Filip broniąc się oświadczył, że usłyszał, jak w mesie rozmawiali o tym wypadku oficerowie pokładowi.
- Znaczy, jak to rozmawiali? Znaczy, rozmawiali, czy powiedzieli panu o tym?
Filip teraz dopiero zorientował się, że zastawiliśmy na niego pułapkę i sam się w nią wpakował mówiąc kapitanowi, iż rozmawialiśmy między sobą, udając że go nie widzimy.
- Znaczy, pan podsłuchiwał to, co koledzy mówią między sobą. Znaczy, to nie licuje z godnością oficera i elementarną etyką. Znaczy może pan odejść!
Po lunchu kapitan kazał nam wszystkim zameldować się u siebie w kabinie. Gdy weszliśmy, poprosił, byśmy usiedli. Był nie w humorze. Jest to określenie bardzo łagodne, ale należy go użyć, ponieważ kapitan usiłował panować nad sobą, chcąc być nie tylko zwierzchnikiem, lecz i gospodarzem. Z faktu zaproszenia nas wszystkich do kabiny wiedzieliśmy, iż będzie to długa i „wyczerpująca” rozmowa. Gdy każdy z nas udawał już, że jest mu bardzo wygodnie, usłyszeliśmy zimno, przez zaciśnięte zęby wypowiedziane znane słowo „znaczy”:
- Znaczy, narazili mnie panowie na bardzo nieprzyjemną sytuację. Podczas bytności u agenta spytałem go, co spowodowało wybuch kotła na angielskim statku, czy oprócz tych sześciu zabitych są ranni i czy nie możemy być w czymś pomocni. Znaczy, słysząc to agent zdziwił się bardzo i natychmiast przedstawił rhi kapitana tego angielskiego statku. Znaczy, ićapitan, który był właśnie u agenta i usłyszał moje pytanie, był nie mniej zdziwiony. Zapewnił mnie, że nic podobnego nie miało miejsca na jego statku i, jak mu wiadomo, na żadnym ze statków stojących w tej chwili w Hajfie. Znaczy, podziękował mi za wyrażoną chęć okazania im pomocy, ale zaczął się zastanawiać, komu może zależeć na rozpuszczaniu podobnych wiadomości o jego statku. Znaczy, musiałem zatrzeć to niemiłe wrażenie, jakie wywołała moja sensacyjna wiadomość i zaprosiłem kapitana na coctail. Straciłem przez to zupełnie nieprzewidzianie przeszło godzinę czasu. Może panowie mi teraz wytłumaczą, po co panowie to robią? Znaczy, kiedy panowie przestaną to robić? Proszę!
Rozmowa na taki temat mogła, jak zawsze, przybrać zupełnie nieoczekiwany obrót, grożący wpadnięciem w jeszcze większe nieporozumienie z kapitanem. Żaden z nas nie chciał zabrać głosu w tej sprawie. Nagle Dej stał się bardzo skrupulatny i grzecznie, półgłosem zwracając się do mnie, powiedział:
- Ty zacząłeś, ty skończ. Prosimy bardzo, mów!
Usłyszał to również kapitan, popatrzył na mnie i po wiedział:
- Znaczy, tak jak zawsze: pan nie wiedział, ale powiedział. Proszę, niech pan mówi!
- Pamięta pan kapitan tę wojnę francusko-angielską w komunikacie radiowym - zacząłem – wymyśloną przez naszych radiotelegrafistów? Uważaliśmy, że wolno nam żartować w mesie, jeśli na tym nie cierpi dyscyplina ani też służba. Przykro mi, że muszę mówić niepochlebne rzeczy o naszym koledze, ale posiada jakąś wrodzoną wadę, iż musi stale mieć coś nowego do opowiadania. Co tylko usłyszy w mesie, musi opowiedzieć wszystkim. Nie uznaje żadnych tajemnic, każde usłyszane nazwisko, każdy szczegół i każdą uwagę o kimś musi „wynieść”. Nie uspokoi się tak długo, aż nabierze pewności, że wszyscy na statku już o tym wiedzą. Prosiliśmy, błagaliśmy, na próżno. Grozić nie groziliśmy, bo wie doskonale, że może nas maltretować.
- Znaczy, nie rozumiem - przerwał kapitan. - Znaczy, dlaczego może panów MALTRETOWAĆ? Panów?
Po wypowiedzeniu tego zdania kapitan szczerze się roześmiał.
- Bardzo zwyczajnie, panie kapitanie. De Bondi ma w swej pieczy wentylatory elektryczne. Pan kapitan wie, co się dzieje w czasie upałów w kabinie, jeśli zatrzyma się wentylator...
- Znaczy, wiem, że w kabinie nie ma czym oddychać, ale co to ma wspólnego z wybuchem kotła i sześciu zabitymi na angielskim statku?
- To też bardzo proste. Jedynym lekarstwem na Filipa, by przestał „wynosić” z mesy, było, przepraszam bardzo za użycie tu tego słowa, „napuszczenie” na niego pana kapitana. Nie mieliśmy wątpliwości, że „napuszczenie” nam się uda i po zażyciu tego lekarstwa de Bondi będzie wyleczony.
- Znaczy, ja u panów uchodzę za lekarstwo?
- Tak, panie kapitanie. Tylko baliśmy się, że jeśli lekarstwo podziała za silnie, to pan kapitan zostanie bez pretorianów.
- Znaczy, jakich pretorianów? - zdziwił się kapitan.
Teraz myśmy się z kolei zdziwili.
- To pan kapitan nie wie? Nas wszystkich, którzy już tak długo z panem kapitanem pływamy, nazywano początkowo Mamertynami od imienia pana kapitana, litując się nad nami z powodu powszechnie znanej dyscypliny pana kapitana. Z biegiem czasu, gdy zobaczono, że sami wyznajemy tę dyscyplinę i bronimy jej, a w dodatku, gdy zamiast oczekiwanych powszechnie nieporozumień słyszano zawsze o jak najlepszej współpracy, przezwano nas strażą przyboczną Cezara, czyli PRETORIANAMI.
Widzieliśmy, że kapitan słuchając tego wszystkiego, najpierw poczerwieniał, potem się zmieszał. Chcąc zmienić temat wrócił do wybuchu kotłów i zapytał z uśmiechem:
- Znaczy, czy panowie przewidzieli też, że będę musiał postawić coctail kapitanowi angielskiego statku?
Roześmieliśmy się wszyscy, zapewniając go, że ma zbyt dobre mniemanie o nas jako o „nawigatorach”.
- Znaczy, nie pozostaje mi nic innego jak poczęstować panów coctailem. Właśnie tym samym, który piłem z kapitanem angielskiego statku. Przyniosłem ze sobą jedną butelkę z lądu.
- Tego też nie przewidzieliśmy, panie kapitanie - powiedzieliśmy chórem.
- Znaczy, ja tego też nie przewidziałem - z uśmiechem zażenowania odpowiedział kapitan.
W DRODZE DO ITAKI
Nasze życie we włoskiej stoczni - budującej dla Polski pierwszy nowoczesny transatlantyk m.s. PIŁSUDSKI - było całkowicie odmienne od statkowego. Mieszkaliśmy w mieście, w prywatnych mieszkaniach. Stołowaliśmy się w restauracyjkach Monfalcone lub Triestu.
Z otrzymanych diet staraliśmy się możliwie jak najwięcej zaoszczędzić, by móc sobotnie popołudnia oraz niedziele spędzać na zwiedzaniu Włoch.
Byliśmy „szkieletem” przyszłej załogi. Każdy dział miał swego przedstawiciela. Naszym zadaniem było przeniknąć do każdej części statku, zainteresować się nią, jej urządzeniami i budową. Mieliśmy statek „poznać i zrozumieć”, by go w przyszłości umieć poprowadzić. Na budującym się transatlantyku nie byliśmy jednak jeszcze gospodarzami, lecz czymś w rodzaju tolerowanych natrętów.