Były inne sposoby na popełnienie samobójstwa. Levi był lekarzem. Miał dostęp do narkotyków, barbituranów, leków, które mógł zaaplikować sobie w śmiertelnej dawce. Katzka dokładnie wiedział, ile luminalu potrzeba, żeby zakończyć życie. Taka była jego praca. Kiedyś obliczył, ile on musiałby wziąć, żeby zakończyć życie. Wyliczył to do swojej wagi. Potem położył tabletki na stole w jadalni. Rozmyślał nad wolnością, którą można w ten sposób osiągnąć. Koniec z rozpaczą. Łatwe, ale nieodwracalne wyjście. Dla niego nigdy nie nadszedł właściwy moment. Było zbyt wiele obowiązków, którymi należało się zająć. Przygotować pogrzeb żony, Annę, zapłacić rachunki za jej pobyt w szpitalu, potem proces, w którym musiał zeznawać jako świadek, potem podwójne zabójstwo w Roxbury. I jeszcze ostatnie osiem rat za samochód. Potem znowu trzy zabójstwa w Brooklinie i jeszcze jeden proces, w którym był świadkiem. W końcu wyszło na to, że Katzka był ciągle zbyt zajęty, żeby mógł sobie pozwolić na popełnienie samobójstwa.
Od tamtej pory minęły już trzy lata. Trzy lata od pogrzebu Annę. Już dawno temu wyrzucił ten luminal. Teraz już nie myślał o samobójstwie. Od czasu do czasu przypominał sobie o tamtych leżących na stole tabletkach i zastanawiał się, dlaczego w ogóle myślał o takim rozwiązaniu. W jaki sposób mógł tak bardzo poddać się rezygnacji. Nie myślał o sobie ze współczuciem, tak jak nie współczuł nikomu, kto zażywa pigułki w krańcowym przypadku użalania się nad sobą. A dlaczego pan to zrobił, doktorze Levi?
Jeszcze raz spojrzał na rozciągający się za oknem widok Bostonu i zastanawiał, jakie były ostatnie chwile życia Aarona Leviego. Próbował wyobrazić sobie, jak Levi wstaje z łóżka o trzeciej nad ranem, jedzie do szpitala, wjeżdża windą na trzynaste piętro, a potem ostatni etap pokonuje na piechotę. Na czternastym piętrze wchodzi do tego pokoju. Przywiązuje pasek do drążka w szafie i wkłada sobie pętlę na szyję.
Katzka zmarszczył brwi. Podszedł do kontaktu i przesunął dźwigienkę w górę. W pokoju rozbłysło światło. Włącznik działał bezbłędnie. Kto więc wyłączył światło? Aaron Levi czy robotnik, który znalazł ciało?
A może ktoś inny?
Szczegóły – pomyślał Katzka. Szczegóły zawsze najbardziej mnie denerwują.
Rozdział jedenasty
Nie wierzę w to – powtarzała Elaine raz po raz. – Po prostu w to nie wierzę.
Na pogrzebie nie płakała. Siedziała spokojnie przez całą uroczystość. Bardzo denerwowała ją teściowa, Judith, która głośno szlochała, kiedy nad grobem recytowano Kadisz. Cierpienie Judith było równie demonstracyjne, co rozcięcie w jej bluzce, symbol serca rozrywanego smutkiem. Elaine nie rozcięła swojej bluzki. Nie płakała. Siedziała teraz na krześle w swoim salonie z talerzem kanapek na kolanach i powtarzała:
– Nie mogę uwierzyć, że go nie ma.
– Nie zasłoniłaś luster – powiedziała Judith. – Powinnaś zasłonić wszystkie lustra w domu.
– Rób, co chcesz – powiedziała Elaine.
Judith wyszła poszukać prześcieradeł. Chwilę później goście zebrani w salonie słyszeli, jak głośno otwierała i zamykała szafki na górze.
– To jest jakiś żydowski zwyczaj – szepnęła Marilee Archer, podając Abby tacę z kanapkami. Abby wzięła kanapkę z oliwką i przekazała tacę dalej. Taca krążyła, ale tak naprawdę nikt nie jadł. Łyk wody sodowej, jeden kęs, nie można było zdobyć się na więcej. Abby też nie miała ochoty na jedzenie. Ani na rozmowę. W pokoju było blisko dwadzieścia osób. Siedzieli na kanapach i krzesłach albo stali w małych grupkach. Wszyscy byli poważni, ale rozmowa nie kleiła się. Z góry dobiegł ich odgłos spuszczanej wody. To oczywiście Judith. Niektórzy goście kryli uśmiechy, a Elaine lekko się zmieszała. Za plecami Abby, ktoś zaczął rozmowę o tym, jak późno przyszła tego roku jesień. Był już październik, a liście dopiero zaczynały żółknąć. W końcu niezręczna atmosfera została przerwana rozmowami o jesiennych ogrodach i o tym, czy komuś podoba się w Dartmouth oraz i czy tegoroczny październik jest wyjątkowo ciepły, czy nie. Elaine siedziała pośrodku milcząca, ale widać było, że z wyraźną ulgą przyjęła to, że inni zaczęli rozmowę.
Taca z kanapkami obiegła już cały pokój i pusta wróciła z powrotem do Abby.
– Nałożę trochę – powiedziała Abby do Marilee i poszła do kuchni. Wszystkie blaty kuchenne były zastawione tacami z jedzeniem. Tego dnia nikt nie musiał chodzić głodny. Właśnie zdejmowała folię z talerza z wędzonym łososiem, kiedy za oknem zobaczyła Archera, Mohandasa i Franka Zwicka. Stali blisko tarasu i rozmawiali. Mężczyźni zawsze wolą trzymać się na uboczu w takich sytuacjach – pomyślała Abby. Nie mają cierpliwości do nieszczęśliwych wdów ani do męczącego milczenia. W tych sprawach liczyli na swoje żony. Panowie wzięli ze sobą butelkę szkockiej. Stała na stoliku pod parasolem, w zasięgu ręki. Zwick podniósł butelkę i wlał trochę wódki do swojej szklanki. Kiedy zakręcał butelkę, przypadkiem spojrzał w stronę Abby. Powiedział coś do Archera. Wszyscy nagle zwrócili się w jej kierunku i skinęli głowami, po czym przeszli przez taras i zniknęli w ogrodzie.
– Tyle jedzenia. Nie mam pojęcia, co z tym wszystkim zrobię – powiedziała Elaine. Abby nie zauważyła nawet, kiedy gospodyni weszła do kuchni. Elaine stała i patrzyła na tace, kręcąc głową. – Powiedziałam organizatorowi, że będzie czterdzieści osób, no i dostarczyli tyle tego wszystkiego. Przecież to nie wesele. Na weselach ludzie więcej jedzą. Nikt nie ma ochoty opychać się po pogrzebie. – Elaine wzięła z tacy powycinaną ozdobnie rzodkiewkę. – Ładnie to robią. Tyle pracy wkłada się w coś, co po prostu znika w żołądku. – Odłożyła rzodkiewkową różyczkę na miejsce i stała przy stole, bezmyślnie patrząc się na tace.