Выбрать главу

W porcie czy na morzu, poczynając od godziny ósmej rano, nie mógł „istnieć” na statku nie ogolony oficer po­kładowy. Nie do pomyślenia było również nałożenie przez któregoś z oficerów munduru odmiennego od tego, w jakim był kapitan. Oficerów wychodzących na wachtę od godziny ósmej starszy oficer zawiadamiał przez sterni­ka, jak mają być ubrani. Jeśli w ciągu dnia kapitan z po­wodu ciepła lub zimna zmienił mundur z granatowego na biały lub z białego na granatowy, wszyscy oficerowie, którzy obejmowali służbę na mostku, byli już odpowied­nio ubrani.

Wszystko miało swoje ramy. Każda służbowa rozmowa kapitana na statku była ujęta w ramy. Na powitanie ka­pitana salutował pierwszy. Po skończonej rozmowie dzię­kował i znów salutował z jednakową dokładnością każde­mu.

Nawet prywatne życie kapitana, jeśli musiało być na statku wystawione na zewnątrz, ujęte było w nieugięte ra­my. Na „Polonii” dwutygodniowe rejsy na Linii Palestyń­skiej nadawały się znakomicie do wyczerpujących studiów nad jego zwyczajami.

Żona kapitana przez dłuższy czas mieszkała w Hajfie i prawie za każdym razem była obecna przy wyjściu statku na morze. Jeśli „Polonia” odchodziła od mola, scena po­żegnania wyglądała zawsze jednakowo: Kapitan, po wy­daniu rozkazu rzucenia ostatniej liny łączącej statek z lą­dem, przechodził na skrzydło mostku, wychylał się przez podniesione okno nockhausu, odsłaniał głowę - trzyma­jąc w ręku czapkę tak jak gdyby trzymał hełm rycerski - i głośno wofał do stojącej na molo żony:

- Halino! Znaczy, tak jak umówiliśmy się!

Po czym nakładał czapkę, przechodził na środek most­ku i cały był już pochłonięty manewrowaniem.

W ten sposób kapitan żegnał się wyłącznie z żoną. Ten sposób pożegnania bawił nas początkowo, tak jak i słowo „znaczy”, usłyszane po raz pierwszy. Z biegiem czasu zar częliśmy w pożegnaniu tym dopatrywać się trafności wy­boru chwili, porządku w ustaleniu czynności, a nawet ry­cerskości.

Dla tych, którzy zżyli się z kapitanem, wzajemne zro­zumienie sposobu wykonywania wspólnych obowiązków zacierało coraz bardziej możliwości powstawania konflik­tów. Z przykrością też dowiedzieliśmy się, że Znaczy Kapitah odejdzie do Monfalcone na budowę nowego trans­atlantyku. W parę dni po otrzymaniu tej wiadomości ka­pitan zaproponował nam przejście wraz z nim na nowo budowany statek.

Od tego momentu stosunek kapitana do nas uległ za­sadniczej zmianie: przestał on reagować na nasze niedo­ciągnięcia. Stało się to bardziej uciążliwe niż poprzednio zwracane uwagi. Dlatego obecnie słowo „porządnie”, do­dane do polecenia, tym bardziej musiało wykluczać po­mylenie się czy nieścisłość. Toteż patrząc na otrzymany maszynopis z rozkładem czynności wiedziałem, że wszyst­kie trudności muszą być przewidziane i że nie może być zaskoczenia.

* * *

Wszyscy w nieskazitelnie białych mundurach, od kapitana do chłopca pokładowego włącznie, celebrujemy z dumą inauguracyjne wyjście w morze pierwszego polskiego no­woczesnego transatlantyku pasażerskiego. Przejęci jesteś­my jedną i tą samą myślą: nie popełnić jakiegoś błędu, który by nas ośmieszył! Błąd może się zdarzyć jutro, po­jutrze, byle nie dzisiaj w pierwszym dniu.

Boimy się nie tyle błędów nawigacyjnych, bo tych nie popełnimy, lecz raczej owych małych, pozornie nic nie znaczących „potknięć”, które przechodzą do historii jako anegdoty i są zapamiętywane prawie tak samo gorliwie jak sławne bitwy morskie. A niebezpieczeństw „potknię­cia” jest mnóstwo: źle obliczony moment spuszczenia bandery, podniesienie obcej bandery odwróconej barwa­mi, podniesienie sygnału błędnie zrozumianego przy tłu­maczeniu go z międzynarodowego kodu sygnałowego itd. itd.

Ze wszystkich statków w porcie patrzą na nas, ze wszystkich statków wycelowane są w nas lornetki, śledzą­ce każdy ruch na pokładzie, każdy podniesiony sygnał, każdą banderę.

Sternikom drżą ręce przy wiązaniu flag sygnałowych. Flagi muszą być tak zawiązane, by „pękały” po podnie­sieniu na kształt kolorowych ogni i z ciemnych punktów w mgnieniu oka zmieniały się w trzepoczące barwami lite­ry, mówiące do wtajemniczonych całymi zdaniami. Opa­dać potem muszą „piorunem”, gdy tylko rozmawiający z nami statek barwnym słowem odpowie: „zrozumiałem”.

Żadna bandera nie może wznieść się nad statkiem owi­nięta dookoła swej flaglinki. Nie może być tłumaczeń; „urwała się”, „zakręciła się”, „pomyliło się”.

Wszystkie mijające nas statki witają „Piłsudskiego” ry­kiem syren i gwizdków oraz gamami różnobarwnych flag, mówiących nam o życzeniach. Wszystkie z sympatią i za­interesowaniem odnoszą się do naszego nowego statku, który za parę godzin zacznie pisać stewą historię swego życia na wodach całego świata.

Tych rozmów ze statkami i wszystkich podziękowań nie ma na trzech kartkach maszynopisu wręczonych mi przez kapitana. Należą do odwiecznego rytuału Maiden-trip - dziewiczej podróży statku, który po raz pierwszy wychodzi w samodzielny rejs.

Na razie na „Piłsudskim” wszystko idzie sprawnie jak na starych „klejnotach”. Wyczerpała się w końcu zawar­tość maszynopisu.

- Stacje manewrowe!

Telefoniczne meldunki podają, że bak i rufa są „czy­ste”. Rączki telegrafów maszynowych stają wreszcie na „cała naprzód”. Na fioletem oświetlonych tachometrach strzałki wskazują maksymalne obroty obu śrub.

Z prawej burty zostaje w oddali stocznia Monfalcone, gdzie urodził się nasz statek. Pierwszy postój przewidzia­ny jest w Wenecji, mieście zakochanych, Mekce nowożeń­ców, których kilka par jest na burcie.

Tych kilka godzin drogi z Triestu do Wenecji to w dal­szym ciągu praca przy odczytywaniu trzepoczących na wietrze słów, wykwitających flagami nad pokładami mija­nych statków. Od momentu rzucenia cum do tej chwili wszystko działa sprawnie, wszystko potrafimy obsłużyć, mimo że każdy szczegół jest dla nas nowością.