Doprowadziło to nas do takiego stanu, że na widok na przykład źle zawiązanego krawata czy sznurowadła kolegi mówiliśmy do niego:
- Twój krawat „Vulcania”, „Neptunia”, „Oceania”!
Zapytani kiedyś przez kapitana o nasze postępy w poznawaniu statku i opinię o wykonywanych robotach, odpowiedzieliśmy niemal chórem:
- „Vulcania”, „Neptunia”, „Oceania”!
W odpowiedzi usłyszeliśmy jeden tylko dźwięk:
- Hm!
Poza tym nic więcej, nawet ulubionego „znaczy”. Pierwszy raz porozumiewaliśmy się z kapitanem przy pomocy tylko trzech włoskich słów.
Wszystkie te nasze bolączki pokrywał w końcu wspaniały, włoski kit. Trzymał jak żelazo, zmieniał najbardziej chropowatą powierzchnię w idealnie gładką, na której doskonale układały się i mocno trzymały lśniące lakierem farby. Pod kitem ginęły wszelkie usterki.
Z każdym dniem ogarniał nas większy niepokój, jak to wszystko będzie działało, kiedy znikną zastępy „mrówek” i będzie wolno nam samym wszystkiego się dotknąć. Staraliśmy się przewidzieć, co pierwsze może zacząć się psuć, czego możemy się obawiać i czego musimy nauczyć się najszybciej.
Z rana zanurzaliśmy się w rosnący z każdym dniem zgiełk „Perskiego Rynku” (tak nazwaliśmy teraz wnętrze naszego transatlantyku). Wieczorem wychodziliśmy z chaosu, który - jak nam się wydawało - nigdy nie będzie miał końca. Nie wyobrażaliśmy już sobie, by kiedykolwiek mogło być inaczej, zdawało się nam, że pracujący na tym statku ludzie pozostaną na nim wiecznie jako nieodzowna część składowa. Intruzami czuliśmy się nawet w kabinach, w których mieliśmy mieszkać w najbliższej przyszłości.
Kiedyś .podczas wędrówki po statku, znaleźliśmy na głównym korytarzu - zwanym przez nas „ulicą portową” - malutki, włoski kalendarzyk kieszonkowy, wytwornie wykonany. Nie widniało w nim nazwisko właściciela, ale był to z pewnością Polak. Podobnie jak i my musiał ciężko chorować na „Yulcanię”, „Neptunie” i „Oceanię”. Cierpienia swe wyrażał jednym słowem - wpisując je w wąziutką, rubryczkę przy dacie dnia tygodnia - BAŁAGAN. W niektórych dniach zwiększonej boleści wtłoczone były w rubrykę jak okrzyk grozy dwa słowa: NIEPRAWDOPODOBNY BAŁAGAN. W jednym miejscu zdołaliśmy odczytać wypisane „maczkiem” zdanie: BAŁAGAN NIE DO OPISANIA... Och, jak dobrze to zdanie było przez nas rozumiane.
Właściciel kalendarzyka stał się obiektem naszych długich dociekań. W poszukiwaniu cierpiącej bratniej duszy prowadziliśmy niezmordowanie dochodzenie. Miejsce, gdzie znaleźliśmy kalendarzyk, nasuwało przypuszczenie, że zgubił go któryś z naszych mechaników. Ale żaden z nich się nie przyznał. Demonstrowaliśmy kalendarzyk głośno i wszędzie, niestety właściciela nie mogliśmy odszukać.
Nadszedł wreszcie czas, gdy zastępy „mrówek” zaczęły wynosić się ze statku. Każdego dnia zjawiało się ich coraz mniej, aż przybyła włoska załoga pokładowa, mechaniczna i hotelowa. Statek udał się do Triestu i zacumował przy reprezentacyjnym molo. Z Triestu mieliśmy wyruszyć w pierwszą próbną podróż, w kierunku umiłowanej przez Odysa wyspy I taki, symbolu osiągalnego na ziemi szczęścia.
W tę pierwszą podróż zaprosiła stocznia setki osób, przeważnie ze sfer rządowych we Włoszech. My również znaleźliśmy się na statku jako goście stoczni.
Na rzęsiście oświetlonym molo zasiadła olbrzymia orkiestra marynarki wojennej. Za chwilę odcumujemy. Staramy się wyobrazić siebie na wszystkich stanowiskach manewrowych. Orkiestra gra wspaniałego marsza „Drewnianych żołnierzyków”, nieświadome arcydzieło teścia, skomponowane na powrót do domu ze służby wojskowej ukochanego zięcia.
Znika molo. Widoczne są już tylko amfiteatralnie rozmieszczone światła Triestu. Wychodzimy w morze.
Wszystkie próby na statku przebiegają pomyślnie. Nie bierzemy w nich bezpośredniego udziału, lecz widzimy, że odbywają się sprawnie i bez zarzutu. Osiągnięta szybkość przechodzi oczekiwania: dwadzieścia jeden i siedem dziesiątych węzła!
Niecierpliwimy się coraz bardziej. Chcemy jak najszybciej stać się sami gospodarzami, by mieć jak najwięcej czasu na wypróbowanie wszystkiego.
Z tej pierwszej podróży wracamy zachwyceni, ale nie uspokojeni. Nurtuje nas jedna i ta sama myśclass="underline" jak statek będzie się zachowywał na dużej fali, jaka będzie jego stateczność? Jak wytrzyma pierwszy sztorm na północnym Atlantyku?
Chwila wyruszenia do naszej Itaki - Gdyni - zbliża się szybko. Nareszcie przybywa załoga, za trzy dni wychodzimy do kraju, zabierając w podróż przeszło siedmiuset pasażerów. Jesteśmy gospodarzami na statku.
Pierwszy dzień pracy. Przed rozpoczęciem robót zbiórka całej załogi na pokładzie rufowym. Ustawiają się obok siebie trzy działy: pokładowy, mechaniczny i hotelowy. Wygląda to jak w wypadku największego niebezpieczeństwa: „Wszystkie ręce na pokład! Ali hands on deck!” Nie możemy zapomnieć o epoce żaglowców.
- Znaczy, zebraliśmy się tutaj wszyscy... - rozpoczyna kapitan swoje przemówienie.
Mimo woli przypomina mi się Trzeci Maj w Gdańsku, sprzed dziesięciu lat. Na pokładzie statku szkolnego - na którym rozpoczęliśmy pracę na morzu wśród niewiary całego społeczeństwa i niechęci najwyższych dostojników państwowych do naszych poczynań - przemawiał ten sam kapitan. Tam, na „Lwowie”, byliśmy wraz z kapitanem garstką romantyków, która wbrew wszystkiemu i wszystkim postanowiła wedrzeć się w szeregi ludzi morza, stworzyć flotę handlową, zbudować port, stocznie, zbudować statki. Trzeciomajowe przemówienie kapitana sprzed dziesięciu lat było odzwierciedleniem nastroju niewiary.
Podyktowała je raczej chęć uczczenia rocznicy przebudzenia się narodu z uśpienia.
Dzisiaj, po dziesięciu latach, mamy prawo nazwać siebie ludźmi morza. Rozpoczynamy pracę na najszybszym i największym motorowym transatlantyku na Bałtyku, Na pokładzie stoją szeregi ludzi zaprawionych do 'pracy we wszystkich działach służby na morzu; do pracy będącej dla nich chlebem powszednim. Zdajemy sobie sprawę z kontrastu pomiędzy tym zespołem ludzi, który będzie prowadził ostatni cud techniki okrętowej, a tamtą grupą chłopców sprzed dziesięciu lat, stojących na zbiórce na pokładzie sześćdziesięcioletniego weterana z epoki żaglowców. Zdajemy sobie sprawę, że jest to dorobek bez precedensu i że to budzi ufność w dalszy rozwój naszej floty.