Выбрать главу

Ze steru schodzi sternik manewrowy, Jan Dominik, który podobnie jak i my przyszedł z „Polonii”. Jego miej­sce zajmuje przysłany przed paroma dniami z Gdyni ster­nik Sierbista. Już po chwili daje oczami znak, że nie może sobie poradzić z kompasem Sperry. Na „Polonii” był co prawda żyrpkompas Anschiitza, ale Sierbista widzi żyrokompas po raz pierwszy. Pokazuje palcem tarczę ustawio­nego niemal pionowo repetytora żyrokompasu i szepce:

- Co on jest?... Co on jest?... - nie może znaleźć od­ powiedniego słowa, żeby wyrazić swe zdumienie i oburze­nie. - Co on jest taki „dziki”, panie poruczniku?

Wszystkie kompasy magnetyczne mają tarcze ustawio­ne równolegle do płaszczyzny horyzontu. Ten jest nachy­lony o sześćdziesiąt stopni nieomal. Kompasy magnetycz­ne są nieme. Ten zaś stale ma coś do „powiedzenia”. Raz ciszej, raz głośniej, szybciej lub wolniej - ale stale „mówi”. To ponad wytrzymałość nerwów w takim dniu jak dzisiejszy. Sierbista, nienaganny sternik, jest zagrożony w swej reputacji. Żyrokompas to dla niego odkrycie jak swego czasu dla Kolumba - Indianie. A wiec - dziki!

- Ja wolę sterować według magnetycznego, panie po­ruczniku - szepce Sierbista.

Magnetyczny .kompas stoi obok, ale mamy jak najszyb­ciej przećwiczyć wszystkich marynarzy w sterowaniu wed­ług żyrokompasu. Uspokajam Sierbistę, że nie ma żadnej różnicy między sterowaniem według kompasu magnetycz­nego i żyroskopowego, by nie zwracał uwagi na terkota­nie „żyra”.

- Ale tu wszystko nowe, jak zaraz po ślubie – mówi Sierbista. W tej chwili zaterkotało „żyro” i sternik zszedł parę stopni z kursu.

- Tu wszystko denerwuje - szepce Sierbista. - Trzy stopnie zszedłem z kursu. Przy takiej pogodzie nie scho­dziło się nigdy więcej niż o stopień. Ale „dziki”!

Kropelki potu pokrywają całą twarz sternika, tworząc strugi. Mówię mu, że jeśli nie da rady, niech steruje wed­ług magnetycznego, po czym odchodzę na skrzydło most­ku do repetytora żyrokompasu. Powoli statek wraca na kurs. Jeszcze raz schodzi z kursu o trzy stopnie, teraz dla odmiany w prawo.

Po piętnastu minutach statek leży prawie stale na tym samym kursie. Podchodzę znów do Sierbisty. Steruje według „żyra”. Uśmiecha się sam do siebie:

- Takie trudne to nie jest. Dam radę. Ale „dziki” to on jest!

Wchodzimy na opalizujące perłowo wody Wenecji. Zwiększa się ilość statków witających nas syrenami i gwizdkami. Rzucamy kotwicę - skończony pierwszy krok.

Mamy spuścić motorówkę. Kapitan chce pojechać nią na ląd. Przyglądam się z mostku, jak będzie wyglądało to pierwsze spuszczenie motorówki w reprezentacyjnym miej­scu Wenecji. Akcja ta ma być sfilmowana przez Polską Kronikę Filmową i nagrana przez Polskie Radio.

Spuszczenie motorówki odbywa się zgodnie z najsu­rowszymi przepisami. Wszyscy ludzie są na właściwych miejscach. Zdjęcie mocowań i puszczenie hamulców od­bywa się w ciszy. Ani jednego zbędnego ruchu, ani jedne­go głosu poza wydaniem i powtórzeniem rozkazu. Cały mechanizm działa bez zacięcia.

Naraz dopada mnie jeden z „dyrektorów od radia”. Kolega z zamierzchłych szkolnych czasów, z trzeciej klasy - Antoś. Przypominam go sobie, jak zalewał się łzami z powodu otrzymanej czwórki. Zawsze musiała być piątka.

Antoś perswaduje mi gorączkowo:

- Zrób coś, żeby ci ludzie mówili! Przecież ta martwa cisza zepsuje nam całe nagranie!

Z identyczną pretensją występuje „dyrektor od filmu”:

- Panie, gdzież tu akcja? Tu nie ma żadnej akcji.

Tłumaczę, że taki sposób spuszczania szalupy jest do­wodem doskonałego wyszkolenia załogi. Krzyk i biegani­na znamionują brak kultury morskiej na statku.

- Zrób coś dla mnie! - prosi Antoś. - Niech woła­ją, krzyczą, klną! Przecież ludzie muszą coś słyszeć!

Filmowcy denerwują się jeszcze gorzej:

- Tyle metrów taśmy zmarnowanych. Żadnej akcji! Na porządnym statku jest życie, ruch, bieganie. Kapitan was nigdy nie gania? Niczego od was nie wymaga?

- Kapitan wymaga od nas matematyki i znajomości języków obcych.

- Ale przecież tego ani sfilmować, ani nagrać nie można - biada zawiedziony Antoni.

Motorówka osiada na wodzie. W dole zawarczał motor i łódź odeszła pod trap.

Antoni niepocieszony domaga się czegoś ciekawego o statku. Czegoś niezwykłego.

- Wiesz Antoni, ile ten statek ma matek? - pytam, by go uspokoić.

- Jedną, chrzestną - odpowiada jak zwykle na piąt­kę.

- Z nią... cztery. Pozostałe trzy są zawsze na statku.

Antoni nie dowierza. Ale jest szczerze zaciekawiony. Zaczynam więc wyliczać:

- Pierwsza, to matka okrętowa. Coś w rodzaju opie­kunki dla dzieci podróżujących statkiem. Druga, to mat­ka żyrokompasu. Tuż przy drugim kominie na pokładzie słonecznym znajduje się kabina, gdzie umieszczony jest właściwy kompas bąkowy, czyli żyroskopowy, zwany matką. Od niego rozchodzą się kable do wszystkich repe­tytorów, małych puszek z różami wiatrów, które ustawia­ją się według wskazań kompasu-matki. Trzecia matka, to matka-zegar. Ta stoi w kabinie nawigacyjnej. Na statku, jak widziałeś, we wszystkich salach i jadalniach umie­szczone są zegary. W czasie podróży statku na wschód lub zachód zmienia się czas okrętowy, mniej więcej zgod­nie ze słońcem. Codzienne regulowanie takiej ilości zega­rów zajęłoby zbyt wiele czasu. Robi się to więc automa­tycznie dla statku z kabiny nawigacyjnej, regulując zegar-matkę.

Przepraszam zachwyconego trzema matkami Antoniego i idę zadzwonić do szóstego oficera przy trapie, by dał znać na mostek, gdy motorówkę dla kapitana będzie miał gotową. Zgodnie z tradycją morską, jeśli statek ma połą­czenie z lądem przy pomocy szalup okrętowych, kapitan siada do łodzi zawsze ostatni, by nie czekać na kogoś z załogi.

Na m.s. „Piłsudski” mamy olbrzymią centralę telefo­niczną. Sieć telefonów obejmuje dosłownie cały statek. Wystarczy pokręcić tarczę aparatu, aby mieć połączenie z każdym zakątkiem. Ale gdy „szósty” melduje wreszcie, że motorówka kończy się zapełniać ludźmi i za chwilę bę­dzie'gotowa do drogi, nie korzystam z kremowobiałego telefonu dla zawiadomienia o tym kapitana. Coś podob­nego jeszcze się u nas nie przydarzyło, by służbowy oficer nie zawiadomił kapitana osobiście i nie odprowadził go do trapu.

Z trudem przychodzi nam wzywanie się w nową epokę.

Kapitana zastałem w kabinie, gotowego do wyjścia.

Ubrany był w tropikalny garnitur, w ręku trzymał ele­gancki kapelusz „panama”. Zameldowałem o gotowości motorówki.