapać na pokładzie, przed wejściem do kabiny, Filip popędził koło czwartej ładowni na pokfad szalupowy i za nadbudówkami przebiegł całą odległość od baru do mostku. Tuż przed kabiną udało mu się dopaść kapitana. Zasalutował i zdyszanym głosem zaczął:
- Pan kapitan wie, na tym angielskim statku był wybuch kotła i jest sześciu zabitych...
- Znaczy, wiem o tym - wycedził przez zęby kapitan, który nie znosił tego rodzaju sensacji.
Filipa jakby ktoś oblał tuszem lodowatej wody. Brak zainteresowania ze strony kapitana był dla niego ciosem. Ale wnet się pocieszył: tylu ludzi na statku jeszcze o tym nie wie! Zasalutował i pełen zapału zawrócił do barth.
Gdy wychodziliśmy z Dejem z mesy, wpadł na nas chłopak, który nam sprzątał kabiny, i poinformował, że na angielskim statku wybuchły dwa kotły, jest około dwunastu zabitych i wielu rannych. Na „angliku” nie mają prawie załogi.
Dej z wyrzutem popatrzył na mnie i powiedział:
- A mnie powiedziałeś, że tylko jeden kocioł i czterech ludzi. Pożałowałeś?
Statek nasz ożył i kipiał. Wszyscy się kłócili o ilość zabitych. Każdą kłótnię rozstrzygał jednak Filip, powołując się na wiadomość „z pierwszej ręki”, usłyszaną od kapitana.
- Kapitan, gdy tylko przyjechał z lądu, powiedział mi, że było sześciu zabitych - tłumaczył, nie dając nikomu przyjść do słowa.
Wszyscy wolni od pracy tkwili na pokładzie i przyglądali się tragicznemu statkowi. Stał na kotwicy, na redzie, zwrócony dziobem do nas. Nie było widać bandery, która według opinii znawców musiała być spuszczona do połowy flagsztoku.
Kapitan ponownie wyjechał na ląd i zapowiedział, że wróci na lunch.
Koło godziny pierwszej znów spotkaliśmy się z Dejem w mesie. Na stole stała olbrzymia platerowa waza, pełna gorącej zupy. Zaledwie wcisnęliśmy się na swoje miejsca, do mesy wpadł Filip. Wyglądał strasznie. Oczy miał nieprzytomne, z natury był zresztą pasjonatem. Rzucił się do stołu z okrzykiem:
- Ja was zabiję!
Potem bełkotał bez sensu:
- Mnie życie, ja życia nie mam, moje życie już nic niewarte. Ja was, psy, ubiję! Ubiję na śmierć! Mnie śmierć, ale i wam śmierć!
Gdybyśmy nie siedzieli bez możności wydostania się zza stołu dostatecznie szybko, bełkot ten może by nas rozweselił. Ale w tej chwili byliśmy zdani na łaskę i niełaskę rozwścieczonego furiata. Sytuacja stawała się groźna.
- Wariata ze mnie zrobiliście! - ryczał. - Ja was pozabijam! Dla mnie życia nie ma na tym statku! Przez was. Umierajcie razem ze mną!
Krzycząc to złapał stojącą na stole ciężką wazę z gorącą zupą i podniósł do góry, szykując się do ciosu. Nie mogliśmy się zorientować, którego z nas zaatakuje najpierw. W momencie gdy Filip szykował się do zmasakrowania głowy Deja, do mesy wpadł bokser, szybkobiegacz i Szermierz w jednej osobie. Wiedział o całej sprawie i szybko ocenił sytuację. Nim waza znalazła się na głowie Deja, była już w rękach Szermierza. Filip zaś w przysiadzie, po podbiciu mu kolana od tyłu.
Szermierz postawił szybko wazę z zupą na drugim stole i nim Filip zdążył go zaatakować, złapał go za kiść ręki, przekręcając ją w przegubie. Filip zaczął się znów miotać z gniewu i bezsilności. Szermierz uspokajał go na wesoło, ale ten nie przestawał chlipać:
- Ja już życia nie mam na tym statku przez was!
Szermierz puścił jego rękę i zaczął tłumaczyć, że dopiero teraz chciał popełnić głupstwo:
- Przecież wszyscy ciebie nie od dzisiaj znają. Wiesz, że ciebie lubimy, ale nie można cię uprosić, byś przestał wynosić z mesy każdą posłyszaną rozmowę. Sam wiesz, ile już było przykrości z tego powodu.
Powoli Filip ochłonął i uspokoił się. Jego szał wywołany był rozmową z kapitanem, który wrócił z lądu „wlokąc za sobą szczękę”. Po wyjściu z motorówki, stojąc jeszcze na trapie, kapitan kazał poprosić do siebie pierwszego ochmistrza. Ten naturalnie od razu powiedział, że o wybuchu kotła usłyszał od de Bondiego. Filip wezwany do kapitana, usiłował mu wmówić, że posłyszał to wszystko od niego samego. Przyszło mu to tym łatwiej, że przez cztery niemal godziny bez przerwy opowiadał wszystkim na statku, iż o wypadku posłyszał od kapitana, aż zdaje się sam w to uwierzył.
Wmawianie przez Filipa w kapitana, że to właśnie on pierwszy mu powiedział o wybuchu kotła i sześciu zabitych, wyprowadziło kapitana ze zwykłej równowagi:
- Znaczy, jak pan śmie coś podobnego mówić! Pierwszy ochmistrz, który mi o tym powiedział, również posłyszał od pana. Znaczy, pan sam wymyślił tę niedorzeczną historię!