Выбрать главу

Nowy nasz olbrzym stał przycumowany do jednego z nabrzeży Cantieri Riuniti dell'Adriatico w Monfalcone. Z daleka ze stoczniowego nabrzeża dziób robił wrażenie olbrzymiej głowy słonia, z trąbą zanurzoną w wodzie, po­marszczoną u dołu cyframi oznaczającymi zanurzenie. Olbrzymia srebrna tarcza zdobiła głowę, z oczodołów kluz patrzyły wypukłe oczy patentowych kotwic. Przez olbrzymie drzwi w boku „słonia” codziennie z rana wchodził na statek tłum ludzi. Gubiliśmy się wśród tej masy pędzącej do wszystkich jego zakamarków.

Poznanie i zrozumienie nowego statku oraz opanowa­nie nowoczesnych urządzeń wymagało od nas „siedmiomilowych butów”. Znaleźliśmy się teraz znów jakby w Szkole Morskiej. Wszystko należało rozpoczynać od no­wa. Zdobyta przez nas wiedza była zamknięciem wiedzy

0 żaglowcach. Znajomość wykonywania zwrotu na naj­większym rejowcu do niczego się tutaj nie nadawała, po­dobnie jak umiejętność uszczelniania kolumny masztu w miejscu jej przejścia przez główny pokład lub podniesienia i postawienia bramstengi.

Nawet trzy podstawowe cechy dobrego kompasu mag­netycznego: czuły, stateczny i spokojny (które według ka­pitana Ledóchowskiego stanowiły również trzy najlepsze cechy dobrego małżonka) - w nowoczesnym żyrokompasie typu Sperry miały swe źródło oparte na zupełnie innyeh zasadach jego budowy. Przypomniał nam się egza­min z dewiacji i słynne oświadczenie kolegi ze Szkoły Morskiej, Staszka Jaworskiego. Wraz z Eustachym Wiśniowskim odmówili oni kiedyś wstania z poobiedniej drzemki dla wspólnego uczenia się tajemnic dewiacji. Jaworski wyjaśnił nam, że zanim on i Wiśniowski zrozumie­ją dewiację, to do'tego czasu zostanie zbudowany most z Europy do Nowego Jorku i będzie się po nim jeździć konnymi dorożkami.

- Dewiacja nie będzie już potrzebna! Przeczekajmy! - zakończył.

Egzamin jednak zdali, jeden na piątkę, drugi na czwór­kę, ucząc się nocami. Mostu zaś dotychczas nie ma. Po­została natomiast droga naszych statków z Bałtyku i Mo­rza Północnego nad Szkocją do Cape Race przez północ­ny Atlantyk, z górami lodowymi latem i huraganami zi­mą.

* * *

Na budującym się „Piłsudskim” od razu zaniepokoiły nas - niedostateczna grubość arkuszy poszycia, słabość wią­zań, podtrzymujących główny pokład, spiętrzenie nad wo­dą pokładów przy stosunkowo małym zanurzeniu oraz wysokie zawieszenie ciężkich łodzi ratunkowych. Widok tego wszystkiego zachwiał naszą wiarę w stateczność „Piłsudskiego”. Zaczęliśmy ją nagle pilnie studiować, pamię­tając o jednym z „klejnotów”, który nie załadowany i bez balastu przewracał się po prostu od śmiechu, pomimo że nie wystawał tyle nad wodę.

Całe dni spędzaliśmy na poznawaniu szczegółów budo­wy, śledzeniu dróg biegnących przez statek kabli (biegły ich kilometry), „rozgryzaniu” elektrycznych i termicznych wykrywaczy ognia, samoczynnych urządzeń do zamyka­nia drzwi w przegrodach wodoszczelnych, instalacji wy­krywającej przy pomocy komórek fotoelektrycznych dym w ładowniach, aparatur do automatycznego gaszenia po­żarów, żyrokompasów, echosond, telefonów, systemów alarmowych, etc. etc.

Gdy patrzyliśmy na to wszystko, stare „klejnoty” wy­dawały się nam przystaniami ciszy, prostoty i porządku. Na „klejnotach” wszystko było proste i zrozumiałe, tutaj same schodytączące główną arterię komunikacyjną stat­ku z mostkiem mogły przyprawić o zawrót głowy. Kolu­mna umieszczona w grubej, stalowej rurze i wznosząca się poprzez wszystkie pokłady z owiniętą wokół siebie wstęgą schodów miała coś z wieży krzyżackiego zamku, w której uwięziona była Aldona. Schody te nazywaliśmy „schoda­mi Aldony”.

Główna arteria komunikacyjna w postaci korytarza za­łogowego, biegnącego przez całą długość statku od baku do rufy, miała wszelkie cechy ulicy portowej. Mieściły się przy niej mesy i hotele, mieszkania załogi, wejście do elektrowni i motorów; stąd można było trafić do garażu i do straży pożarnej, do szpitala i do fryzjera, do pralni i do basenu kąpielowego, a nawet odszukać drogę do mo­rza. Z „portowej ulicy” można było wreszcie dotrzeć do luksusowej windy elektrycznej, która unosiła na najwyż­szy pokład statkowy, ku słońcu.

Początkowo gubiliśmy się w tym labiryncie przejść, wśród setek ludzi, z których każdy przypominał mrówkę niosącą w kleszczach rzecz przewidzianą tajemniczym na­kazem, by umieścić ją w przewidzianym miejscu. W owym mrowiu byliśmy odmiennymi owadami, pełnymi ambicji i zapału. Początkowo w cichości ducha wyobraża­liśmy sobie, że będziemy nawet kierowali robotami. Póź­niej czuliśmy się szczęśliwi, gdy udało się nam złapać „wątek” jakiegoś kabla i wyśledzić jego drogę. Jeśli spo­sób mocowania lub grubość jakichś wsporników budziła nasze wątpliwości, usiłowaliśmy zwrócić na to uwagę „mrówek”. Zwykłe „mrówki” z zasady nas nie widziały, należało odszukać „starszą mrówkę” kierującą robotą. Lecz wszystkie nasze uwagi na jakikolwiek temat wywo­ływały lawinę włoskich słów, dźwięcznych i melodyjnych, z których można było zrozumieć jedynie trzy, zawsze się powtarzające wyrazy: VULCANIA, NEPTUNIA, OCEANIA.

Czuliśmy się po takim przemówieniu mali i bezradni. Nie wybudowaliśmy przecież ani „Vulcanii”, ani „Neptunii”, ani „Oceanii” i oto chcemy uczyć ludzi, którzy tego dokonali. Odchodziliśmy urażeni, z poczuciem nie speł­nionego obowiązku. Wydawało się nam, że jeśli taki. a ta­ki wspornik nie zostanie zmieniony, to wszystko się przy pierwszym sztormie zawali. Jeżeli zaś w ten a nie w inny sposób położą kable, to przy pracy statku na fali wszyst­ko musi się pourywać lub popękać. No, ale cóż, jeśli „Yulcania”, „Neptunia” i „Oceania” pływają z takimi urządzeniami i konstrukcjami, to może i nasz transatlan­tyk będzie pływał?

Gdy po obiedzie w restauracyjce o nazwie „Citta del Udine” uzgodniliśmy, że na nasze reklamacje otrzymuje­my wszyscy jednakową odpowiedź, usiłowaliśmy od tej pory rozpoczynać rozmowy z inżynierami od zdania, iż dobrze wiemy, że „Yulcania”, „Neptunia” i „Oceania” mają coś tak skonstruowane, ale nam się wydaje, że nale­żałoby to zrobić inaczej dla naszej północnej linii. Odpo­wiedzialny za daną robotę inżynier robił rozradowany wyraz twarzy, ciesząc się widocznie, że wiemy o „Yulca­nii”, „Neptunii” i „Oceanii”, potem potakiwał, mówiąc swoje niezmienne, si, si i na tym się kończyło.