Выбрать главу

Nieznajomość żyrokompasu kładzie twardą zaporę po­między nami a spokojem. Nie bawią nas nawet port i wi­no Malaga. Za to „Horeszkówny” znają już statek na wylot i są jak u siebie w domu. Nie przestając nas nękać w dzień, postanawiają zabrać się do nas z bliższej odleg­łości. Po wyjściu na Atlantyk zdecydowały, że teraz jest już bezpiecznie i wysłały do kapitana delegację z żąda­niem, by oficerowie nawigacyjni wolni od służby byli wszyscy obecni na wieczornych balach: „Po to przecież one jadą, aby poznać ludzi morza i nie do pomyślenia jest, by w dwudziestym wieku można było tak ludzi wię­zić i zamykać”.

Kapitan słuchał i zakończył lakonicznie:

- Znaczy, oficerowie nawigacyjni są do prowadzenia nawigacji i czuwania nad bezpieczeństwem statku. Mają panie towarzystwo starszego oficera i to musi wystarczyć. - „Horeszkówny” obraziły się.

Następnego dnia przy kolacji kapitan, chcąc ułagodzić nadąsane panie, wyjaśnił:

- Znaczy, ja sądzę, iż panie przyznają mi jednak ra­cję, że oficerowie są do prowadzenia nawigacji. Właśnie idący przed nami „Doric”, którego państwo zwiedzali w Algierze, zderzył się we mgle przy brzegach Portugalii. Pasażerów zabrał z niego statek angielski „Orion”, który był bliżej od nas. Znaczy ja sądzę, że paniom nie byłoby przyjemnie wsiadać w nocy do łodzi ratunkowych. Nie chcę przez to powiedzieć, iż na tamtym statku oficerowie tańczyli w nocy, zamiast stać na wachcie. Na pewno nie. Tylko panie muszą zrozumieć, że czujność jest konieczna właśnie dla dobra samych pań.

Skutek tego przemówienia był wprost fatalny. Staliśmy się bohaterami, którzy uratowali nasze „Horeszkówny” od wysiadania w burzliwą noc z ciepłych kabin do zala­nych zimną wodą łodzi ratunkowych. Wszystkie zawdzię­czały nam teraz życie i były gotowe do wszelkich ofiar na naszą, oczywiście, korzyść.

Męcząc się nad niezbadanymi tajemnicami Sperry do­tarliśmy do Kanału Kilońskiego. Przy dochodzeniu do nabrzeża poczuliśmy ledwie uchwytny wstrząs. Po chwili telefon z sekcji dziobowej doniósł, że statek doszedł do nabrzeża przednią częścią, co spowodowało wgniecenie burty w kabinie stewardów. Koja prysła, a śpiący w niej steward został wyrzucony na podłogę. Poza tym innych uszkodzeń nie ma.

Stojący na sterze Dominik mało się nie rozpłakał, gdy to usłyszał. Łzy mu kręciły się w oczach:

- Przecież zawsze tak dobijaliśmy w kanale!

- Znaczy, kształt dziobu jest inny - wyjaśnił kapi­tan. - Znaczy, tak podchodzić nie można. W tamtych portach były wszędzie niskie mola, a tu jest wysokie.

Naraz z mola posłyszeliśmy znajomy głos dyrektora naczelnego naszej linii. Według wytycznych Admiralicji Brytyjskiej oficer marynarki nie może być Pierwszym Lordem Admiralicji - podobno tylko dlatego, by nie fa­woryzował kolegów. Nasz „Pierwszy Lord” również nie był marynarzem. Stojąc na molo chciał koniecznie zoba­czyć kapitana. Był bardzo podniecony i rozgorączkowa­ny. Na widok kapitana wychylającego się z jnostku wydał mu polecenie zapisania nazwiska pilota, by pociągnąć go do odpowiedzialności za wyrządzone Towarzystwu szko­dy. Kapitan z miejsca przerwał cały dalszy potok słów:

- Znaczy, ja wyłącznie odpowiadam za statek i to moja wina, a nie pilota!

Przebieg Kanał Kiloński - Gdynia mija jak jedna chwila. Cała Gdynia nas wita, tysiączne tłumy zaległy nabrzeże przy Dworcu Morskim. Okazuje się jednak, że na­sze przyjście jest złudzeniem: przyjdziemy dopiero jutro o dziesiątej rano. Przed wschodem słońca mamy wyjść w morze, by wejść do portu ponownie - tym razem oficjal­nie.

Jesteśmy rozgoryczeni, wszyscy nareszcie pragniemy się odprężyć. Również urządzenia na statku potrzebują prze­glądu. Ale i tak czujemy się szczęśliwi, że doszliśmy bez wypadku. Jeden Dominik nie rozmawia z nikim, tylko sam z sobą rozważa sprawę:

- Trzeba było jeszcze troszeczkę podejść i nie docho­dzić. Ale ja tu od steru nic nie widzę. Nie widziałem, że doszedł!

Aż żal na Dominika patrzeć. Tłumaczymy mu, że prze­cież nikt nie ma do niego pretensji. A on nam na to:

- Ale ja sam mam do siebie pretensję!

O świcie, gdy miasto jeszcze spało, bez głosu syreny wymknęliśmy się w morze. Krążymy w okolicy Helu. Punktualnie o dziesiątej jesteśmy między latarniami wejś­ciowymi portu. Podchodzimy do Dworca Morskiego ude­korowanego flagami. Gra olbrzymia orkiestra Marynarki Wojennej. Na górnym peronie dworca ministrowie i za­proszeni goście. Jeszcze tylko kilkaset metrów. Zacumuje­my i wreszcie odpoczniemy.

Transatlantyk sunie wzdłuż nabrzeża. Dominik prze­zornie nie pozwala mu się zbliżyć. Czuje już statek ner­wami. Zbliżamy się do ślepego rogu, jaki tworzy nabrzeże Dworca Morskiego z prostopadle doń idącym nabrzeżem, na którym stoi kapitanat portu> Musimy tak ustawić sta­tek, by pozostało kilkanaście metrów od tego niebezpiecz­nego rogu. Czerwone znaki ustawione na molo wskazują, jak statek_ ma stanąć, by można było przerzucić trap z pokładu na górny peron dworca.

Rączki telegrafów maszynowych stoją na „stop”. Fiole­towe światło tachometrów oświeca wskazówki obrotów śrub. Na nabrzeżu tysiące głów, jedna przy drugiej. Kapi­tan na skrzydle mostku ocenia szybkość i odległość. Wreszcie podaje komendę.

- Obie całą wstecz!

- Obie całą wstecz! - odpowiadam, przesuwając rączki telegrafów na „całą wstecz”. Lecz smuga światła, którą maszynownia sygnalizuje wykonanie rozkazu, stoi na „stop”. Nie ruszają się również strzałki obrotów śrub. Statek sunie nieubłaganie w ślepy róg.

Naraz dzwoni telefon z maszynowni. „Szósty” mówi zrazu głośno, a potem krzyczy:

- Motory nie działają!

- MOTORY NIE DZIAŁAJĄ! - przekazuję kapita­nowi odpowiedź maszynowni.

Kapitan przez trzymany w ręku olbrzymi megafon z okresu najwspanialszego rozkwitu żaglowców podaje na­tychmiast rozkaz na dziób:

- RZUCIĆ OBIE KOTWICE!

I rozkaz dla rufy:

- Podać rufową i trzymać!

Cieśla ze starszym marynarzem - stojący przy kotwi­cach - luzują hamulce. W dźwięki marsza granego przez orkiestrę wdziera się ogłuszający zgrzyt i szczęk lecących kotwic oraz łoskot wybiegających za burtę łańcuchów. Zdezorientowany tłum zakołysał się i cofa w przerażeniu przed sunącym w ślepy róg statkiem. Ogólne poruszenie w świcie ministra. Słychać szczęk łańcuchów trących o burtę i pracowicie starających się zatrzymać rozpędzony transatlantyk. Odległość od ślepego rogu maleje coraz bardziej. Kotwice muszą zatrzymać statek, inaczej cała ta rozpędzona masa wpakuje się na molo i nasza chluba rozpryśnie się o granitowe nabrzeże.