Na Grand Banks wchodzimy w mgłę. Zaledwie jednak zdążyliśmy ustawić automat na odpowiednie przerwy w nadawaniu sygnałów mgłowych i na długość trwania samego dźwięku - mijamy nikłe pasmo mgły. Nie możemy się nawet nacieszyć tym, że na naszym transatlantyku nie potrzebujemy naciskać co dwie minuty staromodnej drewnianej dźwigni połączonej drutem z gwizdkiem okrętowym.
Widać już iglice nowojorskich drapaczy nieba. Nowy Jork wita nas złocistym, bezchmurnym dniem i ogromnym napisem na szafirowym niebie:
WELCOME MOTOR SHIP PIŁSUDSKI!
To lecący samolot holuje za sobą olbrzymie czerwone litery.
W porcie wszystko, co pływa i głos wydaje, wita nas potrójnym dźwiękiem. Nasze podziękowania giną w chórze głosów witających nas statków.
Jest to NASZ dzień, kulminacyjny dzień naszego statku.
Wśród nie milknących dźwięków syren okrętowych leci do nas mały samolot. Zatacza nad nami trzy powitalne koła, a potem zaczyna przelatywać tak nisko, jak gdyby chciał nas musnąć swymi srebrnymi skrzydłami. Po każdym takim przelocie lecą z samolotu na statek białe i szkarłatne róże. Te lecące z nieba kwiaty wyprowadzają nas z równowagi duchowej i powodują miły przechył na stronę serca.
Zbliżamy się do wyspy Manhattan, głównej krainy drapaczy nieba. Skręcamy w rzekę Henryka Hudsona, a potem w jedno ze stu dwudziestu okrętowych „legowisk” na zachodnim brzegu Manhattanu, w których odpoczywają po przejściu tysięcy mil największe okręty świata, a wśród nich kolejni zdobywcy Błękitnej Wstęgi Atlantyku. Z siedmiuset siedemdziesięciu mil nabrzeży nowojorskiego portu ten odcinek należy do arystokracji oceanów - do statków pasażerskich.
Nasze nabrzeże jest wypełnione Polonią Amerykańską. Witają nas entuzjastycznie. Są nami zachwyceni, są z nas dumni. Za chwilę wszyscy znajdują się już na pokładzie.
Każdy z nas ma wyznaczone na statku miejsce, w którym przyjmuje miłych gości, wyjaśnia i tłumaczy cuda nowoczesnej techniki okrętowej. Zwiedzający chcą wszystko widzieć, obejrzeć, wszystkiego dotknąć i koniecznie zabrać na pamiątkę jakiś drobiazg. Cokolwiek! Coś, co ma jakąś łączność z Polską. Największym powodzeniem cieszą się wszelkie przedmioty ozdobione tarczą z trójzębem i trzema literami GAL, a więc spodeczki, filiżanki, popielniczki. Skoro zabrakło tych przedmiotów, idą wszystkie inne, takie, które dadzą się zdjąć czy odkręcić. Idą nawet termometry. Gdyby tak pozwolić, rozebraliby cały statek na drobne cząstki i zabrali ze sobą jako pamiątki.
Na mostek wchodzi nowa fala zwiedzających. Za chwilę jesteśmy w ramionach grupy lotników, którą prowadzi najładniejsza i najzgrabniejsza ze znanych nam dziewcząt Polonii Amerykańskiej - „Hałyn”. Hałyn wygląda jak ta z polskiej piosenki, „co ma jasne włosy i oczy niebieskie”.
Cała grupa trochę się spóźniła, bo to właśnie oni wysłali samolot, a Halina Wiśniewska sypała z niego na nas kwiaty. Wszyscy czekali na nią na lotnisku. I oto są.
W domu państwa Wiśniewskich, podobnie jak i w wielu domach Polonii Amerykańskiej, czas, przywieziony z Polski, zatrzymał się na roku 1863. Rozwieszone na ścianach kilimy z Polski przemawiają wyhaftowanymi słowami piosenek z tamtego okresu. Z tamtego okresu zachowały się nie tylko książki, ale i mowa. Nawet noszona biżuteria ma czarne ornamenty na znak tamtej żałoby narodowej.
Na honorowych miejscach spotykamy zabrane nam z kabin przedmioty. Niekiedy są to ramki z fotografiami nie znanych tu osób; wystarczyły jednak ramki z Polski, żeby osoby na fotografiach stały się bliskie.
Cała załoga statku, wraz z kapitanem, została zaproszona na bankiet urządzony na naszą cześć przez Polonię Amerykańską.
Wieczorem, gdy szykowałem się do wyjścia, sternik służbowy oznajmił mi, że kapitan życzy sobie mnie widzieć. Zameldowałem się u kapitana. Słowa jego szronem okryły mą głowę:
- Znaczy, zastąpi mnie pan na dzisiejszym przyjęciu i przeprosi pan, że nie przyszedłem, ale jak pan wie, nie czuję się dobrze. Znaczy, dziękuję panu!
Wyszedłem z kabiny z wrażeniem, że przed chwilą przeczytałem depeszę o treści, w którą nie chce się uwierzyć, która oszałamia i przytłacza.
Kapitan rzeczywiście od kilku dni był na ścisłej diecie. Ale ten fakt wcale nie rozjaśniał czarnych barw mej wizji, widziałem jedynie siebie przemawiającego w imieniu kapitana do kilkuset, a może i tysięcy osób.
Przemówienie moje składało się ze słów, których w tej chwili nie mogę znaleźć i których nie znalazłem na bankiecie. Nie powiedziałem ani słowa. Z trudem tylko wybąkałem podziękowanie. A tyle przecież można było powiedzieć obywatelom miasta, którego najwspanialsza arteria komunikacyjna - łącząca to miasto z San Francisco - nosi nazwisko Pułaskiego.
Następnego dnia zjawił się na statku inżynier zakładów Sperry, zamówiony przez nas jeszcze z morza. Miał dokonać kontroli wciąż tajemniczego dla nas przyrządu.
Dzień był wyjątkowo upalny i bezwietrzny. Majstrując przy repetytorze na skrzydle mostku, w pełnym słońcu, inżynier Kennedy nagle zasłabł. Przenieśliśmy go do nawigacyjnej i zatelefonowaliśmy po naszego lekarza. Okazało się, że wyszedł na miasto. Sprowadziliśmy więc pogotowie ratunkowe, którego lekarz doprowadził inżyniera do „stanu używalności". Atak serca spowodowany upałem minął szybko i uprzejmy ten człowiek zainstalował nam jeszcze automatyczny kursograf. Przyrząd najbardziej oczekiwany przez kapitana, ponieważ widać na nim było bardzo dokładnie zmiany kursu nawet o pół stopnia. Zresztą i to było już właściwie niepotrzebne, gdyż mieliśmy sterowanie automatyczne.
Podczas gdy kapitan oglądał nowo zainstalowany przyrząd, opowiedzieliśmy mu, co się przydarzyło inżynierowi Kennedy'emu. Kapitan wysłuchał i spytał:
- Znaczy, czym go panowie do tego doprowadzili, stanem żyrokompasu czy swoją gościnnością?
Była to lekka aluzja do tego, że przed przyjściem do Nowego Jorku zaopatrywaliśmy się w większą ilość polskiej wiśniówki, która „podbiła" nie tylko Amerykanów polskiego pochodzenia, ale wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych.
Wieczorami w kabinach zjawiali się rodacy. W kabinie, w której w Gdyni z trudem mieściło się siedem osób, w Nowym Jorku stało dwadzieścia. Każdy z obecnych musiał przyjąć tych kilka kropel z polskich wiśni. Naturalnie wszystko to miało charakter liturgiczny, bo pomimo najlepszych chęci nie byliśmy w stanie ugościć takiej ilości ludzi tak, jak byśmy tego chcieli.