Выбрать главу

Wiktor Voss wygrywał. Powiedział, że ją zniszczy i robił wszystko, aby dopiąć swego. Nadszedł czas, żeby zacząć walkę. Nie przychodziło jej jednak do głowy nic, co mogłaby zrobić. List, który trzymała w ręku, zdawał się parzyć. Długo zastanawiała się, jak powinna postąpić, jak się bronić, jak walczyć, ale poza popchnięciem jej przez Vossa na oddziale intensywnej terapii nie miała żadnych innych argumentów. Oskarżenie o napaść i pobicie. To było za mało, o wiele za mało, aby powstrzymać Wiktora Vossa.

Musisz wymyślić jakiś sposób. Musisz walczyć – powtarzała sobie.

Rozległo się brzęczenie jej pagera. Wiadomość z chirurgii. Nie miała ochoty na odbieranie tych wszystkich piekielnych telefonów. Sięgnęła po słuchawkę i ze złością wystukała numer oddziału.

– DiMatteo – powiedziała krótko.

– Pani doktor, mamy problemy z siostrzenicą Mary Allen.

– O co chodzi?

– Próbujemy podać chorej dawkę morfiny, ale Brenda nie chce na to pozwolić. Co mamy robić?

– Zaraz tam będę. – Abby trzasnęła słuchawką. Cholerna Brenda – pomyślała. Nie czekała na windę. Zbiegła po schodach w dół. Kiedy weszła na oddział, była zdyszana, ale raczej z powodu ogarniającego ją gniewu. Wpadła prosto do sali Mary Allen.

W środku były dwie pielęgniarki. Próbowały rozmawiać z Brendą. Mary Allen nie spała, wyglądała na zbyt osłabioną bólem, aby móc cokolwiek powiedzieć.

– Już wystarczy tego szprycowania – mówiła Brenda. – Popatrzcie na nią. Nawet nie jest w stanie ze mną rozmawiać.

– Może po prostu nie ma na to ochoty – powiedziała Abby. Pielęgniarki odwróciły się w jej kierunku z westchnieniem ulgi. Nareszcie miały jakieś poparcie.

– Proszę opuścić salę, panno Hainey – Abby zwróciła się wprost do Brendy.

– Morfina nie jest konieczna.

– Ja o tym decyduję. Teraz proszę wyjść z sali.

– Nie zostało jej zbyt wiele czasu. Potrzebne będą jej wszystkie zmysły.

– Do czego?

– Aby mogła w pełni władzy umysłowych przyjąć Pana. Jeżeli umrze, zanim to nastąpi…

Abby wyciągnęła rękę w kierunku jednej z pielęgniarek.

– Proszę mi dać tę morfinę, sama podam ją pacjentce. – Natychmiast podano jej strzykawkę. Abby podeszła do stojaka z kroplówką. Kiedy zdjęła zabezpieczenie z igły, zauważyła, że Mary Allen słabo skinęła głową. Była jej wdzięczna.

– Jeżeli pani jej to poda wezwę adwokata – powiedziała Brenda.

– Proszę to zrobić – odparła Abby, wsuwając igłę do wlewu kroplówki. Kiedy wcisnęła tłok strzykawki, Brenda rzuciła się w przód i wyrwała cewnik z ramienia swojej ciotki. Z małej ranki krew zaczęła kapać na podłogę. Te czerwone krople rozpryskujące się na linoleum przepełniły miarę cierpliwości. Pielęgniarka natychmiast przytknęła gazę do ręki Mary Allen. Abby odwróciła się do Brendy. – Proszę się wynieść z sali – powiedziała ostro.

– Nie zostawiła mi pani wyboru, pani doktor.

– Niech się pani wynosi! Brenda cofnęła się o krok.

– Czy chce pani, żebym wezwała ochronę, żeby panią stąd wyrzucili? – Abby zaczęła krzyczeć, idąc w kierunku Brendy, która przez cały czas cofała się do korytarza. – Nie chcę pani widzieć w pobliżu mojej pacjentki! Nie chcę, żeby zawracała jej pani głowę tymi biblijnymi bzdurami!

– Jestem jej krewną!

– Nic mnie nie obchodzi, kim pani jest!

Brenda otworzyła ze zdumieniem usta, a potem bez słowa odwróciła się i wyszła.

– Doktor DiMatteo, czy mogę prosić panią na słowo?

Abby odwróciła się i zauważyła przełożoną pielęgniarek, Georginę Speer.

– To było bardzo niestosowne zachowanie, pani doktor. Nie możemy odzywać się w ten sposób do odwiedzających.

– Przecież ona wyrwała igłę do kroplówki z ręki mojej pacjentki!

– Są inne sposoby na taką sytuację. Trzeba było wezwać ochronę. Poprosić kogoś o pomoc. Ubliżanie komukolwiek z pewnością nie należy do zwyczajów stosowanych w tym szpitalu. Czy pani to rozumie?

Abby wzięła głęboki oddech.

– Rozumiem – odrzekła i szeptem dodała. – Jest mi przykro. Podłączyła kroplówkę Mary i wróciła do dyżurki, gdzie położyła się na łóżku. Gapiła się w sufit, zastanawiając, co się z nią działo. Nigdy jeszcze nie straciła panowania nad sobą. Nigdy dotąd nie zdarzyło się, żeby w taki sposób zwracała się do pacjenta lub kogoś z krewnych. Chyba oszaleję – pomyślała. To ciągłe napięcie w końcu zaczyna mnie niszczyć. Może nie jestem odpowiednim materiałem na lekarza.

Odezwał się jej pager. Jęknęła. Czy nie mogliby choć przez chwilę zostawić jej w spokoju? Ile by dała za to, by choć jeden dzień, jeden tydzień spędzić bez telefonów, wiadomości i ciągłego zamieszania. Tym razem dzwonił operator szpitalnej centrali telefonicznej. Podniosła słuchawkę i przycisnęła zero.

– Rozmowa do pani – usłyszała głos. – Przełączam. – W słuchawce rozległo się kilka krótkich dźwięków, a potem odezwał się kobiecy głos:

– Doktor Abby DiMatteo?

– Przy telefonie.

– Mówi Helen Lewis z Banku Organów w Nowej Anglii. W zeszłą sobotę zostawiła pani wiadomość dotyczącą dawcy serca. Spodziewaliśmy się, że zadzwoni do nas ktoś z Bayside, ale nikt się z nami nie skontaktował. Dlatego pomyślałam, że może powinnam to sprawdzić.

– Bardzo przepraszam. Powinnam była do pani zadzwonić, ale zbyt wiele się tutaj działo. Okazało się, że wtedy wynikło małe nieporozumienie.

– To wszystko tłumaczy, ponieważ nie znalazłam informacji, o które pani prosiła. Gdyby miała pani jeszcze jakieś pytania, proszę mi podać.

– Co takiego – Abby przerwała jej. – Co pani powiedziała?

– Że nie mogłam znaleźć informacji, o które pani prosiła.

– Dlaczego?

– Ponieważ nie ma ich w naszym systemie.

Przez kilkanaście sekund Abby milczała. A potem zapytała, cedząc słowa:

– Jest pani absolutnie pewna, że ich tam nie ma?

– Sprawdziłam wszystkie dane na komputerze. W dniu, który pani podała, nie mamy rejestracji pobrania serca. Nigdzie w całym Vermont.

Rozdział dwunasty

Tutaj – powiedział Colin Wettig, kładąc otwarty Wykaz Specjalistów Medycyny. „Timothy Nicholls, ukończył Uniwersytet w Vermont, doktor medycyny. Prymus. Staż w Massachusetts General. Specjalizacja: chirurgia klatki piersiowej. Przyjęty do Wilcox Memoriał w Burlington, w stanie Vermont”. Przesunął księgę po blacie, tak żeby każdy w pokoju mógł sprawdzić wpis. – Tak więc chirurg Tim Nicholls naprawdę istnieje i pracuje w Burlington. Nie jest wytworem wyobraźni Archera.