Z obawą myślimy o przemówieniu rozpoczętym przez kapitana. Marynarze nie umieją przemawiać, niektórzy najwyżej potrafią opowiadać. Praca na morzu nie sprzyja rozwojowi krasomówstwa.
Kapitan mówi dalej:
- Dzień dzisiejszy jest wielkim dniem naszej bandery. Musimy sobie wszyscy zdać jasno sprawę, że w tej chwili stoi przed nami zadanie, które przez każdego z nas musi być wypełnione całkowicie i dobrze. Mamy zaledwie trzy dni, aby poznać jak najlepiej statek i zakres swych funkcji. Czasu tego musi starczyć każdemu. Wiem, że jest go niewiele, jak również wiem, że w niektórych działach jest za mało ludzi i że będą przeciążeni robotą. Ale Kraj przysłał nas tutaj wierząc, że potrafimy pokonać wszystkie trudności. Musimy spełnić pokładane w nas nadzieje. Znaczy, każdy musi zrozumieć, iż nie ma prawa myśleć nawet, że nie potrafi, czy nie wykona, lub wykona byle jak swe zadania. Znaczy, wszyscy teraz rozejdą się do swych działów i rozpoczną pracę. Znaczy, dziękuję!
Zgodnie z przygotowanym schematem zaczęło się poznawanie transatlantyku. Poszczególne grupy prowadzone były przez tych, którzy już dawniej przybyli na statek. Bez przerwy jeden za drugim ćwiczyliśmy alarmy, spuszczanie motorówek i łodzi ratunkowych. Kapitan krążył po całym statku. Jego szczęka, ten barometr nastroju, stała stale ł wyraźnie na „fair” - „pogodnie”.
Późnym wieczorem, gdy siedzieliśmy w nawigacyjnej, przeglądając mapy i studiując drogę do Gdyni, wszedł kapitan. Spytał nas, czy przewidujemy jakieś trudności.
Wszyscy byliśmy pełni jak najlepszych myśli. Cała załoga przejęła się swoją wyjątkową rolą - pierwszej na najbardziej nowoczesnym statku. Po trudnościach minionego okresu wydawało się nam, że jeśli motory nie staną i nie dostaniemy bardzo dużej fali, to nic już nie jest w stanie zaćmić podróży do Gdyni.
Zaczęliśmy rozmowę o pobycie w stoczni. Przypomnieliśmy sobie kalendarzyk i opowiedzieliśmy kapitanowi o „bratniej duszy”, która dała wyraz swym troskom w formie lakonicznych słów, napisanych mikroskopijnymi literkami.
Rozmowa stawała się widocznie zbyt familiarna, bo szczęka kapitana z wolna z „fair” przesunęła się na „change” - „zmianę”. Przez zaciśnięte zęby spytał:
- Znaczy, o jakim kalendarzyku panowie mówią?
Z szuflady spod map wyciągnęliśmy malutki, wytworny włoski kalendarzyk.
- Znaleźliśmy go na korytarzu załogowym, panie kapitanie.
Szczęka kapitana przesunęła się na SZTORM: Przez jeszcze bardziej zaciśnięte zęby wycedził:
- Znaczy, to mój kalendarzyk!
PODRÓŻ POŚLUBNA
Dzisiaj po raz pierwszy wychodzimy w morze na naszym najnowszym transatlantyku. Pierwszy samodzielny krok na trasie Triest - Wenecja. Przed wyruszeniem w podróż przewidziana jest na statku uroczystość z udziałem przedstawicieli dyplomatycznych kilku państw. Od rana na pokładzie krążą filmowcy, reporterzy, dziennikarze. W związku z przemówieniem dyplomatów będą grane hymny narodowe i w odpowiednim czasie podnoszone bandery tych państw. Największa gala, jaką można sobie wyobrazić. Cały ten rytuał morski ma być wykonany z włoską żarliwością i polską gościnnością.
Podróż zostanie uwieńczona medalem pamiątkowym wybitym dla uczczenia tego olbrzymiego kroku, jaki postawiliśmy na nlorzu. Od niczego do najwspanialszego, nowoczesnego transatlantyku.
Od wczoraj nurtuje mnie niepokój i rozpiera duma. Doznaję tych uczuć od momentu, gdy kapitan wręczył mi trzy kartki maszynopisu ze słowami:
- Znaczy, pan dopilnuje, żeby wszystko było zgodnie z instrukcją i PORZĄDNIE. Znaczy, będzie pan kimś w rodzaju mistrza ceremonii.
Maszynopis zawierał bardzo dokładny rozkład uroczystości z podaniem godzin i minut, plan ustawienia załogi i gości, umundurowanie załogi, kolejność przemówień i związane z nim granie hymnów, podnoszenie bander etc. etc. Zsynchronizowanie tego wszystkiego miało dać pełny efekt.
Patrząc na maszynopis przypomniałem sobie pierwszy tego rodzaju rozkaz otrzymany od kapitana, gdy jeszcze jako szósty oficer na „Polonii” miałem sporządzić tabelkę do wpisywania pozycji statku na godzinę dwunastą w południe oraz ilości przebytych mil w podróży Gdynia - Nowy Jork.
Wówczas słowo „porządnie”, dodane do rozkazu, nie wzbudziło w mej wyobraźni wizji specjalnych trudności przy wykonywaniu tabelki. Narysowałem ją szybko, na kancelaryjnym papierze. Miękkim ołówkiem nawigacyjnym wykreśliłem potrzebne rubryki, z rubryką dla ilości minut przesuniętego zegara włącznie. O obramowaniu tabelki nie pomyślałem nawet. Zbyłem tę robotę przypinając swoje „dzieło” pinezką w gablotce zawieszonej w głównym hallu.
W parę godzin później umiałem już świetnie wykonać taką tabelkę na najlepszym kreślarskim brystolu wyproszonym od starszego mechanika, używając przy tym szablonów, grafionów i buteleczki najlepszego chińskiego tuszu „Perła”. Wytworne wzory symboli szerokości i długości geograficznej przerysowałem z luksusowo wykonanej mapy wyszukanej w bibliotece okrętowej. Obramowanie tabliczki wykonałem trzema liniami rozmaitej grubości
W rubryki tej tabelki wpisywałem później jak najstaranniej w ciągu całej podróży ilość przebytych mil, bez względu na to czy w danej chwili bardzo kołysało, czy też otaczała mnie ciżba pasażerów, czekających na podanie ilości mil jak na numer konia, który wygrał bieg. Stawki zakładów na ten temat były niekiedy bardzo wysokie.
Gdy zmieniałem poprzednią kartkę na swe nowe arcydzieło, sam byłem zachwycony. Tegoż wieczoru na wachcie usłyszałem od kapitana zdanie:
- Znaczy, pan potrafi wykonać tabelkę „porządnie”.
Słowo „porządnie”, jak i wszystkie inne, było przez kapitana wymawiane przez zaciśnięte zęby, lecz ze szczególnym naciskiem na „ą”. Każde jego polecenie musiało być wykonane ściśle i z precyzją, tak jak podany rozkaz.
Początkowo nie zdawaliśmy sobie sprawy z tej całej precyzji, ciesząc się w duchu z usłyszanego słowa „znaczy” i z tego mocno akcentowanego „ą” w wyrazie „porządek”. Oficerowie, którzy zbyt długo nie byli w stanie tego zrozumieć, schodzili ze statku z urazą i żalem, że kapitan im nie ufa. Wielu z nich drażniła konieczność meldowania wykonanych poleceń. „Księga rozkazów nocnych” była według niektórych dokumentem stwierdzającym kompletny brak zaufania kapitana do naszych wiadomości fachowych. Bolały ich zapisywane w książce polecenia, takie jak na przykład rozkaz budzenia kapitana w nocy i meldowania o „odkryciu się” światła latarni leżącej przy naszym kursie, lub podanie godziny budzenia go w wypadku, gdyby latarnia „nie odkryła się”. Słowo „porządnie”, dodawane niekiedy do rozkazu, „dobijało” owych oficerów i tak już rozgoryczonych samym rozkazem.