Statek wysunął się o metr za przewidziany znak i... stanął.
Nareszcie rufa i bak podają przez telefon, że skończyły cumowanie. Koniec manewrów. Przez pomost, ustawiony między statkiem a górnym peronem Dworca Morskiego, wchodzą dostojnicy i goście.
Na pytanie naszego naczelnego „Lorda”, dlaczego kapitan rzucał kotwice, ten ani słowem nie wspomina o maszynie:
- Znaczy, tak jest bardziej efektownie - tłumaczy.
Przed nami pierwsza spokojna noc. Mnie wypada służba. Odprowadzam kapitana do trapu. Wychodząc, podaje mi numer telefonu:
- Znaczy, gdyby było coś pilnego, proszę natychmiast dzwonić. Dobranoc!
- Dobranoc! - odpowiadam.
Obchodzę statek. Wszyscy służbowi są na wyznaczonych miejscach. Na mostku aparaty do wykrywania ognia pracują bez. zarzutu. Dzwonię do okrętowej straży ogniowej: są na miejscu. Na mostku zostają sternik i asystent. Po północy o godzinie pierwszej dwadzieścia budzi mnie sternik:
- Depesza do kapitana!
Zastanawiam się, co mam zrobić. Dochodzę do wniosku, że kapitan spodziewał się widać depeszy, skoro powiedział, żebym dzwonił natychmiast, jeżeli będzie coś pilnego. Może będzie musiał wyjechać rannym pociągiem?
Dzwonię pod wskazany numer. W słuchawce znajomy głos i znajome:
- Znaczy, słucham.
- Depesza, panie kapitanie!
- Proszę, niech pan czyta.
Otwieram depeszę i czytam: SILNYCH WIATRÓW ANDRZEJ STRUG.
Chwileczkę milczymy obaj. I chyba razem przenosimy się myślami na „Polonię”, na której znakomity pisarz był stałym gościem na mostku podczas swej podróży do Palestyny. Interesował się nawigacją i zwyczajami, potrafił nawet w natłoku wrażeń zapamiętać, iż dobrym żeglarzom życzyło się tylko SILNYCH wiatrów.
Wracamy z tej wędrówki znów do telefonu:
- Znaczy, proszę pana! Znaczy, proszę niech pan już sam wszystko czyta, co przyjdzie do mnie. Znaczy, zapomniałem o tym panu powiedzieć. Znaczy, dziękuję panu!
W nocy nadeszło jeszcze kilkanaście depesz z życzeniami dla kapitana. Był to rezultat audycji radiowej, z której w całym kraju dowiedziano się, żeśmy przyszli do Gdyni.
Rano odniosłem kapitanowi do kabiny otrzymane w nocy depesze. Czytając je nawiązał do nocnej rozmowy telefonicznej. Powiedział, że gdy mu w nocy przeczytałem tak miłą depeszę od Struga, wydało mu się, iż znalazł się v sytuacji pewnego sławnego podróżnika, który dał ogłoszenie do gazet, że poszukuje towarzysza do podróży po Afryce. W nocy zbudził go dzwonek. Jakiś nieznajomy pan chciał się z nim zobaczyć. Po przywitaniu się nieznajomy zapytał: To pan dawał ogłoszenie, że poszukuje pan towarzysza?
- Znaczy, rozumie pan? Znaczy, ten nieznajomy powiedział: Znaczy, mnie jest bardzo przykro, ale ja nie mogę panu towarzyszyć.
DZIEWICZA PODRÓŻ
Po pierwszej podróży przez Atlantyk na naszym nowym statku przygotowywaliśmy się tak, jakbyśmy mieli zdobywać Błękitną Wstęgę tego oceanu. A przecież wiedzieliśmy, że nawet w najlepszym wypadku będzie to szybkość zdobywcy tej wstęgi z roku 1900.
Ciekawiła nas przede wszystkim jedna sprawa: jak statek się zachowa na dużej fali przy silnym wietrze. Chcieliśmy wiedzieć, co nas czeka w zimie, gdy staniemy do regularnej służby na linii Gdynia - Nowy Jork.
Niewielkie stosunkowo zanurzenie przy wysokiej burcie, kształt dziobu i rufy odmienny od tych, jakie miały nasze stare „klejnoty” - stanowiły dla nas zagadkę i pragnęliśmy ją jak najszybciej rozwiązać.
Była to tajemnica statku, która nurtowała nas znacznie więcej niż nie zbadana przez nas dotychczas tajemniczość kompasu Sperry.
Podróż przez Atlantyk na zachód uważana jest za bardziej uciążliwą niż w przeciwnym kierunku i daje gorsze wyniki, jeśli chodzi o szybkość. Składają się na to przeważające wiatry zachodnie i przeciwny prąd, nie mówiąc już o tym, że statek idzie „pod górę”, w kierunku przeciwnym do kierunku obrotu ziemi.
Wychodzimy w tę naszą dziewiczą podróż z Gdyni przy pięknej pogodzie, bezwietrznej i bezchmurnej. Szybkość dwadzieścia węzłów. Minęliśmy już Kopenhagę. Szybkość imponująca. Wydaje się nam, że latarnie morskie migają na podobieństwo słupów telegraficznych widzianych z okien pędzącego pociągu. Zaledwie któraś się „odkryje”, to już jest jej trawers i zaraz tylko blada łuna światła za rufą każe przez chwilę jeszcze o niej pamiętać.
Dobrze widoczne światło statku latarniowego „Skagens Rev” oznajmia, że wchodzimy na Morze Północne. Ledwieśmy odpoczęli od wypatrywania latarń Norwegii, a już mamy przed sobą szkocką Charybdę - Pentland. Pogoda przez cały czas taka sama: cisza. Widzialność bardzo dobra. Bezchmurne niebo w dzień i w nocy. Z lewej burty zostawiamy Przylądek Gniewu - Cape Wrath. Przed nami ocean. Rozgłośnia statkowa nadaje „Hebrydy” Mendelssohna, które są w tej chwili na trawersie. Ale dzisiaj wyspy o tej nazwie przypominają raczej wybrzeża Sorrento. Muzyka więc przechodzi bez wrażenia, pozbawiona odpowiedniego tła.
Na niebie zjawiają się duże białe ptaki o wąskich, czarno zakończonych skrzydłach. Złociste ich dzioby wyglądają niczym świecące w słońcu groty strzał na napiętym łuku skrzydeł. Ptaki te to nieomylne zwiastuny nie zamieszkanych Wysp Świętego Flannana, otoczonych tajemnicą zniknięcia trzech latarników, których nie znaleziono po sztormie, chociaż nic nie wskazywało na to, by w latarni rozegrała się jakaś tragedia.
Schodząc z wachty pozostawiamy za sobą osiemdziesięciomilowy odcinek drogi. Daje to pół tysiąca mil na dobę, po dodaniu tej liczby mil, które przebywamy z powodu konieczności cofania zegarów okrętowych.
Do Europy należy jeszcze malutka, skalista, nie oświetlona nawet wysepka Rockall.
W dzienniku okrętowym w rubryce „kierunek i siła wiatru” piszemy stale jedno i to samo słowo: „cisza”. Ocean zasnął.